Rozdział VI

MIŁOSIERDZIE BOŻE W DUSZPASTERSTWIE

 

Wstęp

 

         Duszpasterstwo jest to praca Kościoła nad zbawieniem dusz. Przedmiotem duszpasterstwa jest człowiek, który po życiu ziemskim przechodzi do wieczności w stanie szczęśliwości, oczyszczenia lub odrzucenia, zależnie od tego czy i w jakim stopniu miłości ku Bogu przepędził i zakończył swe życie. Ponieważ miłość ku Bogu najlepiej powstaje, rozwija się i potęguje pod wpływem poznania i wielbienia Boga w jego nieskończonym miłosierdziu, stąd wynika, jak wielką rolę odgrywa w duszpasterstwie kult Najmiłosierniejszego Zbawiciela, który jest uosobieniem nieskończonego miłosierdzia Bożego.

         Praca Kościoła nad zbawieniem dusz jest dalszym ciągiem działalności tegoż Odkupiciela, który swe stanowisko wśród ludzi określił w krótkim zdaniu: „Jam jest droga, prawda i żywot” (J. 14,6). W tym zdaniu zawiera się program działalności Kościoła, który ma ludzi nauczać prawd objawionych, uświęcać ich w sakramentach świętych i rządzić nimi według tego, co polecił Boski Zbawiciel: „Idąc tedy nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem” (Mt. 28, 19 – 20).

         Chrystus Pan nie tylko przekazał Apostołom treść nauczania i podał środki uświęcenia, lecz nadto zostawił wzniosły przykład rządzenia duszami. Otóż zarówno w treści i środkach jak i tym bardziej w sposobie postępowania jego z ludźmi, uderza nas nieskończone miłosierdzie Boże, które Pan Jezus wyraźnie zalecił naśladować Apostołom a w ich imieniu wszystkim duszpasterzom: „Dałem wam przykład, abyście jakom ja wam uczynił, tak i wy czynili” (J. 13, 15). Poznajmy tedy, czego głównie Jezus nauczał, jakie polecał środki i jaki zostawił przykład co do metody postępowania z ludźmi.

 
 

  1. Przedmiot, styl i sposób nauczania Jezusa

 

  1. Treść główna nauki Zbawiciela

 

         Główną treścią nauk Pana Jezusa była radosna wieść o zbawieniu ludzi przez nieskończone miłosierdzie Boga Ojca, „który tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, który weń wierzy, nie umarł, ale miał żywot wieczny” (J. 3, 16). Te wzniosłe prawdy objawiał stopniowo. Najprzód poucza, że Bóg jest Ojcem miłosiernym (Łk. 6, 36). Zmierza ku temu całe kazanie na górze; wymagając od uczniów dobrych uczynków pragnie, by ludzie widząc je wielbili Ojca, który jest w niebiesiech (Mt. 5, 16); żądając czystej intencji i potępiając obłudę w najświętszych aktach, wskazuje na Ojca, który widzi i wynagradza w skrytości (Mt. 6, 2 – 18) ; ucząc modlitwy, każe nazywać Boga Ojcem (Mt. 6, 9), który cieszy się z tego tytułu (Mt. 7, 11); zachęcając do doskonałości, wskazuje na wzór Ojca (Mt. 5, 48); chcąc obudzić ufność w Miłosierdzie, wskazuje na Opatrzność miłosierną, która czuwa nad ptakami i liliami (Mt. 6, 24 – 34).

         W tym pierwszym kazaniu Zbawiciel wymienia imię Ojca miłosiernego siedemnaście razy, a w całej ewangelii według św. Mateusza trzydzieści dziewięć razy, w ewangelii według św. Marka — cztery razy; według św. Łukasza — dziewiętnaście razy, a w ewangelii według św. Jana spotykamy to imię sto dwa razy. Niektórym duszom wtajemniczonym Jezus przekazuje specjalne wiadomości o Ojcu miłosierdzia, jak np. Samarytance, gdy mówi: „Nadchodzi godzina i już nadeszła, że prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w duchu i w prawdzie. Bo i Ojciec takich szuka czcicieli. Duchem jest Bóg, a ci, którzy go czczą, winni mu cześć oddawać w duchu i w prawdzie” (J. 4, 23 – 24).

         Następnie uczy Pan Jezus, że Bóg jest Jego Ojcem, objawiając stopniowo swoje własne Bóstwo. Przywodzi widzialne znaki na świadectwo swej Boskiej mocy i na dowód, że prawdziwie jest posłany przez Ojca (J. 5, 36), albowiem te uczynki Ojciec dał Mu spełnić, a nawet Ojciec spełnia je w nim (J. 10, 32 – 38). Uroczyście potwierdza wyznanie wiary Piotra w Cezarei, uznającego, że On jest Synem Bożym (Mt. 16, 16). Ujawnia swój stosunek z Ojcem o wzajemnym po znaniu i miłości (Mt. 11, 27 ; J. 5, 20), o jedności działania i życia, jakie istnieje między nimi (J. 5, 19 – 23 ; J. 10, 29; 14). Apostołowie musieli zrozumieć z tego, że są dwaj posiadający to samo życie Boże, z których jeden jest Ojcem, a drugi Synem, nie wiedząc jeszcze, że sami wejdą w najściślejsze obcowanie z tymi Boskimi Osobami. Ale Jezus w przypowieści o winnym szczepie i latoroślach poucza o więzach ścisłego głębokiego zjednoczenia między Nim a duszami (J. 15, 1 nn), podkreślając nowy etap swej nauki.

         Wreszcie Zbawiciel poucza, że Bóg, Jego Ojciec, staje się również dla nich Ojcem. Było to w czasie modlitwy arcykapłańskiej po ostatniej wieczerzy, gdy Jezus wzniósł oczy do nieba i wobec Apostołów modlił się gorąco do Ojca (J. 17, 1 nn). Apostołowie słyszą, jak mówi, że oni należą do Ojca i że Bóg Ojciec dał Mu ich, aby im objawił imię Ojca, który jest miłosiernym Bogiem. Ten Ojciec tak wielki, którego najwyższy Majestat pogrążał ich Mistrza w najgłębszej adoracji, ten Ojciec stawał się ich Ojcem pełnym niezmierzonego miłosierdzia. Jezus prosi Go, by rozciągnął również na nich tę miłość miłosierną, jaką On — Ojciec umiłował Go: „Aby miłość, którą mnie umiłowałeś, w nich była, a ja w nich” (J. 17, 26), „aby byli jedno, jako i my jedno jesteśmy” (J. 17, 22).

A więc Ojciec Jezusa stał się Ojcem Apostołów, a przez nich stał się naszym Ojcem miłosierdzia. Teraz już Zbawiciel nazywa Apostołów braćmi swoimi, gdy po Zmartwychwstaniu objawia się Magdalenie i posyła ją z dobrą nowiną zbawienia: „Idź do braci moich i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego”. (J. 20, 17). Odtąd Jezus nazywa nas swymi braćmi nie tylko dlatego, że przyjął tę samą naturę ludzką, ale też dlatego, że i On i my mamy wspólnego Ojca miłosiernego. Teraz już w Jezusie, przez Jezusa i za sprawą Jego mamy prawo mówić w prawdziwym tego słowa znaczeniu: „Ojcze nasz!” Ale oto Chrystus zapowiada, że opuści Apostołów (J. 14, 19). Czy oni pozostaną sami? Gdy Jezus odejdzie czy nie utracą też i Ojca? Nie! Boski Zbawiciel obiecał im, że nie zostawi ich sierotami (J. 14, 18) i ześle im Ducha Świętego, Ducha swego, którego Ojciec pośle w imię Syna (J. 14, 26), a którego i Syn pośle (J. 16, 7), który jest miłością w stosunku do Ojca i Syna (I J. 4, 8) i miłosierdziem w stosunku do ludzi (II – II, q. 30, a, 4), uświęcając ich i przysposabiając na Synów Boga (J. 7, 38 – 39). Oto niesłychana tajemnica, którą Apostołowie zaczęli zaraz głosić po zesłaniu Ducha Św. i którą z kolei mają głosić wszyscy duszpasterze w Kościele, jako główną treść ewangelii.

 

  1. Styl nauczania Najmiłosierniejszego Zbawiciela

 

Na uwagę zasługuje styl Pana Jezusa. Po stylu poznajemy pisarza i mówcę. Otóż styl Zbawiciela jest odmienny od stylu innych ludzi, a jego właściwością jest niezwykła prostota i namaszczenie. Prostota znamionuje rozum i mądrość Boga, a namaszczenie — jego Boskie miłosierdzie. Nie znajdziemy nigdzie prostszego a zarazem szczytniejszego stylu nad styl Chrystusa. Mimo, że w jego mowach nie ma wstępu ani podziałów, jednak zawsze jest jedność w założeniu i celu, jakim jest chwała Boża i zbawienie ludzi. Nie ma tam długich okresów, zawiłych rozumowań i sylogizmów, lecz największe tajemnice podane są w krótkich przypowieściach i niezwykle prostej formie.

         Zbawiciel odnajduje w każdej duszy jakby jakąś resztę wspomnień o Bogu, do których nawiązuje i powoli rozwija coraz dokładniejsze pojęcie o Nim, podkreślając przede wszystkim jego nieskończone miłosierdzie. Na ruinach starego Adama wznosi gmach nowego, odrodzonego człowieka, jak mówi Apostoł: „Zbawił nas nie dla uczynków sprawiedliwych, które dokonaliśmy, ale z miłosierdzia swego przez obmycie i odnowienie w Duchu Świętym” (Tyt. 3, 5). W najpospolitszych obrazach Jezus podaje przepisy prawdziwej moralności, dostosowując je do potrzeb każdej duszy i dostarczając odpowiedniego lekarstwa na jej choroby, co się ujawnia szczególnie w rozmowie jego z Nikodemem i Samarytanką.

         Jeżeli chodzi o dostojność mowy Chrystusa, była ona zawsze spokojna, głęboka i obejmująca zarazem doczesność i wieczność człowieka i Boga. Nie znajdziemy tam ani jednego wyrazu, który by nie przenikał miłosiernie do serca; ani jednego wiersza, który by nie wzruszył duszy. Nawet wówczas, gdy ostrze stalowe przeszywało serce grzeszników, gdy raniło czasami przelęknione dusze faryzeuszów słowem „biada”, jeszcze i wtedy czujemy naleganie nieskończonego miłosierdzia Bożego, które gotowe jest przyjąć i przebaczyć: „Gdy się przybliżył i ujrzał miasto, zapłakał nad nim mówiąc: Gdybyś i ty poznało i właśnie w ten dzień twój to, co jest ku pokojowi twojemu…” (Łk. 19, 41 n).

         Prostota i namaszczenie w stylu Chrystusa — obok łaski — sprawiły, że każdy umysł prawy przyjmuje jego naukę, daje się przekonać i znajduje w Jego dogmatach prawdę dla swego rozumu i zasady dla swego życia. Mali i wielcy, królowie i poddani, rządzący i słuchający, bogaci i ubodzy, uczeni i prostaczkowie wierzą w Niego, nie widząc Go; słuchają, nie rozumiejąc wszystkiego; schylają czoła przed niepojętymi prawdami wiary. W Jego orszaku są pierwszorzędni poeci (Dante, Mickiewicz itp.), najznakomitsi uczeni (Kopernik, Newton, św. Tomasz itp.) i wynalazcy (Kasjodor, Kircher itp.). Jest to wielka tajemnica, którą można tłumaczyć tylko przez działanie miłosierdzia Bożego.

         Jak konieczna jest ta prostota i namaszczenie w stylu w naszych czasach zarówno w stosunku z dziećmi jak i dorosłymi, z przyjaciółmi jak i z ludźmi niechętnymi lub wręcz wrogo nastawionymi do Kościoła! To jest jeden z koniecznych warunków „kerygmy”, o której dziś tak dużo się mówi w katechezach i kazaniach. To jest jeden z postulatów wpływu dodatniego na rozproszone umysły, by je skupić i skłonić do życia według zasad Chrystusa. To jest tajemnica powodzenia na lekcji religii i na ambonie, szczególnie w głoszeniu kazań katechizmowych. To jest miłosierdzie czynne, jakie duszpasterz okaże względem swej pieczy dusz przez kult miłosierdzia Bożego i naśladowanie Zbawiciela.

 

  1. Sposób nauczania Najmiłosierniejszego Zbawiciela

 

         Miłosierdzie Boże wypływa nie tylko z treści i stylu nauki Zbawiciela, ale i ze sposobu Jego nauczania. Na szczególniejszą uwagę zasługuje ton, w jakim przemawia do uczniów i tłumów, oraz Jego niezwykła cichość i pokora. Jak łaskawie zwraca się do uczniów, powołując niektórych z nich na Apostołów. Z jaką uprzejmością zwraca im uwagę, gdy się spierają między sobą o pierwszeństwo: „Kto jest większy pośród was, niech będzie jako mniejszy, a przełożony jako usługujący” (Łk. 22, 26). Jak delikatnie upomina ich, gdy chcą sprowadzić ogień na miasto samarytańskie: „Nie wiecie, czyjego ducha jesteście” (Łk. 9, 54). Podobnie bardzo oględnie strofuje ich, gdy zasnęli w Ogrójcu wbrew ostrzeżeniu, by się modlili i czuwali. A przede wszystkim, z jakim spokojem przyjmuje pocałunek zdradziecki Judasza, przestrzegając go miłosiernie przed zbrodnią: „Judaszu, pocałunkiem zdradzasz Syna Człowieczego” (Łk. 22, 48).

         Na szczególniejszą uwagę zasługuje również cichość i pokora Jezusa. Już prorok przepowiadający przyjście Mesjasza, podkreśla jego cichość, jako największą jego cechę. „Ześlij, Panie, woła Izajasz, Baranka panującego na ziemi” (Iz. 16, 1), a następnie kreśli miłosierną postać jego w sposobie nauczania: Ofiarowan jest, gdyż sam chciał, i nie otworzył ust swoich; jako owca na zabicie wiedzion będzie, a jako baranek przed strzygącym go zamilknie, a nie otworzy ust swoich” (Iz. 53, 7). „Nie będzie wołał ani będzie miał względu na osobę, ani będzie słyszan głos jego na ulicy. Trzciny nadłamanej nie skruszy, a lnu kurzącego się nie zagasi, w prawdzie wywiedzie sąd. Nie będzie smutny ani zaburzony, aż ustanowi na ziemi sąd” (Iz. 42, 2 – 4).

  1. a) Na cichość składają się trzy cnoty: pokora, męstwo i miłość bliźniego. Chrystus Pan był pokorny w narodzeniu, zawsze pełen słodyczy i łagodności w życiu, w rozmowie z Nikodemem i Samarytanką, wobec podstępów i zasadzek wrogich faryzeuszów, litościwy względem wszystkich chorych i cierpiących, wszelkiego rodzaju kalek i opętanych — prawdziwy Baranek Boży, jak go nazwał Jan Chrzciciel: „Oto Baranek Boży, oto, który gładzi grzechy świata” (II J. 1, 29). Jezus na każdym kroku urzeczywistniał to, co zalecał Apostołom: „Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb. A ja powiadam wam, abyście się nie przeciwstawiali złu. A kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi. A temu, który się chce z tobą prawować i suknię twoją zabrać, daj mu i płaszcz” (Mt. 5, 38 – 41).

         Miłosierna cichość, to nie wykwit osobistego temperamentu. Gdyby tak było, nie wszyscy mogliby się zdobyć na tę cnotę, a Zbawiciel zwraca się do wszystkich, zalecając ją. Cichość nie jest również nastrojem zależnym od okoliczności: byłaby ona wówczas zmienna i dorywcza jak sama okoliczność. Cichość jest to cnota stała, znamionująca charaktery mocne, silne i mężne. Gniewać się i oburzać potrafi człowiek najsłabszy, ale cichym potrafi być tylko silny, mocny i panujący nad sobą. Zbawiciel polecając tę cnotę i dając wzniosły jej przykład na swojej osobie, wskazuje na błogie jej skutki, gdy mówi: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt. 5, 4).

         Składową częścią cichości jest pokora, którą Zbawiciel poleca obok cichości i której święci są niedościgłym przykładem. Był pokorny, gdy umywał nogi Apostołom, gdy milczał na stawiane Mu niesłuszne zarzuty, gdy się zbliżał do pogardzonych przez faryzeuszów celników i grzeszników, gdy w gronie ich prosił Jana o chrzest, gdy obrał dwóch łotrów za towarzyszy swych cierpień i wśród nich polecił Ojcu swego ducha. Szczególniejszą pokorę okazał Zbawiciel, gdy Go powszechnie uwielbiano i chciano ogłosić królem, jak to było po cudownym rozmnożeniu chleba (J. 6, 15) i triumfalnym wjeździe do Jerozolimy (J. 12, 12 – 50).

  1. b) Na pojęcie cichości składa się również męstwo, które Zbawiciel miłosiernie ujawnił, gdy mimo nadludzkich przeszkód mężnie dążył do spełnienia woli Ojca, gdy w Ogrójcu panował nad naturalną odrazą i bojaźnią przed męką, a w czasie pokusy na pustyni nad podsuwaną przez szatana chęcią popisu; lub na Kalwarii, gdy żądano, aby cudownie zstąpił z krzyża. Doskonały przykład męstwa Chrystusa Pana oddziaływał na wszystkich Jego wyznawców, a szczególnie na Męczenników, którzy chętnie oddawali swe życie za wiarę.
  2. c) Miłość bliźniego jest trzecią składową częścią cichości, którą Zbawiciel ujawnił w każdym swym czynie, a przede wszystkim, gdy z miłości ku nam ustanowił Sakrament Ołtarza: „Umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował” (J. 13, 1).

