Konferencja 6

KONFERENCJA SZÓSTA

Misjonarz i męczennik Czasy, w których przyszło pracować św.Andrzejowi, były bardzo burzliwe. Nieustanne wojny z Rosją, ze Szwecją, z Kozakami i Tatarami niszczyły kraj i wyludniały całe okolice. Do napięć politycznych dołączyły się religijne.

„Skoro zaś religia katolicka znalazła się w niebezpieczeństwie na wschodnich rubieżach z powodu działalności schizmatyków o.Andrzej udaje się w te okolice, aby urokiem swej świętości i apostolską gorliwością uwolnić od błędów nadwątloną wiarę u wielu chrześcijan, doprowadzić do zdrowych zasad, i kogo tylko mógł sprowadził szczęśliwie do jedynej owczarni Jezusa Chrystusa.

Niezłomny Apostoł Jezusa Chrystusa jak z wiary żył, wiarę gorliwie krzewił i jej bronił, tak też nie zawahał się ponieść śmierci za wiarę.”

Latem 1652 roku przybył Andrzej do Pińska, gdzie - z niedługimi przerwami - przebywał do końca swego życia. „Przez cały ten czas pełnił on obowiązki kaznodziei w kościele św.Stanisława i misjonarza w okolicy. Warunki pracy misyjnej na Polesiu były podówczas bardzo ciężkie”.

Z niezwykłym zapałem zabrał się o.Andrzej do swej misyjnej posługi w okolicach między Pińskiem a Janowem Poleskim. Wioski były trudno dostępne, brakowało bowiem dróg. Ludność skupiona w wioskach, pobudowanych na wydmach piaszczystych, otoczonych lasami i bagnami, wiodła w nich życie „leśnych ludzi”. Stan religijny katolików był opłakany. Rozrzuceni wśród prawosławnych przejmowali ich formy religijne. Nie znali prawd swojej wiary. Rozpowszechnione były natomiast przesądy i zabobony.

Obchodząc tę ziemię wstępował Andrzej do wiejskich lepianek, uczył Bożych prawd i zasad chrześcijańskiego życia, rozpalał wiarę, nadzieję i miłość, ostrzegając przed niebezpieczeństwami odejścia od Koś-cioła i wielkiej odpowiedzialności przed Bogiem. Szczególną troską otaczał o.Andrzej najuboższych i zaniedbaną młodzież. Organizował dla nich pomoc materialną i niósł pociechę duchową ucząc zarazem cierpliwości i spokoju. Zaglądał także do domów i cerkiewek prześladowanych za wiare unitów. Podnosił ich na duchu, zachęcał do przestrzegania wiary katolickiej. Dużo wysiłku poświęcał prawosławnym. Toteż wielu wracało do jedności z Rzymem.

„O rozmiarach i owocach tej pracy świadczy wymownie fakt, że uczeni mnisi prawosławni, chcąc go w oczach swych współwyznawców poniżyć, wszczynali z nim dysputy, stawiali mu rozliczne zarzuty, które on dzięki znajomości wielkich Ojców i Doktorów Kościoła greckiego, z łatwością zbijał i wykazywał, że jedynie prawdziwym jest Kościół katolicki a prawosławie błędem i odszczepieństwem”. Najczęściej rozmowy te kończyły się fiaskiem. Do największych sukcesów pracy misyjnej Andrzeja należy zaliczyć przejście na katolicyzm dwóch wsi: Bałandycze i Udrożyn. Nic dziwnego, że prawosławni nazwali go „duszochwatem”, a katolicy „łowcą dusz” i „apostołem Pińszczyzny”. Proporcjonalnie do owoców jego pracy misyjnej jaką cieszył się wśród ludności katolickiej, wzrastała u zwolenników prawosławia nienawiść do jego osoby i żądza zemsty za liczne nawrócenia na katolicyzm. Rozbudzona niechęć wyrażała się nieraz w różnego rodzaju obelgach, zniewagach, krzywdach a nawet prześladowaniach. Zamykano przed ojcem Andrzejem drzwi, a nieraz i obrzucano błotem lub kamieniami. Pomimo przeszkód i trudności o.Andrzej Bobola postanowił iść dalej za głosem swego powołania i apostołować wśród ludzi dobrej woli. W lipcu 1655 roku o.Andrzej Bobola wyjeżdża do Wilna, gdzie ponownie przeznaczony został do pracy w kościele św.Kazimierza. Gromadził wiernych, dla których głosił słowo Boże, odprawiał Msze święte i udzielał sakramentów świętych.