         Jak konieczna jest łaskawość duszpasterza, szczególnie w naszych czasach! Jak niezbędny jest ton miłosierny w jego katechezach i kazaniach oraz w stosunku do dzieci i dorosłych, do przyjaciół i uprzedzonych do nas. Wielki przykład łaskawości i cichości zostawił nam Ojciec św. Jan XXIII, który ujął sercem wrogów Kościoła, a tym bardziej pociągnął ku sobie obojętnych i oziębłych katolików z różnych stanów. Wzorował się on na Chrystusie Panu, pamiętając o Jego zaleceniu: „Weźmijcie jarzmo moje na siebie i uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpocznienie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje słodkie jest, a brzmię lekkie” (Mt. 11, 29 – 30).

 

  1. Budzenie życia religijnego

 

         Duszpasterstwo nie ogranicza się do nauczania, lecz przede wszystkim zmierza do uświęcenia dusz, by ludzie byli pełnymi chrześcijanami, żyli zgodnie z prawem Bożym i trwali w łasce uświęcającej i zdążali wytrwale ku szczytom doskonałości. Duszpasterz stara się zatem uświęcić zarówno jednostki przez sakramenta św. i sakramentalia, rodziny — przez modlitwy wspólne, i społeczeństwa — przez organizacje religijne i nabożeństwa. W tej pracy zarówno w budzeniu życia religijnego jak i podniesieniu jego na wyższy poziom niezawodnym środkiem jest idea miłosierdzia Bożego.

         Budzenie życia religijnego konieczne jest u niewiernych i grzeszników. Doświadczenie stwierdza, że zarówno jedni jak i drudzy, poznając miłosierdzie Boże i wielbiąc Boga w tej doskonałości, łatwo się pobudzają do żalu za grzechy i nakłaniają do przyjęcia chrztu (dorośli) i pokuty. Dlatego misjonarze w swej pracy apostolskiej nigdy nie pomijają tego tematu (św. Alfons Liguori, św. Wincenty a Paulo i inni), a gorliwi duszpasterze pod wpływem tej idei nawracają największych grzeszników, którzy pozostawali niewrażliwi przy innych zabiegach duszpasterskich.

         Przytaczam myśli, które mogą być materiałem do budzenia życia religijnego u niewiernych i grzeszników.

 

  1. Miłosierdzie Boże w usprawiedliwieniu grzeszników

 

„Dobrotliwy i miłosierny jest Bóg i odpuści grzechy w dzień utrapienia” (EkI. 2, 13). Rzewne są słowa Pisma św., w których autor natchniony kreśli nam miłosierdzie Boże. Ale nigdy nie uwydatnia go z taką siłą, jak gdy mówi o miłosierdziu względem grzeszników. Bóg mimo ich niewdzięczności i złości nie tylko ich nie odtrąca, ale poszukuje, nawraca i garnie w słodkie objęcie. „Dobrotliwy i miłosierny jest Bóg i odpuści grzechy w dzień utrapienia”, mówi autor w Starym Testamencie, a w Nowym Testamencie Boski Zbawiciel stawia sobie za główne zadanie „wzywać grzeszników”. Świat pogardza celnikami, a Jezus ich nie odpycha; sprawiedliwość Boża wymierza surową karę rozpustnym mieszkańcom Sodomy i Gomory, a Chrystus przebacza jawnogrzesznicy i broni cudzołożnicę przed ukamienowaniem. Nadto w licznych przypowieściach i czarujących porównaniach kreśli nam swój stosunek do tych, którymi ludzie wzgardzili, a trybunały świeckie wydały potępiające wyroki, a gdy na łotra wydano wyrok śmierci, Chrystus na krzyżu zapewnia, że razem z nim będzie on w raju. Zbliżmy się tedy do wcielonego Miłosierdzia Bożego i przypatrzmy się, jak się ono objawia w stosunku do ludzi grzesznych.

         Chwała Boga najbardziej ujawnia się w naturach rozumnych, w jego sprawiedliwości i miłosierdziu względem ich. Opatrzność, dobroć, wszechmoc oraz inne doskonałości Boga przejawiają się w świecie zwierzęcym, roślinnym i martwym, ale tylko natury rozumne mogą pojąć i odczuć skutki sprawiedliwości i miłosierdzia Boga, które to doskonałości stanowią główną jego chwałę panowania nad nimi. Miłosierdzie zniewala do miłowania, a sprawiedliwość do bojaźni; pierwsza przyciąga ku dobru, a druga tłumi zło. Ale jak miłość jest szczytniejsza od bojaźni, tak miłosierdzie Boga w tym życiu góruje nad sprawiedliwością, która okaże się w swej surowości dopiero po śmierci. Toteż Zbawiciel mówi o sobie, że przyszedł głównie „szukać i zbawiać, co było zginęło” (Łk. 19, 10). „Bo nie posłał Bóg Syna swego na świat, aby świat sądził, ale aby świat był zbawiony przez niego” (J. 3, 17).

         W tym celu w rozrzewniających słowach głosi przypowieści o owcy zagubionej, o synu marnotrawnym i zagubionej drachmie, oraz chętnie obcuje z grzesznikami, a często nawet darowuje im grzechy. Jak pasterz biegnie za owcą swoją zbłąkaną i niesie ją na ramionach do owczarni, jak uboga niewiasta zgubiwszy pieniądz zapala świecę, wymiata izbę i szuka pilnie swej zguby, tak Bóg litościwy, którego miłosierdzie góruje nad innymi przymiotami z niewysłowioną troskliwością poszukuje grzeszników i z najtkliwszym weselem wita ich nawrócenie.

         Aby skłonić grzesznika na drogę łaski, Bóg posługuje się rozmaitymi środkami: już to broni i oszczędza go oraz obsypuje nowymi darami, już to pospiesza nieszczęsnemu z pomocą i przez natchnienie lub zgryzoty sumienia pragnie go opamiętać, już to stawia mu przed oczy widok kar na innych i grozi w swej niewypowiedzianej dobroci podobnymi karami w stosunku do niego. A gdy te łagodne sposoby nie trafiają do duszy grzesznika, Bóg wówczas chwyta się środków surowości i kary, aby skruszyć kamień jego serca. Ale czymże jest ta surowość? Również objawem niezmierzonego miłosierdzia Bożego, które strofując leczy, karząc docześnie — chroni od kary wiecznej. „Gdy nas sądzą mówi Apostoł Narodów — karanie odbieramy od Pana, abyśmy z tym światem potępieni nie byli” (I Kor. 11, 32).

         Miłosierdzie uzbraja karzącą prawicę, która chce opamiętać zbłąkanych, staje w poprzek ich grzesznych zamiarów. To miłosierdzie Boga zsyła klęski na pola i domy grzeszników, nawiedza ich boleścią i nieszczęściem; to ono podaje czasami gorzki kielich cierpienia, aby się ludzie ocknęli z grzechu i wrócili na drogę cnoty. Jeśli tego potrzeba, to ręka ojcowska kruszy grzesznika, jak naczynie gliniane, ale tylko dlatego, aby powstał z ruin odrodzony na duszy i stał się naczyniem wybranym. W tym znaczeniu mówi św. Paweł o grzeszniku w Koryncie: „Wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, aby duch był zbawiony w dzień Pana naszego Jezusa Chrystusa” (I Kor. 5, 5). Słowem jak dobra matka, widząc nieroztropność dziecięcia, co się bawi nad przepaścią, ogradza ją cierniem, tak Pan Bóg sypie ciernie pod nogi grzesznika, aby się cofnął i nie wpadł w przepaść piekielną.

         Ignacy Loyola jako rycerz, zostaje ranny przy zdobywaniu pewnego zamku; sądząc po ludzku spotkało go wielkie nieszczęście, gdy stał się niezdolny do sprawowania swego rycerskiego zawodu. Tymczasem to nieszczęście było dla niego błogosławieństwem miłosierdzia Bożego. Leżąc bowiem w szpitalu zaczął czytać Pismo św. i inne książki pobożne; zrozumiał, że Bóg powołuje go do innego, wyższego zadania, by założyć nowy rycerski zakon, którego zbożną pracę znamy wszyscy. Aby swych synów zaprawić do skutecznej walki duchowej, napisał niezrównane „Ćwiczenia Duchowne”, z których po dziś dzień korzystamy przy odprawianiu rekolekcji. Co stałoby się z Loyolą, gdyby nie został ranny? Może by zginął, jak inni rycerze. A dziś właśnie dzięki tej klęsce stał się świętym patriarchą.

         Ileż wymownych przykładów można by jeszcze przytoczyć na potwierdzenie tej prawdy, że Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu często używa środków surowych, by skierować grzesznika na drogę cnoty i zbawienia wiecznego. Wspomnę tu jeszcze klęskę Napoleona i zesłanie go na wyspę św. Heleny, gdzie ten wódz genialny, pozostając w największym opuszczeniu i zapomnieniu, przyznaje się w swych pamiętnikach do błędów, żałuje za nie i korzy się przed wyrokami miłosierdzia Bożego.

         Po co te przykłady? Jako przykład służą dzieje całego świata, dzieje każdego narodu, dzieje zresztą każdego pojedynczego człowieka. Wszystko, co nas boli, co nam łzy wyciska, jest lekarstwem zbawiennym, które nam Bóg Ojciec litościwy posyła, byśmy powstali z choroby duszy, to jest z grzechów naszych.

Wreszcie dusza pod wpływem dobroci lub kary otwiera oczy i dźwiga się powoli z upadku. Otóż Ojciec miłosierdzia nie trzyma tej duszy długo u progu swej łaski, nie wyrzuca jej niewdzięczności, ani chowa w swej pamięci błędów, lecz w jednej chwili zapomina o wszystkim i darowuje jej wszystkie długi. „Postępuje z nami nie według grzechów naszych, ani według przewinień naszych nam oddaje” (Ps. 102, 10), mówi Psalmista, „albowiem jak niebo przewyższa ziemię, tak miłosierdzie Jego względem bojących się jego”. Zamiast gniewu i ostrych wyrzutów, wyciąga on ramiona na przyjęcie grzesznika i w uniesieniu radości wzywa chóry anielskie, aby się cieszyły z odzyskanej owieczki (Mt. 18, 21).

         Jakkolwiek w niebie wszyscy są zawsze szczęśliwi, jednak bywają tam chwile szczególniejszej radości, ale nie wtedy, gdy się wznoszą na ziemi świątynie, ani gdy męczennicy oddają życie za wiarę, lecz wówczas, gdy się nawracają grzesznicy, gdy człowiek zmysłowy porzuca swe brudne życie i łzami pokuty obmywa swe występki, gdy krzywdziciel zaprzestaje swych złości i na wzór Zacheusza wynagradza w czwórnasób, gdy płocha niewiasta dźwiga się z upodlenia i śladem Magdaleny przychodzi do stóp Chrystusa, gdy syn marnotrawny powraca do Ojca i rozpoczyna nowe życie.

 

  1. Obowiązki względem Ojca Miłosierdzia

 

         Jeżeli Bóg jest względem nas tak miłosierny, że nie tylko przebacza chętnie pokutującym, ale nawet wyszukuje grzeszników i otwiera z radością ramiona na powitanie powracających, jeżeli ma dla nas uczucia prawdziwego Ojca miłosierdzia, czyż nie będziemy mieli dla niego uczucia dzieci, których główną cechą jest ufność i miłość? Dziecko przy najmniejszym niebezpieczeństwie przypomina, że ma matkę i ojca i zaraz do nich ucieka, czując się wówczas bezpiecznie i zasypia spokojnie na ich ręku. Jest wprawdzie wiotką trawką, a zdaje się urągać wichrom i burzom, a nawet wyzywać z poza wału obronnego swych nieprzyjaciół. Tak nam trzeba z ufnością zwracać się do Boga, który ustami proroka powiada: „Izali może zapomnieć niewiasta niemowlęcia swego, aby się nie zlitowała nad synem żywota swego? A choćby ona zapomniała, wszakże ja nie zapomnę o tobie”. (Iz. 49, 15).

         Jakże te słowa Pisma św. przeczą zapatrywaniu tych, którzy chcą widzieć w Bogu tylko nieugiętego Pana z mieczem w ręku, co z nieubłaganą surowością domaga się tego, czego rzekomo nie dał, który zbiera to, czego nie posiał! Gdybyśmy mogli bezpośrednio teraz spojrzeć na biedną Dziecinę w stajence Betlejemskiej, co roni łzy za nas; gdybyśmy ją podziwiali w Nazarecie, u stóp Maryi lub przy warsztacie obok Józefa; gdybyśmy szli za Jezusem w jego apostolskich pracach, jak oblany potem idzie od miasta do miasta, by głosić ewangelię ubogim; gdybyśmy własnymi oczami patrzyli na tego litościwego Samarytanina, co stał się przyjacielem wszystkich strapionych, ostoją słabych, używającego swej mocy tylko do leczenia chorych i uśmierzania burz morskich; gdybyśmy widzieli tego dobrego Pasterza, co na ramionach swoich odnosi do owczarni zagubioną owcę, wówczas mieli byśmy o Nim pojęcie prawdziwe jako żywego Obrazu miłosierdzia przebaczającego winy Piotra, nawiedzającego celnika Zacheusza, przyjmującego wonne maście od grzesznej niewiasty itp.

         Gdybyśmy byli z liczby jego uczniów, którym ustawicznie powtarzał: „Nie lękaj się, trzódko mała” (Łk. 12, 32), „Jako mnie umiłował Ojciec i ja was umiłowałem” (J. 15, 9), czyż moglibyśmy wówczas wątpić w jego miłosierdzie? Czyż te słowa nie napełniłyby naszych serc wielką bezgraniczną ufnością? Wówczas na pewno z wielkim zapałem poszlibyśmy za nim wołając: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego” (J. 6, 69). Z ufnością dotykalibyśmy kraju szaty jego: „Jezusie, Synu Dawidów, zmiłuj si nad nami” (Łk. 18, 38). Jego spojrzenie ożywiałoby naszą ufność, jego słowa wniosłyby w duszę naszą pokój, a nasze wyrzuty sumienia zamieniłyby się w ufny żal, radość i miłość.

         O ludzie małej wiary, czemuż jeszcze wątpicie? Oto Bóg nieskończonego Majestatu zamiast przerażać, pragnie być naszym schronieniem. Ten Lekarz niebieski z wysokości wyciąga ku nam swe ręce i woła: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i uginacie się pod ciężarem, a ja was pokrzepię” (Mt. 11, 28). Ten, co nas umiłował aż do Golgoty i ołtarza, żywi dla nas te same litosne i miłosierne uczucie i zawsze się wstawia za nami (Żyd. 7, 25), zawsze zasłania nas swymi ranami, które wołają o miłosierdzie o wiele głośniej, niż grzechy nasze wzywają sprawiedliwości.

         W hymnie chwalebnym „Te Deum laudamus”, Kościół umieścił słowa Psalmisty, które streszczają całą naukę o Miłosierdziu Bożym i pokładanej w nim ufności: „Niech będzie miłosierdzie Twoje nad nami (w tej mierze, w jakiej) w Tobie pokładamy swą ufność” (Ps. 32, 22). Miarą tedy wzrostu miłosierdzia Bożego względem nas ma być miara wzrostu naszej ufności. Tę ufność mieli wszyscy święci, a szczególnie św. Teresa do Dzieciątka Jezus, która tak ją wyraziła: „Choćby sumienie moje było obciążone grzechami całego świata, nie straciłabym mojej ufności… znam bowiem całą głębię miłości i miłosierdzia Pańskiego” (Duch św. Teresy, 143).

         Ta ufność nie może być lekkomyślna i płocha, lecz trzeba ją oprzeć na szczerej pokucie za grzechy, gdyż inaczej byłaby ona złudzeniem. Miłosierdzie Boże nie jest bezkarnością jak owa manna na puszczy, ma swój czas zakreślony, po upływie którego może bezpowrotnie przeminąć. Przed straszną karą potopu czas miłosierdzia ciągnął się sto lat, a dla Niniwitów trwał tylko czterdzieści dni. Każdemu z nas wyznaczona jest chwila miłosierdzia i pokuty za grzechy. Spieszmy się tedy, póki niebo jaśnieje pogodą litości, póki się nie zaciągnie chmurami gniewu i sprawiedliwości, jak woła Izajasz Prorok: „Pospiesz się łupy zbierać, pokwap się brać korzyści” (Iz. 8, 3).

         Biada duszy, która nie zwraca uwagi na ten czas miłosierdzia. Ta sama ręka, która wyciąga się ku nam z pomocą i litością, może potem popchnąć ku przepaści. Grzesznik wspomni wówczas długie lata, kiedy Bóg czekał jego nawrócenia i często kołatał do jego serca, upominając głosem wewnętrznym i przykładami kary na innych, ale już będzie za późno gonić ubiegłe chwile miłosierdzia. Nie wrócą one już na wieki, a do wyrzutów sumienia dołączy się jeszcze wyrzut rozpaczy, że przeoczył czas zmiłowania i sam sobie zgotował nieszczęście wiecznego odrzucenia. „Zguba twoja z ciebie, Izraelu” (Os. 13, 9).

         Choćby grzechy nasze były największe i najliczniejsze, choćby nie tylko pojedyncze winy jawnogrzesznicy, celnika lub łotra, ale wszystkie razem ciążyły na naszym sumieniu, bądźmy pewni, że przy pokucie nie przeważą szali miłosierdzia Bożego; jeszcze i wówczas winna nam przyświecać nadzieja przebaczenia, jak mówi Prorok: „Choćby grzechy wasze były jako szkarłat, jak śnieg wybieleją; i choćby były czerwone jak karmazyn, będą białe jako wełna” (Iz. 1, 18).