Niedługo po jego przybyciu nastały dla Wilna bardzo ciężkie czasy. Rok 1655 pozostawił w pamięci mieszkańców tragiczne wspomnienia. Nieprzyjacielskie wojska Moskali zdobyły wycieńczone walkami miasto dokonując brutalnych aktów rzezi i dewastacji. Ulice i place były pokryte ciałami zabitych i rannych. Dzieła zniszczenia dopełniły pożary szalejące w mieście przez kilkanaście dni. Miasto zostało zrujnowane. Mieszkańcy spiesznie opuścili wymarłe ulice. Wraz z innymi ojcami opuszcza Wilno także o.Andrzej Bobola udając się w kierunku Pińska. Za takie owoce pracy misyjnej trzeba było płacić. Liczne opinie odnoszące się do tego pińskiego okresu życia Andrzeja wskazują na ogromne umartwienie w kwestii pożywienia. Zwłaszcza podczas wypraw misyjnych zadawalał się nieraz samym chlebem i wodą. Odznaczał się wielką pokorą, cierpliwością i panowaniem nad sobą i posłuszeństwem. Miłe i otwarte usposobienie torowało mu drogę do ludzi.

A jaki był jego wygląd zewnętrzny? Według świadectwa Kazimierza Tokarzewskiego i jezuity Jana Łukaszewicza, którzy go znali osobiście, „Andrzej był średniego wzrostu, o zwartej, muskularnej i silnej budowie ciała. Twarz miał okrągłą i pełną, policzki okraszone rumieńcem, przez jasną, przyprószoną siwiznę, fryzurę z lekka przeświecała łysina. Powagi dodawała twarzy siwiejąca, nisko strzyżona broda”. Tymczasem zewsząd dochodziły coraz groźniejsze wieści. Kozacy znaczyli drogę swych rozbojów łunami pożarów, śmiercią i zagładą. Obozowali po lasach, upajając się zdobytymi łupami, obmyślając w dzikich, pijatyckich orgiach coraz okrutniejsze rabunki i rzezie. W takich okolicznościach opuścili Pińsk najbardziej zagrożeni spośród jezuitów - księża Szymon Maffon i Andrzej Bobola.

Maffon znalazł się w Horodcu, gdzie pracował w kościele parafialnym. Dnia 15 maja rano napadła na plebanię wataha kozaków, zdążająca z Brześcia, i okrutnie się z nim rozprawiła. Niebawem ci sami kozacy przybyli do Janowa Poleskiego dnia 16 maja po południu. W nieludzkim szale nienawiści i z poczuciem bezkarności dokonali oni bestialskiego mordu na mieszkających tu żydach i katolikach. Okropność tej zbrodni przeraziła nawet ludność prawosławną. Zaraz im wytłumaczono, iż nie mają się czego obawiać, bo rządy przeszły teraz w ręce kozackie. Muszą jednak najpierw wyciąć w pień wszystkich katolików. Uspokoiło to ludność prawosławną, która stanęła po stronie kozaków i pomagała w ściganiu katolików.

Usłużni opowiedzieli o Boboli, jako o wielkim szkodniku, który spowodował odstępstwo wielu ludzi od prawosławia. Poinformowali przy tym, że znajduje się w Peredyle, na dworze Przychockiego, dzierżawcy wsi Mohylna. Wtedy dowódca watahy posłał oddział kozaków z rozkazem ujęcia Boboli i doprowadzenia go do Janowa. „Możliwe, że wieści o gwałtach w Janowie doszły już do Peredyla i wskutek nich Bobola wsiadł na wóz, by się schronić gdzie indziej. W każdym razie pewnym jest, że kozacy dopadli go jeszcze w Peredyle, jadącego wozem. Woźnica Jan Domański rzucił lejce i zbiegł do lasu, Andrzej zaś pozostał na miejscu i polecając się Bogu, oddał się w ich ręce. Było już po południu. Kozacy powierzyli swe konie Jakubowi Czetwerynce i poczęli natychmiast „nawracać” Andrzeja na wiarę prawosławną. Namowy i groźby nie odniosły skutku, wobec tego obnażyli go, przywiązali do płotu i skatowali nahajkami, poczem odwiązanego bili po twarzy, przyczem Andrzej postradał kilka zębów. Następnie związali mu ręce, umieścili go między dwoma końmi, do których go przytroczyli i ruszyli do Janowa. Kiedy w ciągu czterokilometrowego marszu Bobola opadał z sił, popędzali go nahajkami i lancami, po których pozostały dwie głębokie rany w lewym ramieniu od strony łopatki, prócz tego jedno cięcie, prawdopodobnie od szabli, na lewym ramieniu.