         Miłosierdzie Boże nie powinno nas zwalniać od osobistych wysiłków, lecz być bodźcem do pokuty. Ojciec Niebieski czeka nas z utęsknieniem, jak ów ojciec w przypowieści o synu marnotrawnym, który po jego powrocie powiedział: „weselmy się, albowiem ten syn mój umarł, a ożył, zaginął był, a odnalazł się” (Łk. 15, 24). Sprawmy tedy Ojcu niebieskiemu tę radość! Spraw Mu ty, Zacheuszu, człowiecze łakomy, niesprawiedliwy, skalany krzywdą i uciskiem bliźniego… Spraw Magdaleno, płocha i grzeszna niewiasto, coś się wyzuła z godności ludzkiej i oddała swą duszę na pastwę siedmiu duchów nieczystych. Spraw tę radość, synu marnotrawny, lekkomyślny młodzieńcze, co może w wiośnie dni swoich straciłeś już wiarę, niewinność i szlachetność swej duszy. Słowem wszyscy, którzyśmy może odeszli od Ojca, postanówmy zaprzestać swych grzechów i powrócić na drogę cnoty. Wówczas rozraduje się serce Ojca, a sobie zgotujemy nieśmiertelne wesele. Wówczas „pójdą, którzy będą wybawieni, a wykupieni od Pana powrócą i przyjdą na Syjon z wychwalaniem, a wesele wieczne na głowie ich, radość i wesele otrzymają, a uciecze boleść i wzdychanie” (Iz. 35, 10).

         Wreszcie winniśmy naśladować miłosierdzie Boże w naszym życiu, gdyż to jest warunek zmiłowania Bożego na sądzie ostatecznym: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt. 5, 7). Nie sposób tu rozwijać całej nauki o praktyce miłosierdzia i analizować te przypowieści, jakie się do niej odnoszą (o bogaczu i Łazarzu — Łk. 16), o biednej wdowie — Mk 12 — itp). Natomiast nie można pominąć groźby św. Jakuba, który w swoim liście powszechnym zapowiada „sąd bez miłosierdzia tym, którzy nie mają miłosierdzia” (Jak. 2, 13). Biada temu, kto tych słów nie zrozumie i pozostanie głuchy na ich brzmienie. Pamiętajmy o wielkiej uroczystej chwili śmierci i sądu, kiedy szczególnie będziemy potrzebowali miłosierdzia dla siebie, a otrzymamy je pod warunkiem, że teraz będziemy miłosierni dla braci naszych, bo „coście uczynili jednemu z nich, mnieście uczynili”, — powie Zbawiciel (Mt. 25, 40).

 

III. Uświęcenie dusz

 

         Podniesienie dusz na wyższy poziom doskonałości dotyczy tych, którzy są już w łasce uświęcającej i pracują nad postępem w życiu wewnętrznym. Ten postęp zależy od naszego pojęcia o Bogu, od zrozumienia Jego nieskończonego miłosierdzia (por. wyżej str. 17 – 19). Pojęcie o Bogu jest kluczem do świętości, albowiem ono normuje nasze postępowanie względem niego. Dlatego idea miłosierdzia Bożego odgrywa i tutaj decydującą rolę.

         Podniesienie dusz na wyższy poziom życia chrześcijańskiego dokonywa się głównie w sakramentach żywych: bierzmowaniu, kapłaństwie, małżeństwie, sakramencie chorych, a przede wszystkim w Sakramencie Ołtarza. O Miłosierdziu Bożym w Sakramencie Ołtarza była mowa powyżej (str. 60 nn). Przytoczę tu myśli, jakie mogą posłużyć duszpasterzom w przygotowaniu wiernych do sakramentu bierzmowania, małżeństwa i sakramentu chorych.

 

  1. Przygotowanie do sakramentu bierzmowania

 

         Sakrament bierzmowania utwierdza miłosierdzie Boże nad ochrzczonym, o czym przepowiada Psalmista: „Chwalcie Pana wszystkie narody… bo utwierdzone jest nad nami miłosierdzie Jego” (Ps. 116). Bóg tedy nie tylko daje nam miłosierdzie swoje w sakramencie chrztu i pokuty, ale je utwierdza nad nami w innych sakramentach, a przede wszystkim w sakramencie bierzmowania. Tego dokonywa Duch św., który zstąpił na Apostołów w dniu Zielonych Świąt i zstępuje na wszystkich chrześcijan, pasując ich na swoich rycerzy w bierzmowaniu.

         Bierzmowanie jest to sakrament, w którym ochrzczony przez włożenie rąk, namaszczenie czoła krzyżmem i słowa biskupa otrzymuje umocnienie Ducha Św. do mężnego wyznawania wiary i życia według jej zasad. Krzyżmo jest mieszaniną oliwy i balsamu, poświęcone przez biskupa w Wielki Czwartek. Jak oliwa wnika w namaszczone członki i wzmacnia je, tak łaska bierzmowania wnika w głąb duszy i usposabia jej władze do nadprzyrodzonego działania. Jak woń balsamu rozchodzi się dokoła, tak czyny bierzmowanego winny wywierać dokoła zbawienne skutki. Balsam również goi rany ciała, a łaska bierzmowania goi rany duszy. Wkładanie rąk oznacza, że Bóg bierze w posiadanie chrześcijanina, zapewniając mu swą opiekę, udzielając sił i ustawicznej pomocy. W symbolu uderzenia w policzek otrzymuje chrześcijanin duchowe pasowanie na rycerza i upomnienie, że ma być gotów do znoszenia przeciwności, a nawet prześladowań.

         Sakrament bierzmowania pomnaża łaskę uświęcającą i daje prawo do łask uczynkowych, wzmacniających ochrzczonego do mężnego wyznawania wiary przez całe życie oraz bronienia jej w razie potrzeby. Nadto sakrament ten wyciska w duszy niezatarty charakter czyli daje duchową władzę do spełniania pewnych świętych czynności, mianowicie: do walki duchowej przeciw nieprzyjaciołom wiary. Na chrzcie św. otrzymujemy również charakter sakramentalny, który Ojcowie porównują do znaku wypalonego żelazem na ramieniu niewolnika, ale w bierzmowaniu otrzymujemy nową pieczęć i znamię, czyniące nas nie tylko członkami Kościoła, lecz nadto jego szermierzami i obrońcami. W tym celu otrzymujemy specjalną broń i zbroję duchową jako prawdziwi rycerze Chrystusa.

         Jest to wielkie miłosierdzie Boga, które nas utwierdza w życiu duchowym, jak dojrzałość w życiu fizycznym. Przyjmując ten sakrament, chrześcijanin bierze rozbrat z wiekiem dziecięcym i może w życiu duchowym powtórzyć za Apostołem: „Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jako dziecię, myślałem jako dziecię. Lecz gdy stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce” (I Kor. 13, 11) Ta dojrzałość duchowa przejawia się uderzająco w życiorysach świętych dziewic. Św. Łucja np. odpowiada wielkorządcy, że nie lęka się jego gróźb i mąk najstraszniejszych, albowiem miłosierdzie Boga jej nie opuści. I rzeczywiście żadna siła ludzka nie zdołała jej z miejsca ruszyć tak, że musiano na miejscu wobec trybunału dokonać ścięcia. Jakże miłosierny jest Bóg, który czyni nas dojrzałymi przez bierzmowanie i uzdalnia nie tylko do wyznawania wiary, ale nadto do obrony jej wobec nieprzyjaciół.

         To, co w dzień Zielonych Świąt zdziałał Duch Św. w sposób widzialny w stosunku do Apostołów, sakrament bierzmowania sprawuje w sercach chrześcijan w sposób niewidzialny. Na Apostołów zstąpił Duch Św. w postaci języków ognistych, by nie tylko wyznawali wiarę, lecz ją rozszerzali i bronili. My zamiast języków mamy w bierzmowaniu oliwę i balsam. Oliwa syci płomień, a drzewo oliwne i balsam uzmysławiają nieustanną obfitość dobrych uczynków. Tak więc co do istoty w bierzmowaniu pozostał ten sam zewnętrzny znak tajemnicy Zielonych Świąt: chrześcijanin otrzymuje ten sam dar Ducha Św. Dlatego gdziekolwiek w Piśmie św. jest mowa o wkładaniu rąk czyli udzielaniu sakramentu bierzmowania, zawsze skutek jego zowie się braniem Ducha Św. lub jego przyjściem: „Wtedy wkładali na nich ręce i otrzymywali Ducha św., i mówili językami i prorokowali” (Dz. Ap. 19, 6). Sakrament ten jest tedy miłosierdziem Ducha Św.

         Jak miłosiernym jest Bóg, skoro ustanowił ten sakrament, w którym otrzymujemy te same łaski, co Apostołowie w dniu Zielonych Świąt! Tak pilnie mamy do niego przygotowywać się przez modlitwę i spowiedź, jak się przygotowywali Apostołowie w Wieczerniku przez dziesięć dni po Wniebowstąpieniu Chrystusa! Sakrament ten jest niepowtarzalny i od należytego jego przyjęcia zależy nasza postawa przez całe życie. Jakże ci, co przyjęli ten Sakrament, mają pamiętać, by łaski jego należycie spożytkować, by sprostać zobowiązaniom, jakie na siebie przyjęli, by żyć i działać nie tylko dla samych siebie, lecz dla Kościoła i Ojczyzny niebieskiej, jak powiedział Zbawiciel: „Kto wierzy we mnie, rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza. A to mówił o Duchu, którego otrzymać mieli wierzący weń” (J. 7, 38 – 39).

         Byłoby wielką niewdzięcznością z naszej strony, gdybyśmy ziemskiej Ojczyźnie naszej poskąpili naszych sił i zdolności, chcąc żyć tylko dla siebie. A oto Ojczyźnie dusz naszych — Kościołowi — zawdzięczamy nieskończenie więcej; przez nią otrzymaliśmy miłosierdzie Ducha Św., doszliśmy do pełnoletności duchowej. Czyż nie przy czynimy się do pomnożenia Królestwa Bożego przez pracę niestrudzoną nad uświęceniem własnym i innych braci naszych w Chrystusie? W państwie doczesnym jest armia czynna do obrony Ojczyzny. Otóż taką armią w Kościele mają być wszyscy bierzmowani, nosząc godło swego wodza, jakim jest krzyż nakreślony ręką biskupa przy bierzmowaniu krzyżmem świętym. Niech świat cały wie, że ma do czynienia z żołnierzem Chrystusa, który się nie wstydzi swej wiary i otwarcie ją wyznaje i raczej krew przeleje i życie utraci, aniżeli się jej wyrzeknie.

         A jaką broń daje bierzmowanie żołnierzowi chrześcijańskiemu? Św. Paweł tak o niej mówi: „Bądźcie przeto gotowi, przepasawszy biodra wasze prawdą i przyodziawszy pancerz sprawiedliwości, a nogi obuwszy w gotowość ewangelii pokoju. We wszystkim trzymaj cie się tarczy wiary, którą moglibyście zagasić wszystkie strzały ogniste złego ducha. Przyodziejcie też przyłbicę zbawienia i weźmijcie miecz ducha (którym jest słowo Boże), a w każdej modlitwie i prośbie zanoszac błagania w duchu w każdym czasie” (Ef. 6, 14 – 18). Oto broń, jaką daje nam bierzmowanie do walki duchowej. Są to dary Ducha Św. i cnoty cierpliwości, wytrwałości, nieustraszoności, męstwa i męczeństwa, które z milionów słabych ludzi uczyniły chwalebnych świadków wiary, a Kościół okryły sławą nieśmiertelną.

         Dla lepszego uwypuklenia miłosierdzia Bożego w sakramencie bierzmowania, trzeba ściślej określić te przeszkody, które łaska tego sakramentu dopomaga przezwyciężyć, Są to przede wszystkim trudności, jakie oddziaływują na naszą wolę: już to jako bojaźń, już to jako zmęczenie, długotrwałe pokusy, oschłość ducha, trud wytrwania na modlitwie lub trud nudnej pracy naszego zawodu, oszczerstwa, prześladowania, różne niebezpieczeństwa, cierpienia itp. Przy łasce bierzmowania to wszystko przezwyciężamy cierpliwością, odwagą i wytrwałością. Ta łaska działa nie tylko na ducha, lecz i na ciało, uzbrajając czasami w cudowną siłę, wytrzymałość i odporność, jaką podziwiamy u świętych. Nie wystarcza tu zwykła cnota, tu trzeba szczególniejszego umocnienia woli.

         O jakież to wielkie miłosierdzie Boże, ujawniające się w darach Ducha Św., których wysłużyć sam nikt nie potrafi, a Bóg udziela ich darmo w tym sakramencie bierzmowania, który mamy wysoko cenić i dziękować zań Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Św.

 

  1. Przygotowanie do sakramentu kapłaństwa

 

         „Całopalenia i bydlęcia ofiarnego za grzech nie żądałeś: wtedy rzekłem: oto przychodzę” (Ps. 39, 7). Psalmista wkłada te słowa w usta Syna Bożego, który z woli Ojca staje się Człowiekiem, by złożyć z siebie ofiarę za grzechy całej ludzkości, by stać się kapłanem — ofiarą i ofiarnikiem na wieki. Ojciec niebieski przyjmuje tę gotowość poświęcenia się Syna za grzesznych ludzi i czyni go kapłanem jedynym i wiecznym, jak to mówi Prorok w innym miejscu: „Ty jesteś kapłanem na wieki według obrządku Melchizedeka” (Ps. 109, 4). Stąd św. Paweł stwierdza, że Chrystus jest jedynym kapłanem Nowego Testamentu, który jako człowiek złożył z siebie ofiarę krwawą na krzyżu, a niekrwawą na ostatniej Wieczerzy w Wielki Czwartek, by ją składać ustawicznie przez ręce Apostołów i ich następców, którym przekazał swoją władzę, ustanawiając sakrament kapłaństwa: „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk. 22, 19).

         W Dziejach Apostolskich czytamy, że Apostołowie wkładali ręce na kandydatów i modlili się, udzielając święceń biskupich, kapłańskich i diakonatu: „Tedy wśród postów i modlitw włożyli na nich (Szawła i Barnabę) ręce i wyprawili ich” (Dz. Ap. 13, 3). „Wśród modlitw i postów ustanowili im kapłanów” (Dz. Ap. 14, 22). „Stawili ich (diakonów) przed Apostołami, a ci modląc się, włożyli na nich ręce” (Dz. Ap. 6, 6). Chrystus chciał, by Kościół był społecznością doskonałą, nie chciał zupełnej równości, ale podporządkowania i zależności między członkami, by był nie tylko Oblubienicą jego, lecz i Matką dzieci; nie tylko słuchającym, ale i nauczającym; nie tylko uświęconym, lecz i uświęcającym. W tym celu dał jednym władzę taką, jakiej innym nie udzielił, jak pisze Apostoł: „Niektórych ustanowił Bóg w Kościele najpierw Apostołów, potem Proroków, po trzecie nauczycieli, innym dał moc i dary uzdrawiania, posługiwania, rządzenia, mówienia językami i tłumaczenia mów” (I Kor. 12, 28).

         Sakrament kapłaństwa pomnaża łaskę uświęcającą, jaką kandydat winien już posiadać, i udziela specjalnej łaski sakramentalnej, która daje prawo do godnego spełniania obowiązków kapłańskich przez całe życie. Nadto sakrament ten wyciska na duszy osobny charakter niezmazalny, podobnie jak chrzest i bierzmowanie, dlatego jak i tamte jest niepowtarzalny. Charaktery episkopatu, kapłaństwa i diakonatu prawdopodobnie różnią się między sobą tylko gatunkowo czyli że w tych święceniach następuje tylko rozszerzenie tego samego charakteru do nowych czynności, albo powiększenie jego, jak bywa z powiększeniem łaski uświęcającej. Niższe stopnie kapłaństwa jak akolita, exorcysta, lektor i odźwierny, a prawdopodobnie i subdiakonat nie należą do sakramentu kapłaństwa; są tylko przygotowaniem do niego.

         Spomiędzy wszystkich władz, jakie Chrystus piastował i przekazał Kościołowi, urząd kapłański jest największy i najwznioślejszy. Jest to bowiem boskie upoważnienie do należytego sprawowania szczególnej służby Bogu. Służba ta polega przede wszystkim na składaniu ofiary oraz udzielaniu łask wiernym przez administrowanie im sakramentów św. Stąd kapłan jest pełnomocnym posłańcem Boga do ludzi i ludzi do Boga; przez jego ręce ludzie zanoszą Bogu najwyższą daninę hołdu, a Bóg zsyła na ludzi swe łaski, jak mówi Apostoł: „Każdy arcykapłan spośród ludzi wzięty, dla ludzi jest postanowiony w tym, co do Boga należy, aby składał dary i ofiary za grzechy” (Żyd. 5. 1). „Tak niechaj każdy uważa nas za sługi Chrystusa i włodarzy Bożych tajemnic” (I Kor. 4, 1).

         Kapłaństwo tedy jest dalszym ciągiem kapłaństwa Chrystusowego; czyni ono Chrystusa obecnym w Kościele, odradza go w sercach ludzkich przez sakramenta św. i łaski z nich wypływające oraz uświęca dusze ludzkie i prowadzi do wyższej doskonałości. Ta podwójna moc nad prawdziwym i mistycznym Ciałem Chrystusa stanowi pełnię władzy kapłańskiej. Władza nad Mistycznym Ciałem wypływa z władzy nad prawdziwym Ciałem w Sakramencie Ołtarza, z którym kapłaństwo łączy się nierozerwalnie; tam, gdzie nie ma kapłaństwa, nie ma o niekrwawej. Kapłan tedy, to przedstawiciel Boga i kierownik mocy nadprzyrodzonych, a urząd jego jest wyłącznie nadprzyrodzony i prawdziwie boski. Chrystus bowiem łączy w sobie Bóstwo i człowieczeństwo, a w tym człowieczeństwie składa z siebie Ojcu ofiarę i przez ręce kapłana chce połączyć ludzi z sobą w jedno Mistyczne Ciało, aby je wprowadzić jako jedną świętą rodzinę na łono Ojca.

         Jakże tedy nieskończenie wielkie miłosierdzie okazuje Bóg w kapłaństwie samemu kapłanowi i wiernym!

         Przede wszystkim Zbawiciel z miłosierdzia swego ustanowił ten sakrament. Posiadając w sobie wszelką władzę i potęgę jako Bóg – Człowiek (Mt. 28, 18), był najwyższym Arcykapłanem i przekazał władzę kapłańską Apostołom jako swoim zastępcom, aby przez nich być zawsze obecnym między ludźmi. Dlatego św. Paweł mówi do biskupów: „Miejcie tedy pieczę o siebie samych i o całą owczarnię, nad którą was Duch Św. ustanowił biskupami, abyście kierowali Kościołem Bożym, własną krwią nabytym” (Dz. Ap. 20, 28).

         Następnie tenże Zbawiciel powołuje ludzi do tego urzędu, nie dla ich zasług, lecz jedynie z miłosierdzia swego: „Ale gdy okazała się dobroć i łaskawość Boga, Zbawiciela naszego, zbawił on nas nie dla uczynków sprawiedliwych, które dokonaliśmy, ale z miłosierdzia swego przez obmycie odrodzenia i odnowienia w Duchu św.” (Tyt. 3, 5). Sam to w mowie pożegnalnej uroczyście stwierdza: „Nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem i ustanowiłem was, abyście poszli i owoc przynieśli, i żeby owoc wasz trwał” (J. 15, 16). Podobnie jak w Starym Testamencie Bóg wybierał i powoływał Proroków, tak i teraz wybiera ludzi do urzędu kapłańskiego, jak to wyraźnie okazuje w Dziejach Ap.: „Gdy tedy sprawowali służbę Pańską i pościli, rzekł do nich Duch Św.: Odłączcie mi Szawła i Barnabę do dzieła, do którego ich powołałem” (Dz. Ap. 13, 2). Kogo Bóg nie woła, ten niech pozostaje z dala od ołtarza. A kto wtargnie do świątyni niepowołany, niech się lęka, że kapłaństwo dla niego może być powodem do zguby. Przykład tego daje nam Szymon czarnoksiężnik, który za pieniądze chciał otrzymać udział w duchownych skarbach (Dz. Ap. 8, 9 – 24).

         Miłosierdzie Boże nie tylko powołuje wybranych do kapłaństwa, ale ich wprowadza, mianuje i zatwierdza. Dzieje się to przez wyświęcenie, które jest istotnym sakramentem, działającym nie tylko zewnętrznie przez kładzenie rąk i modlitwy, lecz i w głębi duszy przez wewnętrzną działalność Ducha Św., jak to wynika ze słów liturgii. Biskup upominając kandydatów do święceń ostiariatu, odwołuje się do miłosierdzia Bożego, które ma sprawić skuteczność ich poczynań: „co w was Pan dokona przez miłosierdzie Swoje”. Modląc się nad kandydatami do święceń akolitów, książę Kościoła prosi przede wszystkim miłosierdzie Boże o łaski: „co wam Pan udzieli przez miłosierdzie Swoje”. Błagając o czystość dla diakona, biskup prosi o szczególniejszą tę łaskę u miłosierdzia Bożego. A przemawiając do kapłanów po udzieleniu im święceń zastępca Chrystusa prosi Boga, by udzielił im szczególniejszej łaski przez miłosierdzie swoje. W czasie konsekracji biskupa, zaraz po namaszczeniu głowy jego krzyżmem, konsekrator rzewnie błaga miłosierdzie Boże o pomnożenie łaski nad wybranym przez ten przymiot Boży. Podobnie konsekrowany w pokomunii poleca się miłosierdziu Bożemu (Por. „Pontificale”, 21 nn).

         Miłosierdzie Boże kształci kapłanów wewnętrznie i kieruje nimi w spełnianiu świętych czynności, nadaje ich słowom cudowną moc nad sercami ludzkimi, oświeca ich i pobudza do świętości. Z jakiejkolwiek strony zapatrywać się będziemy na kapłaństwo, zewsząd widzieć będziemy działanie nieskończonego miłosierdzia Bożego. Chrystus wykonywał swój urząd kapłana z niewymownym miłosierdziem względem wszystkich. On też chciał, by widzialni jego zastępcy w tym urzędzie ze szczególniejszym miłosierdziem sprawowali swe czynności. Dlatego Kościół, zarówno w stałych jak i ruchomych częściach Mszy św., wkłada w usta kapłana wielokrotnie wezwania do miłosierdzia Bożego. „Okaż nam, Panie, miłosierdzie swoje” — woła kapłan pokornie pochylony u stóp Ołtarza po spowiedzi powszechnej. „Niechaj zstąpi na nas miłosierdzie twoje” — powtarza przy okadzaniu ołtarza. „Nam także sługom swoim w wielkości miłosierdzia twego ufającym” — mówi w kanonie zaraz po konsekracji, a po „Pater noster” — uprzytamnia sobie, że tylko przez miłosierdzie Boże może być uwolniony od grzechu. Przed Komunią św. zaś, trzymając Hostię w ręku, błaga o pokój i zmiłowanie tylko dzięki ufności w miłosierdzie Boże.

         W sprawowaniu innych sakramentów św. i sakramentaliów Kościół poleca wciąż odwoływać się do miłosierdzia Bożego, a przede wszystkim na spowiedzi przypomina, że przez usta kapłana przy rozgrzeszaniu zlewa się większa moc miłosierna Boga na duszę, niż przy stworzeniu, albowiem, jak mówi św. Augustyn, łatwiej jest coś stworzyć, niż grzesznika, który jest niżej nicości, podnieść do stanu łaski. (Trakt. 71, 72).

 

  1. Przygotowanie do sakramentu małżeństwa

 

         „Małżeństwo jest wielką tajemnicą w Chrystusie i Kościele” (Ef. 5, 32), której niestety ogół wiernych należycie nie rozumie i mało lub wcale do niego się nie przygotowuje. Dlatego przy zapisywaniu zapowiedzi należy nowożeńców pouczyć o tym sakramencie, oraz przy egzaminie przedślubnym lub w innym stosownym czasie przed ślubem, przynajmniej poważnie porozmawiać z nimi na ten temat. W ten sposób, choć w przybliżeniu, przygotujemy nowożeńców do małżeństwa, czego żąda od duszpasterzy Pius XI w Encyklice „Casti connubii” z dnia 31 grudnia 1930 r.

 

 

Nauka przedślubna

 

         Zawarcie małżeństwa jest dla oblubieńców chrześcijańskich chwilą bardzo uroczystą i wielką. Nie tylko bowiem stawiają tu oni na jedną kartę swoją przyszłość, nadzieję i cały skarb szczęścia doczesnego, ale nadto przyjmują wielki Sakrament, na którym opiera się wiara, w którym jest rękojmia triumfu Ewangelii i krzyża, a tym samym — Chrystusa i Kościoła. Toteż nowożeńcy mają należycie przygotować się do małżeństwa, by patrzeć nań nie tylko jako na pewną umowę prywatną wspólnego pożycia, lecz jako na kontrakt o charakterze religijnym i społecznym, jako na kolebkę, gdzie mają wychowywać się członkowie społeczeństwa i obywatele państwa: jako na miejsce, gdzie rodzą się i wychowują Chrystusowi wyznawcy, członkowie jego Ciała Mistycznego i obywatele nieba; wreszcie — jako na wielki sakrament miłosierdzia Bożego, jak mówi św. Paweł: „Tajemnica to wielka jest, a ja mówię w Chrystusie i w Kościele” (Ef. 5, 32).

 

  1. Natura i cele małżeństwa

 

         Małżeństwo chrześcijańskie jest instytucją zarówno religijną, jak i społeczną, dlatego jest też i trwałe czyli nierozerwalne.

 

  1. a) Małżeństwo jest instytucją religijną

 

         Zadaniem religii chrześcijańskiej jest podniesienie ludzi do stanu nadprzyrodzonego, względnie odrodzenie ich i uświęcenie, aby usunąć ze świata panowanie fałszu, ciemności i zbrodni. Religia chrześcijańska jest walką krzyża z potęgami zła; jest to obóz synów światłości, którzy pod sztandarem Chrystusa z orężem miłości i prawdy idą do walki z wrogami prawdziwego postępu i szczęścia ludzkiego. „Ogień przyszedłem rzucić na ziemię, a czegoż chcę, jeno aby zapłonął” (Łk. 12, 49). A kto będzie zapalał ogień w sercach młodych chrześcijan? Gdzie będą kształcić się przyszli żołnierze Chrystusa? W jakiej szkole będą się przygotowywać do walki z mocami piekła? W rodzinie chrześcijańskiej; a małżeństwo ma być kolebką, w której się wychowują przyszli zapaśnicy krzyża. Małżeństwo w tym znaczeniu pojęte jest prawdziwą rolą ewangeliczną, na której zdrowych sokach wiary i cnoty karmią się nowe latorośle Chrystusowej winnicy; jest Bramą Syjońską, z której wychodzą na arenę życia nowi zapaśnicy sprawy Bożej, prze znaczeni prowadzić ród synów Bożych na ziemi aż do szczęśliwej wieczności.

         Jeżeli małżonkowie należycie rozumieją swoje zadania pod względem religijnym, wówczas gniazdo rodzinne staje się ogniskiem cnoty, szkołą obyczajów, stróżem moralności i katedrą świętych. Nad taką rodziną, jak nad stajenką betlejemską unoszą się chóry Aniołów ze śpiewem: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli” (Łk. 2, 14). Jeżeli jednak małżonkowie rozminą się z myślą Bożą i nie czują w sobie swej wielkiej godności i nie uważają siebie jako sprzymierzeńców krzyża, nie spełniają swoich obowiązków względem religii, wówczas następują smutne czasy zarówno dla rodziny jak i dla religii, czasy, o których mówi Prorok: „Płacząc, płakała w nocy, a łzy jej na policzkach jej: nie masz, kto by ją pocieszył” (Jer. Tren. 1, 2).

         Czemu dziś nastąpiło bankructwo ducha? Czemu fałsz i kłamstwo skupiają się jako chmury nad naszymi głowami? Czemu nie ma prawdziwej cnoty świętości, a panuje powszechne zepsucie? Czemu wiara upada, a bezbożnictwo się szerzy?… Dlatego, że małżonkowie zapomnieli o swym wielkim zadaniu, że przestali być wychowawcami świętych, że nie prowadzą misji w ludzkości, że zgasili w sobie wyższą myśl religijną, a zajęli się tylko poziomymi i doczesnymi celami. Słusznie więc Apostoł nazwał małżeństwo wielką tajemnicą, czyli wielkim sakramentem w Chrystusie i Kościele, albowiem ono jest rękojmią triumfu ewangelii krzyża i zbawienia ludzi; ono jest korzeniem, z którego wyrasta rajskie drzewo żywota; Arką Przymierza, która niesie po falach pokoleń moralne skarby niebieskie. Jest to szczytna więź ludzkości z Bogiem, mająca na celu doczesne i wieczne uszczęśliwienie.

 

  1. b) Małżeństwo jest instytucją społeczną

 

         Jeśli religia jest tak ściśle zespolona z małżeństwem, to niemniej łączy się ono i z drugą stroną naszego życia, ze stroną doczesną i odgrywa wielką rolę społeczną. Małżeństwo jest pierwszą komórką społeczną, na której się opiera i z której rozwija się każde inne społeczeństwo i państwo. Społeczeństwo bowiem jest to gmach olbrzymi, zbudowany z pojedynczych cegiełek, którymi są rodziny. Czym się trzyma ta wspaniała budowa zwana społeczeństwem? Miłością Ojczyzny i braterską jednością obywateli. Z tej miłości płynie porządek i karność, poszanowanie prawa i uległość prawowitej władzy. Tylko na tej miłości może się ostać trwała pomyślność i pokój. Usuńmy z tego gmachu cement miłości, a wywróci się podstawa każdego prawa, porwą się więzy karności i posłuszeństwa, nastąpi chaos i rozluźnienie, a budynek społeczny zamieni się rychło w ruinę, obryzganą krwią i łzami obywateli, albo w wielki obóz niewolników, jak tego dowodzą przykłady z historii ludzkości.

         Jeżeli tajemnica szczęścia społecznego polega na miłości, zgodzie i obywatelskiej cnocie, to gdzież może naród zasilić się tymi zasobami? Źródłem tych cnót będzie rodzina, a jej kolebką — małżeństwo. Tu jest szkoła życia towarzyskiego, tu człowiek zawiązuje pierwsze ogniwa cnót społecznych, a przede wszystkim miłości; tu uczy się porządku, posłuszeństwa, poszanowania władzy i zależności, braterstwa i równości; słowem tu nabywa w zawiązku te wszystkie sprawności, które potem rozwijają się przy pomocy wychowania. Troska o potrzeby rodziny pobudza jej członków do pilności, oszczędności i pracy; rodzina przechowuje również duchowy dorobek, albowiem moralność, patriotyzm i zwyczaje nie znikają ze śmiercią rodziców, lecz przechodzą na dzieci; wśród nich się rozwijają i żyją, by przeniknąć potem do następnych pokoleń. W rodzinie przechowuje się nauka i najniezbędniejsze wiadomości do życia, zaczerpnięte z doświadczeń przodków.

         Mimo swego charakteru zachowawczego rodzina jest bodźcem postępu. Prawdziwy postęp polega na urzeczywistnieniu ideałów sprawiedliwości, miłości, równości i braterstwa. Te zaś ideały wypływają z rodziny, w niej się przechowują i w niej najpierw się realizują, by następnie przenikać i zrealizować się w innych, mniejszych lub większych społeczeństwach. Do szczytu szczęśliwości dojdzie ludzkość wówczas, gdy ludzie utworzą jedną wielką rodzinę, wychowaną na podstawach sprawiedliwości, miłości, braterstwa i równości. Stąd wynika, że małżeństwo jako kolebka rodziny, jest podstawą społecznego budynku, podstawą szczęścia, pokoju i potęgi narodu, jest szkołą, w której uczą się i wychowują nowe pokolenia — zdrowi, dobrzy, moralni i karni członkowie społeczeństwa.

         Dlatego zawsze i wszędzie małżeństwo miało charakter społeczny. U wszystkich — nawet najdzikszych narodów — odbywało się ono publicznie wobec świadków z pewnymi ceremoniami. Tym bardziej w Kościele katolickim małżeństwo ma charakter społeczny, a do jego ważności trzeba zgody małżonków, wyrażonej publicznie wobec proboszcza i przynajmniej dwóch świadków, przez wypowiedzenie słów przysięgi kościelnej: „Ja, N. biorę ciebie N. za małżonkę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci”.

         Jakże tedy wielkie i zaszczytne jest zadanie małżonków! Jak wielką i szlachetną durną napawa ich piękny tytuł sprzymierzeńców religii i depozytariuszy dobra społecznego! Z tego tytułu małżeństwo jest pewnego rodzaju kapłaństwem, a małżonkowie występują tu z wieńcami na głowie (szczególnie oblubienica z wieńcem białym na skroniach, jako kapłanka ogniska rodzinnego) i stają w majestatycznym szeregu patriarchów i wychowawców społecznych.

         Aby małżonkowie mogli sprostać tak wielkiemu zadaniu, winni się opierać nie na własnych siłach, nie na osobistym tylko rozumie, doświadczeniu i pracy, lecz mają budować przyszłość swoją na przymierzu z Bogiem, na ufności w Jego miłosierdzie. Tylko wówczas ta przyszłość stać będzie jak ów dom na opoce wzniesiony, o którym mówi Zbawiciel, że go ani powodzie, ani burze nie zniszczą. Dlatego istotną cechą małżeństwa chrześcijańskiego jest jego świętość i nierozerwalność, czyli trwałość aż do śmierci.

 

  1. c) Świętość małżeństwa

 

         Historia podaje, że prawie u wszystkich ludów małżeństwo miało charakter święty, powstawało pod szczególniejszą opieką bóstwa i było związane ze specjalnymi ceremoniami. Tę świętość podkreślają starożytne księgi żydowskie, a u dawnych Greków i Rzymian małżeństwu towarzyszyły modlitwy, śpiewy i różne obrzędy religijne. W Atenach, przy ślubach małżeńskich, składano ofiary Dianie, a Platon uważał za nieprawy związek małżeński taki, któremu nie towarzyszyły modlitwy. W Rzymie małżeństwa odbywały się przy udziale kapłanów i złożeniu ofiar Junonie, która miała obdarzać nowożeńców błogosławieństwem.

         Powszechna łączność religii z aktem małżeństwa nie może być przypadkowa, lecz tkwi w samej istocie tego związku, który nawet u pogan miał zawsze charakter święty. Stąd będzie chyba rzeczą zbyteczną dowodzić świętości tego związku chrześcijan, u których sam Bóg jest Twórcą i Prawodawcą małżeństwa. Wystarczy wspomnieć, że Chrystus Pan rozpoczął swoją publiczną działalność od uświęcenia godów małżeńskich w Kanie Galilejskiej, a w naukach swoich stwierdza swoją nieomylną powagą, że nie ludzie, ale Bóg łączy małżonków i zastrzega sobie szczególniejsze prawa do tego związku: „Czyż nie czytaliście — powiada — że ten, który stworzył człowieka na początku, mężczyznę i niewiastę stworzył ich (Rodz. 1, 27) i rzekł: Dlatego o puści człowiek ojca i matkę i złączy się z żoną swoją, i będą dwoje w jednym ciele” (Mt. 19, 4 – 6).