Odarty z odzienia, pokryty sińcami i krwawiącymi ranami, odbył Andrzej swój wjazd triumfalny do Janowa, gdzie eskorta oddała go niezwłocznie w ręce starszyzny. Tu przyjęto go podobno szyderstwami i okrzykami: „To ten Polak, ksiądz rzymskiej wiary, który od naszej wiary odciąga i na swoja polską nawraca!”. Jeden z kozaków dobył szabli i wymierzył cięcie w głowę Boboli, ten jednak wskutek naturalnego odruchu uchylił się i zasłonił ręką, tak że częściowo udaremnił śmiertelne cięcie, ale za to poniósł bolesną ranę w pierwsze trzy palce prawej ręki. Na rynku janowskim w pobliżu drogi, wiodącej do Ohowa, stała szopa Grzegorza Hołowejczyka, służąca za rzeźnię i jatkę. Wprowadzono tam Bobolę, rzucono go na stół rzeźnicki i uwiwszy wieniec z młodych gałęzi dębowych ściskano mu głowę. Następnie wzywając go do porzucenia wiary katolickiej przypiekali mu ciało ogniem. Stałość Andrzeja doprowadzała ich do coraz większego okrucieństwa. „Temi rękami Mszę odprawiasz, my cię lepiej urządzimy,” mieli wołać do niego i wbijali mu drzazgi za paznokcie. „Temi rękami przewracasz kartki ksiąg w kościele, my ci skórę odwrócimy, ubierasz się w ornat, my cię lepiej ozdobimy, masz za małą tonsurę na głowie, my ci wytniemy większą”, wołali podobno w dalszym ciągu, ździerając nożami skórę z rąk, piersi i głowy, odcinając wskazujący palec lewej ręki, końce obydwu pierwszych palców i wycinając skórę z dłoni. Łaska, jakiej Bóg udziela swym wybranym męczennikom, krzepiła Bobolę i dodawała mu wprost nadludzkich sił fizycznych i moralnych, dzięki czemu, poddając się woli Boga, wśród jęków wzywał świętych imion Króla i Królowej Męczenników, Jezusa i Marii, a w odpowiedzi na szyderstwa i bluźnierstwa swych katów, wzywał ich do opamiętania. Ci prowadzili swe ohydne dzieło w dalszym ciągu. Wykłuli mu prawe oko, przewrócili go na drugą stronę, zdzierali mu skórę z pleców i świeże rany posypywali plewami z orkuszu, odcięli mu nos i wargi, przez otwór wycięty w karku, wydobyli język i ucięli u nasady, wreszcie powiesili go u sufitu za nogi, głową na dół i naśmiewali się z ciała, rzucającego się w konwulsjach i skurczach: ”Patrzcie, jak Lach kończy!” Dwugodzinne katusze dobiegały już końca, odcięty od sznura, padł Bobola na ziemię i odziany w najcenniejszy ornat, bo utworzony z purpury krwi własnej, wznosił swe okaleczałe ręce ku niebu, składając u tronu Boga ofiarę z życia i krwi własnej. Tak kończył swą pielgrzymkę ziemską apostoł miłości i jedności, który prawie całe swe życie oddał na służbę Bogu i dobro dusz, i nie zawahał się nawet przed złożeniem ofiary ze swego życia, tego dowodu najwyższego stopnia miłości Boga i bliźniego. Dwukrotne cięcie szablą w szyję, było ukoronowaniem tragedii janowskiej, której ofiarą padł dnia 16 maja 1657 roku Andrzej Bobola”.