         Nadto Pan Jezus nie pozostawia małżeństwa na poziomie naturalnej świętości, lecz podnosi je do nadprzyrodzonego porządku i czyni jednym z siedmiu sakramentów, z przyjęciem którego związane jest udzielenie szczególniejszych łask. Przez podniesienie małżeństwa do godności sakramentu Zbawiciel okazał swe wielkie miłosierdzie zarówno samym małżonkom i ich potomstwu, jak też społeczeństwu, państwu i całej ludzkości. Pożycie wspólne małżonków jest źródłem wielu radości, ale zarazem wymaga licznych ustępstw wzajemnych, wyrzeczeń i ofiar: nie same róże ścielą się pod ich stopami, ale często bardzo liczne ciernie. Otóż miłosierdzie Boże w tym sakramencie u dzieła dużo łask odpowiednich do mężnego kroczenia po tej drodze ciernistej, przekształcając miłość przyrodzoną małżonków w miłość nadprzyrodzoną, która jak mówi Apostoł: „cierpliwa jest, łaskawa jest, nie zazdrości, nie działa obłudnie, nie nadyma się, nie łaknie czci, nie szuka swego, nie wpada w gniew, nie pamięta urazy, nie cieszy się z niesprawiedliwości, ale współweseli się z prawdy” (I Kor. 13, 4 – 6).

         Jeszcze większym miłosierdziem jest przywrócenie nierozerwalności małżeństwa sakramentalnego dla dzieci, które od początku swego życia aż do zupełnej dojrzałości potrzebują troskliwej opieki ojca i matki, bez której trzeba by cudu, by charaktery młodego pokolenia nie uległy wykoszlawieniu, jeżeli nie zupełnemu zboczeniu. Niemniej nadanie małżeństwu sakramentalnej godności jest wielkim miłosierdziem Boga dla społeczeństwa, państwa i całej ludzkości. Społeczeństwo bowiem i państwo opierają swe istnienie na rodzinie, której pomyślność jest ich pomyślnością. Społeczeństwo potrzebuje zdrowych członków, a państwo dzielnych obywateli o silnych charakterach, których należyte wychowanie możliwe jest tylko w nierozerwalnym sakramentalnym małżeństwie. Gdyby wszystkie narody oparły się na świętości małżeństwa, wychowałyby pokolenia ludzi sprawiedliwych, cieszących się prawdziwym pokojem Chrystusa.

         Łask sakramentalnych małżeństwa nie otrzymują ci, którzy są w grzechu śmiertelnym i nie mają łaski uświęcającej. Dlatego przed zawarciem małżeństwa należy odbyć spowiedź. Najlepiej przy pierwszej zapowiedzi wyspowiadać się z całego życia, a w dniu ślubu lub w przeddzień wyspowiadać się po raz drugi, by na ślubie przyjąć Komunię św. Zaleca się brać ślub podczas Mszy św. z osobnym błogosławieństwem.

 

  1. d) Nierozerwalność małżeństwa

 

         Trwałość czyli nierozerwalność jest drugą istotną cechą małżeństwa. Miłość jest czynnikiem decydującym o zawarciu małżeństwa: ona to budzi do nowego życia nieznane dążenia i uczucia, a w swoim czystym, pełnym rozkwicie pobudza do szukania nie siebie, lecz dobra umiłowanej osoby. Z tego względu miłość prawdziwa nie zna granic, przestrzeni i czasu i nosi na sobie cechę wieczności. „Miłość nigdy nie ustaje, chociaż proroctwa się skończą, choć zniknie dar języków, choć przeminie wiedza” (I Kor. 13, 8). Obok tego z duszy płynącego uczucia występuje instynkt zmysłowy, który pod łagodnym a stanowczym kierownictwem woli staje się sprzymierzeńcem miłości; bez niej zaś byłby tylko potęgą niszczącą i deprawującą. Tu więc ciało i duch razem współdziałają, a ten ostatni podnosi, uszlachetnia i reguluje uczucia zmysłowe nadając im również cechę trwałości.

         Nierozerwalność małżeństwa wypływa więc z natury rzeczy, samorzutnie budzi się w świadomości osób wzajemnie szczerze się kochających, bez względu na ich wykształcenie, stanowisko i majątek. Pewność trwałego związku wzmacnia wzajemną miłość i przywiązanie, a niepewność, z natury rzeczy, nie da się pogodzić z prawdziwą miłością i bywa zwykle powodem nawet nieświadomego rozdwojenia. Dlatego Chrystus zapytany przez faryzeuszów: „Czy godzi się człowiekowi opuścić żonę swoją”? odpowiedział: „Mąż i niewiasta nie są dwoje, ale jedno ciało” (Rodz. 2, 24); „Co tedy Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza” (Mt. 19, 6). A gdy go dalej pytali: „Czemuż tedy Mojżesz nakazał dać żonie list rozwodowy i opuścić”? Zbawiciel od powiedział: „Mojżesz ze względu na twarde serca wasze dozwolił wam opuszczać wasze żony, lecz na początku nie było tak”. A następnie swą boską powagą stwierdził, że w Nowym Testamencie to pozwolenie ustaje i małżeństwo powraca do swej pierwotnej nierozerwalności: „A ja powiadam wam, że ktokolwiek opuściłby żonę swoją, a pojąłby inną, dopuszcza się przeciwko niej cudzołóstwa. A jeśliby żona opuściła swego męża i wyszła za innego, cudzołoży” (Mk 10, 11 – 12).

         Z tych słów wynika, że nowy związek zawarty z kimkolwiek za życia pierwszego małżonka, Pan Jezus napiętnował mianem cudzołóstwa. Atoli w razie cudzołóstwa jednego małżonka, drugi może otrzymać separację przy zachowaniu węzła małżeńskiego, jak to wynika ze słów Pana Jezusa: „A powiadam wam, że ktokolwiek opuściłby żonę swoją, z wyjątkiem przyczyny rozpusty, i pojął inną cudzołoży i kto by opuszczoną pojął, cudzołoży” (Mt. 19, 9). Prawosławni i protestanci z tego urywku mylnie wnioskują, jakoby Chrystus Pan w razie rozpusty pozwolił na rozwód. Ale Pismo św. nie może zawierać w sobie sprzeczności, która by wynikła, gdyby dopuścić w tym wypadku rozwód: u św. Marka tak wyraźnie Chrystus to potępił.

         Tak rozumieli małżeństwo Apostołowie, albowiem św. Paweł parokrotnie podkreśla w swoich listach jego nierozerwalność: „Niewiasta zamężna, póki mąż żyje, związana jest prawem, jeżeli zaś mąż jej umiera, wyzwolona jest od prawa wiążącego ją z mężem. Dlatego gdyby współżyła z innym mężczyzną za życia męża, będzie zwana cudzołożną” (Rzym. 7, 2 – 3). „Tym zaś, którzy żyją w małżeństwie nakazuję nie ja, ale Pan, aby żona nie odłączała się od męża, a jeśliby odeszła, ma pozostać bez męża, albo pojednać się z mężem swoim. Także i mąż żony niech nie opuszcza” (I Kor. 7, 10 – 11). Prawo tedy boskie czyni bezwzględnie małżeństwo chrześcijańskie nierozerwalnym i przywraca je do pierwotnej doskonałości, związku czystej i prawdziwie dozgonnej miłości, przekreślając zupełnie rozwód i możliwość nowego związku, a zezwalając tylko na separację w razie konieczności.

         Trwałe i nierozerwalne małżeństwo jest podstawą rodziny i należytego wychowania dzieci, szkołą cnót i bodźcem do pracy i oszczędności. Rodzina opiera się na prawdziwej miłości, a ta możliwa jest tylko w nierozerwalnym małżeństwie, albowiem sama myśl o możliwości rozwodu podkopuje wzajemne zaufanie oraz napełnia małżonków obawą o los przyszłych dzieci i trudności w ich wychowaniu. Stąd pochodzi szerzenie się neomaltuzjanizmu w tych krajach, gdzie rozwód jest prawnie uznany oraz fakt, że pomiędzy rozwiedzionymi znajdują się przeważnie bezdzietni. Cierpi na tym rodzina, społeczeństwo i państwo i żadne środki sztuczne nie zapobiegną powolnemu wyludnianiu się, jak to jest obecnie w wielu krajach.

         Nadto rozwód spowodowany egoizmem jednej strony pozbawia pomocy drugą stronę wówczas, gdy ona tej pomocy najbardziej potrzebuje, np. w chorobie, w starości, przy wychowaniu dzieci itp., a przecież jednym z celów małżeństwa jest wzajemna pomoc małżonków. Wreszcie małżeństwo jest kontraktem, potwierdzonym przysięgą. Dopuszczając rozerwalność, konsekwentnie można wnioskować, że wogóle wszelką przysięgę można złamać, nawet tę, jaką składa żołnierz na wierność Ojczyźnie. Dlatego przy ocenianiu spraw małżeńskich trzeba mieć na względzie dobro ogólne całej społeczności i państwa, a nie tylko małżonków.

         Toteż Kościół katolicki, jako stróż prawa naturalnego i pozytywnego, bez względu na groźby i represje panujących, bez względu na trudności wewnętrzne, zawsze bronił nierozerwalności małżeństwa, nawet za cenę odpadnięcia wielu od jedności z nim. Anglia odpadła z tego powodu od Kościoła, że Klemens VII nie udzielił Henrykowi VIII rozwodu z Katarzyną Aragońską. Nie zgodził się również Pius VII na rozwód Napoleona I z Józefiną. Nie zgodzi się i żaden inny papież na zmianę swego stanowiska, gdyż z woli Chrystusa tylko śmierć rozwiązuje prawy związek małżeński. „A iż cię nie opuszczę aż do śmierci” — głoszą słowa przysięgi małżeńskiej.

         Wprawdzie dozwolona jest separacja od stołu i łoża, która może być czasowa i dozgonna oraz przeprowadzona z ważnych powodów, nawet bez wyroku sądowego. Ale traktowana jest ona tylko jako zło konieczne, dla uniknięcia większego zła. Separacja bowiem i rozwód pozbawia dzieci tych warunków, w jakich one winny się wychowywać. Cnoty domowego pożycia jak: miłość, posłuszeństwo, karność, poczucie jedności i braterstwa, nie są znane dzieciom zarówno rozwiedzionych jak i odseparowanych rodziców. Przeciwnie, słysząc utyskiwanie jednej strony na drugą, czując niechęć i pogardę dla nowych opiekunów, zastępujących ojca czy matkę, stają się one od dzieciństwa podejrzliwe, nieszczere, noszące w sobie ukryty żal do rodziców i do całego świata. Wreszcie separacja jak i rozwody rujnują majątek dzieci, pozbawiając ich należnego dziedzictwa lub przynajmniej znacznie je zmniejszając.

 

  1. Obowiązki małżonków

 

Jeżeli zawarcie małżeństwa jest sprawą tak uroczystą i wielką ze względów religijnych, społecznych i osobistych małżonków, to również jest ona wielką i ze względu na obowiązki, jakie małżonkowie przyjmują względem siebie samych, względem społeczeństwa i względem Boga.

 

  1. Wzajemne obowiązki małżonków

 

         Obowiązki wzajemne małżonków wypływają z natury małżeństwa i są nakazane przez Boga, a są nimi: miłość, wierność, wzajemna pomoc, obrona i utrzymanie.

 

  1. a) Miłość wzajemna

 

         Miłość cementuje i zakłada rodzinę oraz cementuje małżeństwo, które według św. Pawła, jest symbolem zjednoczenia Chrystusa Pana z Kościołem: „Mężowie, miłujcie żony wasze, jako i Chrystus umiłował Kościół i wydał za samego siebie” (Ef. 5, 25). „Aby niewiasty były roztropne, czyste, rozsądne, gospodarne, uprzejme, mężom uległe, tak żeby nie bluźniono nauce Pańskiej” (Tyt. 2, 5).

         Miłość prawdziwa wyraża się we wzajemnej czci i szacunku. Dlatego oblubieńcy winni starać się wnieść do małżeństwa prawdziwą wartość fizyczną i duchową, a po ślubie troszczyć się, by tej wartości nie umniejszyć, a nawet powiększyć. W tym celu mają usuwać u siebie wszystko, co może się nie podobać drugim, a przede wszystkim rozwijać w sobie prawdziwe wartości duchowe i dodatnie cechy charakteru. Miłość bowiem prawdziwa ma być nie tylko miłością cielesną, która zwykle prędko przemija, ale miłością duchową — upodobaniem w zaletach charakteru współmałżonka i troską o pomnożenie, a przynajmniej zachowanie tych zalet. Toteż narzeczeni mają wyrabiać w sobie prawdziwy chrześcijański charakter, który pociąga stronę drugą i pobudza ją do czci i ofiarności, albowiem miłość prawdziwa nie szuka siebie, lecz dobra umiłowanej osoby, by jej złożyć całkowity dar z siebie. Duch tedy uszlachetnia i reguluje uczucie zmysłowe i nadaje mu również cechę trwałości. Stąd też prawdziwa miłość może być tylko w małżeństwie nierozerwalnym, a ta trwałość i nierozerwalność budzi się samorzutnie u osób szczerze się kochających i wzajemnie sobie oddanych.

         Każdy człowiek posiada w mniejszym lub większym stopniu pewne wady, które dadzą się zauważyć w bliższym obcowaniu u osób najbardziej umiłowanych. Otóż dla miłości współmałżonka trzeba się starać spostrzeżone u niego wady jak najcierpliwiej znosić, gdyż tylko wówczas miłość pogłębia się i wzrasta, a zazębiając się o tajemnice życia płciowego, staje się trwałą i przekształca się w dozgonną i nierozerwalną przyjaźń. Toteż na rozmaite drobiazgi i przyzwyczajenia oraz wady jednej strony, druga winna odpowiadać uprzejmością, grzecznością i wyrozumiałością: „Z wszelką pokorą i łagodnością znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność ducha, złączeni węzłem pokoju” (Ef. 4, 2). „A bądźcie jedni dla drugich łaskawi, miłosierni, przebaczający sobie nawzajem, jako i Bóg przebaczył wam w Chrystusie” (Ef. 4, 32). Nieporozumienia przeważnie powstają z bardzo błahych powodów, a zgoda i pogłębienie miłości opiera się na cieniutkich niteczkach drobnych przeżyć codziennych.

         Miłość wymaga obecności osoby ukochanej, dlatego małżonkowie winni mieszkać razem, czyli żona winna zamieszkać w mieszkaniu męża. W razie różnicy zdań w wyborze mieszkania, żona ma iść za wolą męża, który z natury rzeczy nadaje rodzinie zewnętrzny ton i kierunek. W rodzinie, jak w każdym społeczeństwie, potrzebny jest pewien autorytet, który z woli Boga przysługuje mężowi: „Mąż jest głową żony, jak Chrystus jest głową Kościoła… A jako Kościół jest poddany Chrystusowi, tak też żony mężom swym we wszystkim mają być poddane” (Ef. 5, 23 – 24). Nie znaczy to jednak, by mąż był absolutnym zwierzchnikiem żony, jak to było u pogan i jest jeszcze u mahometan, lecz tylko jako pierwszy, kochający towarzysz, równy we wszystkim swej dozgonnej towarzyszce, którą ma się opiekować, ale nie krzywdzić.

 

  1. b) Wierność małżeńska

 

         Wierność małżeńska polega na tym, że małżonkowie mogą mieć tylko ze sobą stosunki. Wierność wypływa z prawa natury, albo wiem na świecie liczba kobiet i mężczyzn jest prawie równa. Wierność obdarza małżonków równymi prawami i pogłębia ich wzajemną miłość. Przez sakrament małżeństwa i stosunek cielesny małżonkowie stają się jednym ciałem, do którego każdy ma jednakowe, wyłączne prawo: „A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało” (Mt. 19, 6). W dniu tedy ślubu wszystko staje się wspólną własnością małżonków: serce, ciało, życie, stół, dach, troski, nadzieje, radości, smutki, straty, zyski itp. Żona zrzeka się nawet swego nazwiska panieńskiego, a przybiera nazwisko męża, do którego odtąd wyłącznie jak i on do niej należy.

         Stosunek małżeński po ślubie staje się nie tylko rzeczą dozwoloną i godziwą, ale nawet szlachetną i godną pochwały, a małżonkowie nie tylko mają prawo do tego stosunku, ale i do tych poczynań, które ten akt przygotowują albo go uzupełniają. Nadto mają prawo i poza stosunkiem okazywać sobie wzajemny pociąg przez objawy czułości, byle tylko nie przedstawiały one bliskiego niebezpieczeństwa niewstrzemięźliwości czyli, by nie nastąpiło pod ich wpływem całkowite zadowolenie płciowe. To samo można powiedzieć o wyobrażeniach, pragnieniach i myślach małżonków, których przedmiotem są w małżeństwie zbliżenia, choćby pod ich wpływem nastąpiło mimowolne zadowolenie całkowite.

         Prawo do stosunku małżeńskiego przysługuje jednakowo obu stronom, z których każda winna się zgodzić nań, jeżeli tego wymaga strona druga, chyba, że jest poważna i racjonalna przyczyna odmowy, o której stronę drugą należy powiadomić, np. ciężka choroba, niebezpieczeństwo zgorszenia itp. Mogą również małżonkowie za obopólną zgodą zachować pod tym względem wstrzemięźliwość, na której zawsze zyskuje dusza i ciało. Wszakże należy się w tym wypadku wystrzegać zadowolenia zmysłów w sposób nieprawy przez którąkolwiek stronę i dlatego małżonkowie mają pamiętać o przestrodze św. Pawła: „Nie odmawiajcie jedno drugiemu, chyba za obopólną zgodą na pewien czas, aby się oddać modlitwie, a potem znowu wracajcie do tego samego, aby nie kusił was szatan dla niewstrzemięźliwości waszej” (I Kor. 7, 5).

         Wreszcie małżonkowie muszą wiedzieć, że tam, gdzie ciało ma prawo do normalnego używania, duch winien nad nim górować. Ciało bowiem nie stanowi przedmiotu pełnej i doskonałej miłości, ani też nie jest jej głównym wykładnikiem. Stąd też i używanie cielesne nie powinno szkodzić miłości, ale pogłębić, co następuje wówczas, jeżeli w tych rzeczach sekretnych małżonkowie zachowują stosowną dla chrześcijan delikatność. Współmałżonek bowiem nie mógłby szczerze kochać tego, kogo nie może uszanować, widząc brak delikatności w poczynaniach odnośnie nawet rzeczy dozwolonych.

         Występki przeciwko wierności małżeńskiej należą do grzechów podwójnie ciężkich (przeciwko czystości i sprawiedliwości) i obejmują nie tylko czyny, lecz i akty wewnętrzne, jak np. pragnienia, wyobrażenia, myśli z upodobaniem oraz radość z przypomnienia występków zakazanych 6 i 9 przykazaniem. Mówi o tym wyraźnie Pan Jezus: „A ja powiadam wam, że każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już ją zcudzołożył w sercu swoim” (Mt. 5, 28). Dlatego małżonkowie mają się wystrzegać wszelkiej okazji bliskiej do grzechu, a spostrzeżoną, winni usuwać zarówno od siebie, jak i od strony drugiej. W tym celu w miarę możności, mają przebywać zawsze razem, szczególnie razem mają udawać się w gościnę i podróż, na przechadzkę lub zabawę. To przestawianie razem nie powinno nastręczać żadnemu z współmałżonków nawet cienia nieufności i podejrzliwości, a wynikać raczej z prawdziwej miłości i chęci współobcowania. Przy tym oboje mają unikać nieuzasadnionego posądzania i zwalczać w sobie zazdrość, która często jest przyczyną bezpodstawnych skarg, wzajemnych wymówek, a nieraz i bardzo wielkich nieporozumień.

 

  1. c) Wzajemna pomoc

 

         Wzajemna pomoc jest jednym z celów małżeństwa i dotyczy zarówno rzeczy doczesnych jak i wiecznych. Do tej pomocy zobowiązuje małżonków Pismo św.: „Podobnie i mężowie w rozumnym współżyciu ze słabszą naturą niewieścią, okazujcie im cześć, jako współdziedziczącym łaskę żywota, aby nic nie przeszkadzało modlitwom waszym” (I P. 3, 7). Wypływa ona również z natury samego związku małżeńskiego, albowiem mężczyzna potrzebuje rady i pomocy, a niewiasta — opieki. Charakter mężczyzny, więcej surowy, uzupełnia się potencjałem uczuciowym kobiety. Tak jest przez całe życie, a szczególnie potrzeba wzajemnej pomocy występuje w starości, kiedy nieraz jeden z współmałżonków staje się niedołężny. Wówczas drugi ma obowiązek troszczyć się o utrzymanie, opiekę i obronę swego dozgonnego towarzysza.

         Wzajemna pomoc małżonków dotyczy również i spraw duchowych. Jeden winien poczuwać się do współodpowiedzialności za postępowanie drugiego. Szczególnie żona z natury bardziej delikatna i subtelna może okazać dużą pomoc mężowi. W tym celu ma ona wspólnie — w miarę możności — odmawiać z mężem poranny i wieczorny pacierz, razem uczęszczać na Mszę św. i przystępować do sakramentów św., a szczególnie do komunii św., do której stosunki małżeńskie nie stanowią żadnej przeszkody.

         Apostolstwo żony względem męża staje się tym trudniejsze, im bardziej on jest obojętny w rzeczach wiary. Zdarzyć się może nawet, że mąż jest wręcz niewierzący i wówczas zadanie żony pod względem apostolstwa staje się bardzo skomplikowane. Winna ona wówczas nie tyle mówić z nim o Bogu, ile raczej z Bogiem o nim, modląc się zań i oddziaływując dobrym przykładem, samozaparciem się i ofiarnością. Ma ona pokazać na sobie jak dodatnio wpływa religia na urobienie cnotliwego charakteru, jak w niej odbija się promień bożego światła, jak się rozszerza w jej duszy Królestwo Boże, które pragnie zaszczepić również w duszy męża. Wzorem pod tym względem może być św. Monika, która doradziła wszystkim swym przyjaciółkom „metodę słodyczy, sekret milczenia i wyrzeczenia się, jakie stosowała wobec pogańskiego męża Patrycego”. (Wyznania św. Augustyna, 9, 9).

         Apostolstwo męża względem żony winno iść również po linii dobroci i osobistego przykładu, albowiem słowa uczą, ale przykład pociąga. W tym wypadku prawdziwa miłość małżeńska może łatwo spowodować i miłość Boga, jeżeli małżonek jest nią głęboko przejęty, jak tego mamy liczne przykłady z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Niewiasta ze względu na swe usposobienie i charakter jest raczej kapłanką domu, a jej sprawy osobiste ma załatwiać mąż, otaczając swą słabszą współtowarzyszkę opieką i udzielając jej należytej obrony. W starodawnym polskim prawie zwyczajowym można znaleźć liczne przykłady kar, wymierzanych mężowi, który nie udzielał obrony żonie, a nawet krzywdził ją. Tak w księgach grodzkich Wsi Krowodzie, z 1530 roku, sąd nałożył karę na niejakiego Jakuba Dziurę za niewłaściwe obchodzenie się z żoną (Helcel, 6, 1). W razie zbyt surowego postępowania współmałżonka, druga strona winna zachować milczenie, cierpliwość, łaskawość i uprzejmość, czym spowoduje zatamowanie gniewu i spokój: „Odpowiedź uprzejma uśmierza gniew, a mowa przykra pobudza do zawziętości” (Przyp. 15, 1). W pożyciu małżeńskim potrzeba obustronnej ofiary i poświęcenia się, bez czego nie może być mowy o pokoju i zgodzie domowej.

 

         2) Obowiązki społeczne małżonków

 

         Obowiązki małżeńskie względem społeczeństwa dotyczą głównie podstawowej społeczności — rodziny, którą stanowią oni sami z dziećmi, rodzicami (teściami i świekrami) i służbą.

 

  1. a) Wychowanie fizyczne dzieci

 

         Wychowanie dzieci jest pierwszym celem małżeństwa, wyznaczonym małżonkom przez Stwórcę: „Rośnijcie i mnóżcie się i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną” (Rodz. 1, 28). Dlatego i obowiązki małżonków względem dzieci należą do największych obowiązków, które rozpoczynają się nie tylko przy urodzeniu dziecka, ale zaraz po ślubie. Prawdziwa bowiem miłość małżonków jest tylko środkiem do wydania owocu, który dopiero uświęca akt twórczy i sankcjonuje towarzyszącą mu rozkosz zmysłową. Ten owoc miłości winien być również i przedmiotem miłości małżonków od pierwszego ze sobą obcowania, przedmiotem ich zabiegów i trosk szczególniejszych, by biorąc udział w akcie twórczym Boga, nie wykoszlawiać jego planów, lecz tylko współdziałać z jego życiodajną mocą.

         Nie można stwarzać nowego życia i mnożyć członków rodziny bez przysporzenia sobie wielu nowych, nieraz bardzo dotkliwych ciężarów. Dlatego Najmiłosierniejszy Stwórca połączył spełnienie aktu małżeńskiego z wielkim zadowoleniem zmysłów i upodobaniem duchowym, równoważnym ciężarom zobowiązań. Ale kto przyjmuje tylko zadowolenie płciowe przy akcie rozrodczym, a stara się usunąć odpowiedzialność normalnie zeń wynikającą, ten gwałci prawo natury i wykoszlawia odwieczne plany Boże. Jak koniecznym przy utrzymaniu się przy życiu akcie jedzenia, przyjemność smaku nie jest rzeczą zdrożną, a stanie się taką, jeżeli będzie wyłącznym celem jedzenia, tak akt małżeński, o ile jest skierowany jedynie do zadowolenia zmysłów z wykluczeniem normalnego wyniku (jakim jest powołanie do życia dziecka), staje się grzechem ciężkim.

         Tymczasem dziś ludzie szukają w akcie małżeńskim przeważnie tylko rozkoszy cielesnej, a unikając naturalnego skutku, pragną wyżywać się płciowo, chroniąc się od ciężaru potomstwa. Przy tym czynią to głównie z trzech powodów: albo że przyszłe dziecko zagraża zdrowiu względnie życiu matki, albo z powodu trudnych warunków majątkowych i braku środków do wyżywienia i wychowania dzieci, albo wreszcie dlatego, że dziecko z rodziców chorobliwie obciążonych byłoby ciężarem dla społeczeństwa i stałoby się rozsadnikiem degeneracji w zdrowej rasie narodów. W tym celu stosuje się rozmaite środki zapobiegawcze, okaleczenie siebie albo wręcz sztuczne poronienie.

         Otóż prawo Boże najwyraźniej piętnuje wszystkie wymienione sposoby zapobiegawcze jako bardzo ciężkie przewinienia, a poronienie czy przerywanie ciąży w jakimkolwiek okresie, utożsamia z zabójstwem niewinnego człowieka. Kościół nadto karze zabieg poronienia surową karą ekskomuniki kościelnej, zarezerwowanej biskupowi, czyli że od tego grzechu może rozgrzeszyć tylko biskup lub specjalnie upoważniony przez niego kapłan. W tę ekskomunikę wpadają zarówno sprawcy zabiegu (lekarz, akuszerka) jak i kobieta ciężarna z mężem, o ile on ku temu ją nakłania albo przynajmniej zezwala, a mężczyźni zaciągają nadto odpowiedzialność z wadliwości występku.

         Statystyka podaje, że najzdolniejsi i najdoskonalsi ludzie wychowują się przeważnie w licznych rodzinach. Lessing był 13 dzieckiem u rodziców, Beniamin Franklin — 17, św. Teresa Z Lisieux — 9, św. Katarzyna Sieneńska — 25, św. Ignacy Loyola — 10, św. Tomasz z Akwinu — 5,… Iluż więc sławnych ludzi, wynalazców, filozofów, bohaterów i świętych traci naród przy zapobieganiu urodzinom.

         Sztuczne poronienia lub zapobiegania są bardzo szkodliwe dla zdrowia — według zdania poważnych lekarzy — powodują u małżonków zaburzenia systemu nerwowego i rozmaite związane z tym choroby jak neurastenię, migrenę, mdłość, dychawicę, bicie serca, drżenie itp. Jedynym środkiem dozwolonym ograniczenia w potrzebie i regulacji urodzin jest wstrzemięźliwość płciowa, która może być stała, czasowa i okresowa. Wstrzemięźliwość stała w małżeństwie nie jest wzbroniona, a nawet może być cechą wyższej cnoty, o ile oboje małżonkowie na to dobrowolnie się zgadzają i kierują się w tym jakąś wyższą pobudką, np. by się lepiej podobać Panu Bogu. Taką wstrzemięźliwość praktykowali niektórzy święci (nie mówiąc już o Najśw. Marii Pannie i św. Józefie), jak np. błogosławiona Kinga i Bolesław Wstydliwy, błogosławiona Salomea i Koloman itp. Wstrzemięźliwość czasowa również jest dozwolona za obopólną zgodą małżonków dla jakichkolwiek celów lub z konieczności, gdy jeden z nich jest chory lub nieobecny. Wstrzemięźliwość okresowa polega na korzystaniu z praw małżeńskich w pewnym tylko czasie, który jest niekorzystny dla zapłodnienia (Kalendarz małżeński).

         Apostoł Paweł poleca małżonkom, aby za wzajemną zgodą wstrzymywali się od czasu do czasu od korzystania z praw małżeńskich, aby się lepiej poświęcić modlitwie (I Kor. 7, 5). Gorliwi chrześcijanie przestrzegają tej rady w czasie Wielkiego Postu i najwyższych świąt kościelnych oraz w dniu Komunii św., ale to nie jest nakazane. Inni małżonkowie obcują z sobą o tyle, o ile chcą mieć dzieci. Skoro stwierdzą, że żona jest brzemienną, powstrzymują się od stosunków. Takim małżeństwem byli Sara i Tobiasz, który po ślubie modlił się do Boga w te słowa; „A teraz, Panie, ty wiesz, że nie dla lubieżności biorę siostrę moją za żonę, ale tylko dla miłości potomstwa, w którym by było błogosławione imię twoje na wieki” (Tob. 8, 9). Również Sara w podobny sposób modliła się do Boga: „Ty wiesz, Panie, żem nigdy nie pożądała męża i czystą zachowałam duszę moją od wszelkiej pożądliwości… A męża z bojaźnią twoją, a nie dla pożądliwości mojej pozwoliłam pojąć” (Tob. 3, 15 i 18). Taka wstrzemięźliwość jest cnotą zasługującą na pochwałę i sprowadzającą błogosławieństwo Boże na małżonków i ich dzieci, ale nie jest nikomu nakazana.

         Umiarkowanie z korzystania praw małżeńskich uszlachetnia miłość małżonków i wyrabia między nimi stosunek, jaki winien zachodzić pomiędzy dziećmi Bożymi: „Bośmy synowie świętych i nie wolno się nam łączyć, jako narody, które nie znają Boga” (Tob. 8, 5). A przede wszystkim umiarkowanie małżonków wpływa dodatnio na zdrowie przyszłych dzieci, na ich usposobienie i charakter moralny, który w dużym stopniu zależy od przymiotów rodziców. Dlatego narzeczeni i małżonkowie mają obowiązek usilnie zwalczać w sobie gniew, nienawiść, nieczystość, swarliwość i inne namiętności, a przede wszystkim mają unikać trunków (wódki, araku, likieru itp.), które w najwyższym stopniu szkodzą potomstwu. Lekarze stwierdzają wielkie zaburzenie u dzieci, których rodzice przy poczęciu używali alkoholu albo których matka piła trunki w czasie ciąży lub karmienia. Doświadczenie i statystyka wykazuje, że większa część dzieci idiotów, ułomnych, ślepych i głuchych, są kalekami z winy rodziców, pijących w tym czasie trunki.

         Nadto w czasie ciąży matka ma unikać ciężkiej pracy, wstrząsów nerwowych, smutku, gniewu, kłótni i wszelkiego rodzaju grzechów, natomiast winna się ćwiczyć w cierpliwości i łagodności oraz gorąco modlić się za siebie i swe dziecko, a przed połogiem wyspowiadać się i przyjąć Komunię św., albowiem czeka ją poważne przejście, które niekiedy grozi niebezpieczeństwem dla życia. Mimo to niewiasta ma iść do swego rozwiązania z męstwem, jak żołnierz idzie odważnie i mężnie na obronę Ojczyzny, albowiem macierzyństwo, to służba wojskowa kobiety, a kobieta rodząca to żołnierz na posterunku. Daje ona Ojczyźnie nowego obywatela, a Kościołowi nowego członka, dlatego winna ufać miłosierdziu Bożemu oraz kochać Stwórcę i swój naród, co zwykle ułatwia poród i szczęśliwe rozwiązanie. „Niewiasta, gdy rodzi, boleje, bo nadeszła jej godzina, ale gdy porodzi dziecię, już nie pamięta swego ucisku z radości, że się człowiek na świat narodził” (J. 16, 21). Wspomnienie tedy o miłości przychodzącego na świat dziecięcia koi i łagodzi cierpienia.

 

  1. b) Miłość dzieci

 

         Miłość dzieci jest naturalnym obowiązkiem rodziców, którzy zanim okryją niemowlę pocałunkiem, mają zaofiarować je Bogu znakiem krzyża i namaścić na obywatela kraju. Opatrzność miłosierna składa w ręce rodziców nowego człowieka, przeznaczając go do Królestwa Bożego. O tym celu ostatecznym winni oni przede wszystkim pamiętać i po urodzeniu dziecka jak najprędzej je ochrzcić : „Jeśli się kto nie odrodzi z wody i z Ducha Św., nie może wnijść do Królestwa Bożego” (J. 3, 5). Odkładanie chrztu dla jakichkolwiek powodów (dla braku rodziców chrzestnych lub oczekiwania zaproszonych gości), jest grzechem, albowiem słabe niemowlę jest narażone na śmierć, a przez to i na utratę zbawienia. W razie niebezpieczeństwa śmierci przy urodzeniu lub w najbliższym czasie należy ochrzcić dziecko z wody, czego w potrzebie może dokonać każdy człowiek, byle tylko umiał chrzcić i miał intencję, jaką ma Kościół. Chrzczący polewa trzykroć na krzyż główkę dziecięcia (zwilżywszy przedtem włosy, by przy polaniu woda dotknęła skóry) i wypowiada przepisaną formę: „N., ja ciebie chrzczę w imię Ojca + i Syna + i Ducha + Świętego”. Potem, o ile dziecko żyje, należy uzupełnić ceremonie kościelne u księdza proboszcza swojej parafii, nadmieniając, że już chrzest z wody nastąpił.

         Rodzice chrzestni przyjmują na siebie obowiązek wychowania dziecka w wierze św., gdyby zabrakło rodziców własnych lub nie mogli tego uczynić z jakichkolwiek powodów. Dlatego nie wolno wybierać na rodziców chrzestnych ludzi bez wiary, pijaków lub innych wielkich grzeszników, jak i ludzi innego wyznania.

         Po porodzie i przyjściu do zdrowia, matka udaje się do kościoła do wywodu, by uprosić błogosławieństwo Boże dla siebie i dziecka, podziękować za szczęśliwe rozwiązanie i ofiarować niemowlę za przykładem Najśw. Maryi Panny Panu Bogu, przyrzekając, że to dziecko będzie wychowane po chrześcijańsku. Wychowanie dotyczy zarówno ciała jak i duszy. Wychowanie cielesne obejmuje troskę rodziców o życie dziecka, o jego utrzymanie i powołanie życiowe. Rodzice mają tedy czuwać nad zdrowiem dzieci i odwracać od nich wszystko, co może temu zdrowiu lub życiu zaszkodzić. Matki nie powinny brać z sobą niemowląt do łóżka wobec niebezpieczeństwa ich uduszenia.

         Karmienie niemowlęcia w pierwszych miesiącach życia należy do największych obowiązków matki, która nie może wyręczać się mamką przybraną: dzieci karmione przez mamkę mają charakter wykoszlawiony, albowiem wraz z pokarmem obcej osoby przyjmują nieraz złe jej skłonności i nałogi, jakimi najemne mamki się odznaczają. Powierzenie tedy niemowląt obcym mamkom lub karmienie ich sztucznie bez koniecznej potrzeby (choroba lub ciężka praca matki) jest grzechem, przynoszącym szkodę dziecku zarówno pod względem fizycznym jak i duchowym. Nadto karmiące matki mają w tym czasie unikać smutku, gniewu, nerwowych wstrząsów, a szczególnie nie używać żadnych trunków, które zatruwają pokarm, a przezeń zatruwają i organizm niemowlęcia, co powoduje zaburzenia w trawieniu, w rozwoju zębów, a przede wszystkim w czynnościach układu nerwowego, nabawiając dziecko rozmaitych chorób.

         Wychowanie cielesne należy rozpocząć od pierwszych dni życia dziecka — od kołyski. Jeżeli pierwsze wrażenia dziecka będą dobre, pozostaną takimi na całe życie i na odwrót. Dlatego rodzice mają strzec dziecka od zarania, by nie było złych wpływów ze strony otoczenia: przy ubieraniu, rozbieraniu i w kąpieli trzeba przyzwyczajać dziecko do zewnętrznej skromności; nie układać do snu w jednym łóżku chłopców z dziewczynkami, choćby byli rodzeństwem, a tym bardziej nie brać ich do łoża rodziców: nie pozwalać, by dziewczęta bawiły się z obcymi chłopcami, a chłopcy — z obcymi dziewczynkami, szczególnie sam na sam np. na pastwisku. Jeśli chodzi o strofowanie dzieci i karanie ich za wykroczenia, winno ono być dostosowane do wieku i usposobienia. Przede wszystkim nie wolno karać dzieci w gniewie, ani strofować z przesadną ostrością, lecz z miłością i łaskawością, chociaż zarazem ze stałością i wyrozumiałością. Wszakże miłość ślepa nie powinna zakrywać błędów dziecięcych i ma się odnosić raczej do duszy dziecka, niż do ciała. Toteż nie wolno dzieciom we wszystkim dogadzać, ustępować przed ich kaprysami, a zwłaszcza nie wypada ich zbyt chwalić, rozwodzić się nad ich zdolnościami, sprytem czy pięknością, gdyż z tego rodzi się ich zarozumiałość i próżność, zwłaszcza u dziewcząt.

         Wychowanie duchowe obejmuje nauczanie, rozwój życia religijnego, wdrażanie do cnoty, dobry przykład, czuwanie i karcenie. W odpowiednim czasie rodzice mają nauczyć swe dzieci pacierza i tych prawd, których znajomość jest konieczna do zbawienia i życia chrześcijańskiego. Jeszcze w okresie przedszkolnym rodzice winni przygotowywać i zaprawiać swe dzieci do życia religijnego. Wdrożenie do cnót chrześcijańskich najlepiej dokonuje się przez przykład rodziców, na których zwykle wzorują się dzieci. Już w 4 roku życia dziecko przenosi pojęcie swego ojca na Boga i urabia pogląd na Stwórcę na podstawie obserwacji swych rodziców. Jakież pojęcie wytworzy ono sobie o Bogu, jeżeli widzi ojca swego pijaka albo matkę ustawicznie kłócącą się z otoczeniem. Dlatego rodzice mają bardzo czuwać, by świecić zawsze dobrym przykładem wszystkich cnót chrześcijańskich: rano i wieczorem wspólnie odmawiać modlitwę, wspólnie uczęszczać na Mszę św. i przystępować do sakramentów św., powstrzymywać się od wszystkiego, co może dzieci zgorszyć, a ćwiczyć się we wzajemnym szacunku i miłości, w sprawiedliwości, szczerości i czystości, w zgodzie, wstydliwości i łaskawości. Od 7 roku życia możliwie każde dziecko ma być w dni nakazane na Mszy św., o znaczeniu której i sposobie uczestnictwa należy stopniowo je uświadamiać. Jak najwcześniej, skoro tylko dziecko dojdzie do używania rozumu i rozróżnienia dobra i zła, trzeba dziecko przygotować do pierwszej spowiedzi i Komunii św., a potem do bierzmowania.

         Rodzice mają pilnie czuwać nad dziećmi uczęszczającymi do szkoły, porozumiewać się z nauczycielami i troszczyć się o religijne wychowanie swoich pociech.

         Dzieci liczne w rodzinie są objawem błogosławieństwa Bożego i ułatwiają rodzicom wychowanie, albowiem starsze wpływają dodatnio na młodsze, wyrabiają się stosunki zależności, władzy i równości, jakie w życiu późniejszym będą łączyły dzieci z innymi ludźmi. Jedynaki lub dwojaki ubóstwiane przez rodziców, bywają przeważnie nastawione aspołecznie, swarliwe, pyszne i niemożliwe z czasem do współżycia z innymi. W licznej zaś rodzinie kształcą się przymioty najwięcej popłacające w życiu, jak bezinteresowność, szczerość, prostota, sprawiedliwość, zdolność do przebaczania, do poświęceń i ofiary. Utrzymanie licznej rodziny wprawdzie jest sprawą trudniejszą, ale powinno tu przyjść z pomocą społeczeństwo i państwo.

         Co do wyboru zawodu przez dzieci, rodzice winni być tylko roztropnymi doradcami, nie zmuszając ich do niczego wbrew zdolnościom i chęciom. Zabawy i godne rozrywki dla dzieci są konieczne, ale niech odbywają się pod okiem starszych. Szczególnie matki mają czuwać nad dorastającymi córkami i nie pozwalać im samym chodzić na zabawy, jak i czuwać nad chodzącymi do szkoły.

 

         3) Obowiązki względem rodziców i pracowników domowych

 

Wobec rodziców obowiązuje małżonków miłość i szacunek. Przy tym jedność małżonków wymaga, by nie czynili różnicy między rodzicami własnymi a rodzicami współmałżonka. Za łaską Bożą małżonkowie prędko sami zostaną rodzicami, będą słyszeli słodkie imię ojca i matki, skierowane do nich. Dlatego jeżeli pragną szacunku i miłości od własnych dzieci, muszą we własnym interesie ustosunkować się do przybranych rodziców jak do swoich. „Czcij Ojca twego i matkę twoją, abyś był długowieczny na ziemi” (Rodz. 20, 12) — głosi przykazanie Boże, które obowiązuje nie tylko dzieci, ale i dorosłych przez całe życie, a nawet po śmierci, w dobrej pamięci i modlitwie za ich duszę.

         Szczególnie trzeba się troszczyć o chorych rodziców (jak zresztą o wszystkich domowników, a w razie potrzeby i sąsiadów), sprowadzić do nich lekarza i księdza, który by ich przygotował na drogę wieczności. „Choruje kto między wami? Niech wezwie kapłanów i niechaj się nad nim modlą, namaszczając go olejem w imię Pańskie. A modlitwa płynąca z wiary uzdrowi chorego i jeśliby był w grzechach, zostaną mu odpuszczone” (Jak. 5, 14 – 15). Sakrament chorych — jak wynika ze słów Apostołów — nieraz pomaga prędzej wyzdrowieć, gładzi pozostałości grzechu, osłabia pokusy i przynosi choremu wielką ulgę w cierpieniu. Dlatego nie wolno odkładać wezwania kapłana aż chory zupełnie osłabnie i straci przytomność, ale prędzej, skoro tylko jest poważnie chory, by mógł dobrze się wyspowiadać, godnie przyjąć wiatyk i sakrament chorych.

         Wobec służby, jeżeli taka będzie, obowiązuje małżonków życzliwość i miłość, jak względem wszystkich domowników, braci młodszych i przybranych dzieci, którzy przez wspólność pracy, ducha i chleba stają się członkami rodziny w szerszym znaczeniu. Rozwój gospodarstwa i sława domu oraz wychowanie dzieci małżonków zależeć będzie od doboru domowników i należytego stosunku do nich. Stosunek zaś ten winien być oparty przede wszystkim na sprawiedliwości, miłości, łagodności oraz należytej trosce o dobro duchowe służby.

         Sprawiedliwość — to podstawa i pierwszy obowiązek względem służby, który polega na oddawaniu jej należytej zapłaty, dostatecznego i dobrego pożywienia i nie obciążanie nadmierną pracą: „Bez ociągania się tedy, o bogacze, płaczcie narzekając na nieszczęścia, które na was przyjdą… Oto woła zapłata robotników, co żęli pola wasze, którąście zatrzymali, a wołanie ich doszło do uszu Pana zastępów” (Jak. 5, 1 – 4). Kto krzywdzi służbę w zapłacie, potrącając za najmniejszą szkodę lub chwilę nieoględnie straconą, dopuszcza się grzechu, wołającego o pomstę do nieba. „Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu” (I Tym. 5, 18), mówi Pismo św., żądając, by ten, co nam służy, otrzymywał odpowiedni posiłek. Umiar w pracy jest to ludzkie traktowanie służby, nie obciążanie zbytecznymi trudami i nie odmawianie potrzebnego wytchnienia.

         Miłość służby wypływa z natury z tej zasady, że sługa jest naszym bratem czy siostrą. A skoro według nauki Chrystusa winniśmy kochać nawet wrogów, tym bardziej tych, z którymi łączy nas więź dwakroć święta — braterska i ojcowska: „Sługa mądry niech ci będzie miły jako dusza twoja” (Ekl. 7, 23). Miłość ku służbie winna objawiać się w dobroci i łagodności, czyli w takim obejściu się w zarządzeniu i mowie, które by świadczyło, że mają w nas nie tyranów, lecz ojców. „Nie bądź jako lew w domu twoim, wywracając domowniki twoje, a obciążając poddane twoje” (Ekl. 4, 35), mówi autor natchniony, potępiając wszelkie twarde i nieludzkie postępowanie pracodawców z pracownikami. Trzeba również cierpliwie znosić ułomności, nieuwagi i mimowolne uchybienia służby, a gdy czasami wypada skarcić niedbalstwo i lenistwo, czynić to należy bez wybuchu gniewu i obelg, lecz z miłością i wyrozumiałością. W chorobie należy opiekować się służbą jak ów setnik ewangeliczny, który prosił Chrystusa o uzdrowienie swego sługi.

         Troska o dobro duchowe służby należy również do obowiązków małżonków. Mamy obowiązek okazywać każdemu bliźniemu miłosierdzie duchowe, ale najbardziej tym, którzy mieszkają z nami pod jednym dachem i oddają nam swój czas i swoje zdrowie, aby byli pobożni, bogobojni, trzeźwi, skromni i we wszystkich cnotach ćwiczeni. W szczególności trzeba czuwać nad tym, by służba znała prawdy konieczne do zbawienia, by spełniała praktyki religijne, by się nie oddawała nałogom, unikała przekleństw, kłótni, sprośnych mów, albowiem inaczej może dać wielkie zgorszenie dla otoczenia, a szczególnie dla dzieci.

 

  1. Obowiązki religijne

 

         Stan małżeński ustanowiony przez Boga i przez Chrystusa uświęcony, ma służyć przede wszystkim ku większej chwale Boga w Trójcy św. Jedynego, który będzie kiedyś sędzią małżonków na sądzie ostatecznym. Nie może być mowy o szczęściu małżonków, którzy nie boją się i nie kochają Boga, nie spełniają przykazań Bożych i kościelnych, lecz żyją tylko według swego widzimisię, oddając się zmysłowości i goniąc za przemijającymi radościami i bogactwami tego świata. Trzeba tedy budować szczęście na cnocie i błogosławieństwie Bożym, zachowując wiernie naukę Kościoła, ustanowionego przez Chrystusa Pana „jako zrzeszenia wiernych, którzy wyznają tę samą wiarę, przyjmują te same sakramenty i pozostają pod zwierzchnictwem Papieża, jako zastępcy P. Jezusa i następcy św. Piotra oraz biskupów, jako następców Apostołów”.

         Szczęśliwi małżonkowie, którzy rozpoczynają i kończą dzień wspólną modlitwą, nie zapominają o wzniesieniu duszy do Boga przed jedzeniem i po jedzeniu, u których krzyż znajduje się na widocznym miejscu w mieszkaniu, a przy drzwiach i nad łóżkiem kropielnica z wodą święconą, którzy w piątki i inne dni postne całego roku zachowują wstrzemięźliwość i przepisany post i którzy w niedzielę i święta bywają w kościele, słuchają pobożnie Mszy św. i kazania, którzy godnie i często przystępują do Sakramentów św. Św. Rodzina w Nazarecie, której obraz mają w swoim mieszkaniu, jest dla nich wzorem bogobojności i wiernej służby swemu Stwórcy, obsypującemu ich błogosławieństwem doczesnym i zapewniającemu szczęście wieczne po śmierci.

         Wstępując tedy w stan małżeński, trzeba dobrze zdawać sobie sprawę z tego, iż „małżeństwo jest to sakrament, przez który dwie wolne osoby — mężczyzna i niewiasta — łączą się ze sobą świętym i nierozerwalnym węzłem aż do śmierci, otrzymując łaskę od Boga do wiernego wypełniania obowiązków swego stanu” względem siebie, społeczeństwa i Boga. Nowożeńcy mają w małżeństwie widzieć wyższy cel: urzeczywistnienie planów Bożych i spełnienie jego świętej woli. „Ci bowiem, którzy w małżeństwo tak wstępują, że Boga od siebie i z serca swego wyrzucają, a swej lubości tak zadość czynią, jako koń i muł, które rozumu nie mają, nad tymi czart ma moc. Ale ty, gdy ją (żonę) pojmiesz… wstrzymaj się od niej przez trzy dni, a niczym innym nie będziesz się zajmował, jeno modlitwą z nią… (w ten sposób) do złączenia świętych patriarchów przypuszczony będziesz… i błogosławieństwa w synach dostąpisz” (Tob. 6, 17 – 22).

 

  1. Przygotowanie do Sakramentu chorych

 

Sakrament chorych jest dopełnieniem sakramentu pokuty, w którym, jak i w małżeństwie, udziela Bóg chorym szczególniejszych łask swego miłosierdzia. Wskazuje na to modlitwa odmawiana przez kapłana przy udzielaniu tego sakramentu: „Przez to święte namaszczenie i swoje najłaskawsze miłosierdzie, niech ci odpuści Pan, cokolwiek zgrzeszyłeś wzrokiem, słuchem, powonieniem, smakiem, dotykiem i chodzeniem”. Formę tę powtarza kapłan przy namaszczeniu poszczególnych zmysłów.

Kapłan ubrany w komżę i stułę fioletową, wszedłszy do domu chorego, pozdrawia jego mieszkańców: V. „Pokój temu domowi. R. I wszystkim mieszkańcom jego”. Następnie składa oleje chorych na stole nakrytym białym obrusem i kropiąc wodą święconą chorego, pokój i otaczających, mówi: „Pokrop mię, Panie, hizopem, a stanę się czysty; obmyj mnie a nad śnieg wybieleję”, dodając zaraz: V. „Wspomożenie nasze w imię Pana, R. Który stworzył niebo i ziemię. V. Pan z wami. R. I z duchem twoim”.

Módlmy się: Panie Jezu Chryste, niech wraz ze mną, pokornym Twym sługą, wejdą do tego domu: stała szczęśliwość, zbożna pomyślność, pogodne wesele, owocna miłość i trwałe zdrowie. Niechaj stąd pierzchną natrętne złe duchy, a przybędą Aniołowie pokoju, wszelka zaś złośliwa niezgoda niech z tego domu ustąpi. Okaż, Panie, wobec nas chwałę świętego Imienia Swojego i pobłogosław naszej posłudze. Uświęcić pokorne przyjście nasze Ty, który jesteś święty i pełen dobroci, który z Ojcem i Duchem Świętym trwasz na wieki wieków. Amen”.

Inne modlitwy z braku czasu mogą być opuszczone. Jeżeli chory chce się spowiadać, obecni opuszczają pokój chorego, a kapłan słucha spowiedzi chorego i udziela mu rozgrzeszenia. Potem w krótkich słowach powie o ważności i skuteczności tego sakramentu, zachęcając chorego do ufności w nieskończone miłosierdzie Boże, który w tym sakramencie gładzi grzechy (drugorzędnie), usuwa pozostałości grzechowe (kary doczesne za grzechy) i duchowe słabości jak: przyćmienie umysłu, osłabienie woli i złe skłonności oraz udziela specjalnej łaski sakramentalnej, która osłabia pokusy i daje ulgę w cierpieniach.

Myśli, jakie mogą służyć duszpasterzom w przygotowaniu do tego sakramentu: „Drogi bracie (siostro), może się już zbliża ostatnia chwila życia twego. Zwykle powstaje wówczas bojaźń śmierci. Przypominają się bowiem grzechy i powstaje obawa sądu Pańskiego, która napełnia duszę trwogą, a odwieczny wróg ludzkości podwaja swe wysiłki i podstępy, by w tej ostatniej chwili usidlić duszę w grzech rozpaczy i w ten sposób oderwać ją na wieki od Boga. Potęgujące się boleści ciała nie pozwalają zebrać myśli, by wytężyć wszystkie siły do zwalczania tego strasznego wroga. Kto przyjdzie z pomocą w tej ostatniej walce?…

Nikt z ludzi mimo najlepszych chęci nie może nam pomóc. Jeden tylko Zbawiciel nie opuszcza nas w tej strasznej chwili i przychodzi z pomocą w sakramencie chorych, którego za chwilę udzielę. Sakrament ten udziela specjalnej łaski, wyniszczając w duszy pozostałości grzechowe po grzechach odpuszczonych, wzmacnia wolę przeciwko pokusom szatańskim, podnosi na duchu, utwierdza w dobrem, daje ulgę w cierpieniach, a niekiedy przywraca zdrowie ciału, jeżeli jest taka wola Boża. Nadto sakrament ten gładzi również grzechy (nawet śmiertelne), jeżeli chory nie z własnej winy spowiadać się z nich nie może. Co się tyczy kary doczesnej, sakrament ten gładzi ją więcej lub mniej, zależnie od usposobienia i pobożności przyjmującego. Dlatego po namaszczeniu jeszcze udzielę odpustu zupełnego na godzinę śmierci.

Jakich to wielkich łask udzieli ci Bóg w tym sakramencie, który zapewne chcesz przyjąć. Aby je otrzymać, obudź w sobie żywą wiarę i ufność w miłosierdzie Boże oraz gorącą miłość ku tak dobremu Panu, żałuj za wszystkie grzechy całego życia, szczególnie za złe używanie zmysłów, jak oczu, uszu, ust, dotyku i innych, które namaszczać będę. A że ci trudno mówić ustami, módl się przynajmniej myślą w ten sposób:

„Pragnę Boże, Ojcze miłosierdzia, przyjąć ten sakrament chorych, przez który chcesz mnie wzmocnić zasługami Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa. Żałuję za wszystkie grzechy całego życia mojego z miłości ku Tobie. Ufam Twemu nieskończonemu miłosierdziu, przez które przebaczyłeś łotrowi na krzyżu i przyjąłeś do łaski swojej Magdalenę. Spodziewam się, że i mnie nie opuścisz. Amen”.

Po namaszczeniu i udzieleniu odpustu zupełnego na godzinę śmierci, trzeba w paru słowach pocieszyć chorego i polecić akty strzeliste, np. „Jezu, ufam Tobie!”, „Okaż mi, Panie, miłosierdzie swoje!” itp.

 

  1. Przygotowanie do innych sakramentów

 

Myśli do przygotowania wiernych do sakramentu chrztu (dorosłych), sakrament pokuty i Ołtarza, można zaczerpnąć z rozdziału drugiego (punkt II, 3, b – c).

 

  1. Przygotowanie do sakramentaliów

 

Myśli do przemówień przy administrowaniu sakramentaliów.

„Wszystko, co Bóg stworzył dobre jest… modlitwa bowiem i słowo Boże uświęca je” (I Tym. 4, 4). Wierni chrześcijanie! Kościół na mocy władzy otrzymanej od Boga poświęca rozmaite rzeczy i błogosławi ludzi w różnych okolicznościach życia. Te poświęcenia i błogosławieństwa nazywają się sakramentaliami i ujawniają nieskończone miłosierdzie Boże. Różnią się one od sakramentów tym, że ustanowił je nie Chrystus, ale Apostołowie i Kościół, i że skuteczność ich zależy głównie od modlitwy Kościoła i usposobienia przyjmującego (ex opere operantis). Kościół w sakramentaliach zawsze prosi Boga o skutek, a nigdy nie sprawuje go, jak w sakramentach (ex opere operato). Dlatego z żadnym z sakramentaliów nie łączy się skutek niezawodny, który zależy od modlitwy administrującego i usposobienia przyjmującego.

Sakramentalia nie udzielają łaski uświęcającej i nie odpuszczają grzechów ciężkich, a tylko w pewnych warunkach mogą spowodować darowanie grzechów lekkich i kar doczesnych oraz udzielić łask aktualnych i błogosławieństwa w rzeczach doczesnych. Odpuszczenie grzechów lekkich odbywa się przez akt żalu, spowodowany przez sakramentalia, albowiem na skutek modlitwy Kościoła sakramentalia skłaniają duszę do pokuty, która polega na obrzydzeniu sobie grzechów wprost lub ubocznie. Odpuszczenie kar doczesnych odbywa się przez dołączone często do sakramentaliów odpusty i przez akty miłości Boga, obudzone na prośbę Kościoła. Udzielenie łask aktualnych przy użyciu sakramentaliów zależy głównie od modlitwy Kościoła i pobożności tego, kto używa sakramentaliów.

Z powyższego wynika, że skutki sakramentaliów zależą głównie od nieskończonego miłosierdzia Bożego, o które Kościół zawsze błaga w modlitwach odmawianych przy ich udzielaniu. Nie sposób jest wymienić, tu wszystkich modlitw, jakie znajdują się w Rytuale i Pontyfikale, wystarczy przytoczyć kilka ważniejszych i częściej używanych, aby się przekonać, że całą skuteczność sakramentaliów Kościół przypisuje wyłącznie ufności w miłosierdzie Boże. Na przykład przy poświęceniu wody w dnie niedzielne, kapłan błaga Ducha Św., by z miłosierdzia swego był obecny i nadał siłę skuteczną błogosławionemu przezeń żywiołowi. Przy poświęceniu wody w wigilię Trzech Króli, wprost przynagla miłosierdzie Boże, aby spowodowało pożądany skutek. „Nam, którzy błagamy o Twoje miłosierdzie, niech wszędzie raczy pomagać obecność Ducha Świętego”… „Boże, którego miłosierdzie nie ma miary, a dobroć jest skarbem niewyczerpanym”… Podobnie przy poświęceniu ołtarza biskup się modli: „Udziel nam pokornie proszącym miłosierdzia swego, aby którzy do tej świątyni wstąpią… za sprawą miłosierdzia Twojego zmiłowaniem Twym zawsze się cieszyli”… itp. Skutków sakramentaliów nie osiąga się bezpośrednio i nieomylnie, albowiem nieraz brakuje wymaganych warunków, aby modlitwa Kościoła wywierała nieomylny skutek: mogą mianowicie powstać przeszkody ze strony człowieka lub rzeczy proszonych.

Prawnym ministrem sakramentaliów jest kapłan, któremu władza kościelna udzieliła tego prawa. Podmiotem sakramentaliów są przede wszystkim katolicy i katechumeni. Jeżeli nie ma wyrażonego zakazu, można udzielać sakramentaliów i niekatolikom w celu uproszenia im światła wiary i zdrowia ciału. Nie wolno udzielać sakramentaliów ekskomunikowanym i obłożonym interdyktem osobistym (c. 2375). Co się tyczy egzorcyzmów, upoważniony ku temu kapłan może stosować je nie tylko do wiernych, lecz i do niewierzących, niekatolików i ekskomunikowanych.

Zaznaczyć trzeba, że użycie sakramentaliów o tyle jest godziwe, o ile ma na względzie cześć Boga i nie przypisuje się im innego skutku niż ten, jaki rzeczywiście sprawują. Inaczej bowiem mogą się stać niegodziwym zabobonem i kuszeniem Pana Boga, np. przypisywanie pewnej czynności lub określonej ilości modlitw, jakiegoś specjalnego nadzwyczajnego skutku.

Jak pożyteczne są sakramentalia, okazuje nam nawrócenie Alfonsa Ratisbonne w r. 1842 w Rzymie, który zatrzymał przy sobie otrzymany od przyjaciela medalik z wizerunkiem Matki Boskiej. Przy zwiedzaniu pewnego kościoła w Rzymie, został uderzony cudownym światłem, w którym ujrzał uśmiechniętą promienną postać Maryi Niepokalanej, podobnej do obrazka na medaliku. Skruszony przyjmuje chrzest i staje się słynnym misjonarzem, który założył zakon Panien Syjońskich, nawróconych żydówek, modlących się o nawrócenie rodaków. Pewien żołnierz w ostatniej wojnie otrzymał strzał w pierś, ale kula odbiła się od poświęconego medalika — szkaplerza, jaki on miał na piersi, i pozostała w fałdach koszuli. Tak więc wizerunek Matki Boskiej uratował mu życie.

Mamy tedy cenić sakramentalia, przyjmując je z należytym usposobieniem z żalem za grzechy i ufnością w nieskończone miłosierdzie Boże, od którego głównie zależy ich skuteczność.

 

  1. Kierownictwo i rządzenie duszami

 

Największym niebezpieczeństwem duchowym naszych czasów jest ześwietczenie dusz ludzkich. Nastrój laicyzmu wciska się dziś zewsząd do wszystkich mniej odpornych dusz. Nie atakuje on, jak dawne herezje, poszczególnych dogmatów wiary, ale podkopuje cały nadprzyrodzony światopogląd, usiłując odebrać sens życiu wewnętrznemu, zbagatelizować je i usunąć poza nawias trosk współczesnego człowieka wszelkie zaziemskie aspiracje i pragnienia.

Żyjemy w dobie szalonego tempa techniki, pod hasłem coraz to bardziej śmiałych zdobyczy ludzkiego mózgu, w gorączce wielkich miast, gdzie każdy nerw i każdy muskuł zmierza do pełniejszego wyżycia się i użycia: ziemski raj ma wyrugować z duszy ludzkiej płonne rzekomo marzenia o zaświatowych wartościach. Stąd płynie niechęć do religijnych książek, lęk przed kazaniami, płytkość zredukowanych do minimum religijnych praktyk przy głębokiej ignorancji zasad wiary, rozprężenie etyki indywidualnej i rodzinnej oraz samolubnych instynktów użycia. Wobec tych nowych nastrojów, które zatruwają i bezkompromisowo przykuwają do ziemi współczesnego człowieka, słychać wołanie Kościoła: „Szukajcie tedy najpierw królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego” (Mt. 6, 33). To wołanie zdaje się być głosem wołającego na puszczy.

A jednak i dzisiaj nakaz Zbawiciela: „Idąc tedy nauczajcie… nauczajcie zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem” (Mt. 28, 20) — jest aktualny, jak i dawniej. Tym bardziej dzisiaj duszpasterz winien słowem i czynem realizować zasadę „Sursum corda” — skierowując serca wzwyż, nie przywiązując się nadmiernie do rzeczy doczesnych, które mól niszczy i złodziej zabiera, ale szukając przede wszystkim Królestwa Bożego, albowiem ponad złoto i platynę, ponad wiedzę i karierę, ponad zaszczyty i użycie, nieskończenie ważniejsze jest szczęście wieczne, przygotowane dla nas z miłosierdzia Bożego.

Równocześnie tedy z wysiłkiem odwiecznego wroga ludzkości, by dusze ludzkie ześwietczyć i pochłonąć w zawrotnym wirze życia zewnętrznego, duszpasterz ma rozwinąć i pogłębić wartości życia nadprzyrodzonego, ma wychowywać świętych przez odpowiednie kierownictwo i rządy dusz pod wpływem idei miłosierdzia Bożego, zarówno w konfesjonale jak i poza nim.

 

  1. Kierownictwo w konfesjonale

 

W konfesjonale idea Miłosierdzia Bożego jest czynnikiem decydującym o nawróceniu grzesznika i podniesieniu sprawiedliwego na wyższy poziom życia wewnętrznego. Już udając się do tego trybunału spowiednik winien sobie uprzytomnić, jak wielki, trudny i niebezpieczny obowiązek ma wypełnić; winien mieć przeświadczenie, że jego siły są niewspółmierne z zadaniem, że przez niego ma zejść na penitenta większa moc miłosierdzia Bożego niż przy stworzeniu świata. Łatwiej bowiem wyprowadzić z nicości najdoskonalszego ducha, niż grzesznika, który jest poniżej nicości, podnieść do stanu nadprzyrodzonego, jak mówi św. Augustyn (Tr. 71 i 72. P. 1. 35, 1821 – 23).

W trybunale pokuty spowiednik zastępuje samego Boga, dlatego winien poświęcić wszystkie władze swej duszy dla dobra penitenta: rozum, by wynaleźć najodpowiedniejsze środki do wprowadzenia duszy na wyższy poziom; wolę, by zapanować nad niecierpliwością; miłość, by pobudzić penitenta do ufnego żalu, a nigdy do rozpaczy; a we wszystkim kierować się roztropnością i ostrożnością, by pracując nad zbawieniem dusz innych, „sam siebie nie zatracił”. Dlatego trzeba przypomnieć słowa Chrystusa: „Bądźcie miłosierni, jako i Ojciec wasz miłosierny jest” (Łk. 6, 36), pomodlić się do miłosierdzia Bożego i w czystej intencji kierować się miłosierdziem względem penitentów.

Zasiadając w trybunale pokuty spowiednik występuje jako sędzia, nauczyciel, lekarz i ojciec.

 

  1. a) Spowiednik jako sędzia

 

Obowiązki spowiednika jako sędziego dadzą się sprowadzić do trzech punktów: zbadanie stanu sprawy, rozpoznanie usposobienia penitenta i wyrzeczenie wyroku: udzielenie lub odmówienie rozgrzeszenia. Zdarzyć się może, że penitent nie urnie głównych prawd wiary i nie zna warunków dobrej spowiedzi. Wówczas spowiednik winien je na początku krótko i zwięźle wyjaśnić w słowach pełnych miłości. Następnie ma cierpliwie wysłuchać samooskarżenia penitenta i, jeżeli ono nie da jasnego pojęcia o stanie jego duszy, trzeba zadawać dyskretne pytania, unikając próżnej ciekawości.

Po zbadaniu sumienia penitenta spowiednik winien rozpoznać jego usposobienie, czyli zorientować się w ciężkości grzechów, w obowiązkach przez grzech zaciągniętych i prawach przezeń utraconych, by zastosować odpowiednią pokutę. W pierwszym wypadku wystarczy mieć ogólne pojęcie o grzechach wyznanych. Jeżeli chodzi o obowiązki zaciągnięte przez grzechy, dotyczą one naprawienia zgorszenia, wynagrodzenia krzywdy na majątku czy sławie bliźniego itp. Utracone przez grzech prawa mogą być duchowne, albo majątkowe, albo małżeńskie. Uprzytomniwszy sobie to wszystko, można się zorientować, czy penitent ma prawdziwy żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. Nie jest to rzeczą łatwą, szczególnie jeżeli chodzi o recydywistów formalnych. Dla nich nie wystarczy zapewnienie, że żałują i obiecują poprawę przy spowiedzi ot tak ze zwyczaju. Konieczne są tu znaki nadzwyczajne żalu, jakimi są: a) nagła spowiedź nie ze zwyczaju, b) nagła ucieczka od okazji, c) okazanie mocnej woli w czynie np. przez spowiedź generalną, d) obrzydzenie grzechów natychmiast po upadku, e) niezwykła okoliczność (misje), f) niezwykła bojaźń, g) spowiadanie się ze skruchą itp.

Jeżeli penitent jest należycie usposobiony, ma prawo do otrzymania rozgrzeszenia, którego mu odmawiać nie wolno, chyba tylko za jego zgodą i dla pożytku jego duszy. Jeżeli istnieje uzasadniona wątpliwość, czy penitent dostatecznie żałuje i czy zasługuje na rozgrzeszenie, a zachodzi konieczność przyjęcia innych sakramentów lub inna jaka przyczyna, należy udzielić rozgrzeszenia warunkowo. Inaczej trzeba rozgrzeszenie odłożyć, byle nie nazbyt długo, wyjaśniając łagodnie przyczynę odłożenia. Penitentom zupełnie nieprzygotowanym należy odmówić rozgrzeszenia, czyniąc to ostrożnie, roztropnie po cierpliwym wykorzystaniu wszystkich środków przygotowania.

 

  1. b) Spowiednik jako nauczyciel

 

Spowiednik jako nauczyciel ma nieco trudniejsze zadanie, niż jako sędzia: ma on dać poznać penitentowi stan moralny jego duszy stawiając mu przed oczyma ciężkość jego grzechów, ich skutki doczesne i wieczne, jak również niebezpieczeństwa, na które one go narażają. Trzeba mu przedstawić przyczyny, dla których winien obrzydzić sobie dawne grzeszne życie, rozpoczynając życie nowe, poprawić obyczaje, by zasłużyć na wieczną nagrodę. Trzeba tu: złych poprawić, zimnych rozgrzać, a oziębłych zapalić, dobrych zachęcić do postępu itp. Na to jedyną receptą może być ufność w miłosierdzie Boże i naśladowanie Boga w tej doskonałości w stosunku do biednych penitentów, by w nauczaniu i upominaniu nie drażnić miłości własnej, a kierować się łagodnością i miłością, szczególnie w stosunku do bojaźliwych i skrupulatów.

Forma nauk i upomnień winna być dostosowana do stanu umysłowego penitentów; zawsze jednak winny one być krótkie, barwne, wypowiedziane w tonie uprzejmym, łaskawym i miłosiernym. Czasami można stosować szczególnie do prostaczków formę dialogu, skierowując akt strzelisty do miłosierdzia Bożego z prośbą o pomoc.

 

  1. c) Spowiednik jako lekarz

 

Spowiednik jako lekarz ma poznać chorobę duszy, przyczyny tej choroby, usunąć skutki i przepisać sposób życia, by penitent nie tylko nie wpadł znów w chorobę, ale usunął jej źródło. Jest to zadanie niewspółmierne z siłami naturalnymi spowiednika. Potrzeba tu w wyższym stopniu pomocy miłosierdzia Bożego. Lekarstwa na choroby duszy mogą by ogólne, wzmacniające ją przeciwko wszelkim grzechom i szczegółowe, stosownie do tego lub innego grzechu. Do pierwszych należą: modlitwa, praktyki pobożne, częsta spowiedź i Komunia św., codzienny rachunek sumienia, unikanie okazji i umartwienie. Szczegółowe środki dadzą się streścić w jednym zdaniu: chcesz uniknąć lub poprawić się z danego grzechu, ćwicz się w przeciwnej cnocie, np. pysznemu zalecić akty pokory, skąpemu — jałmużnę, itp.

Przede wszystkim spowiednik winien być ojcem duchownym, jak go słusznie penitenci nazywają, ma on ojcowskim uczuciem obejmować nie jakieś osoby wybrane, stojące na pewnym stopniu doskonałości, lecz wszystkich grzeszników, klęczących u jego stóp. Ma on być ojcem słuchając spowiedzi penitentów, uzupełniając braki przygotowania, ma się uzbroić w miłosierdzie Jezusa Chrystusa, który nie przyszedł wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników, który umiał zająć się nimi gorliwie, cierpliwie i łaskawie. Nawet wtedy, gdy dla rozbudzenia z odrętwienia grzechowego wypadnie grzeszników strofować, nie wolno mu używać wyrazów ostrych, a tym mniej obelżywych, lecz zawsze z jego ust ma płynąć miłość ojcowska, pamiętając, że konfesjonał jest trybunałem łaski.

Jako ojciec, spowiednik nie powinien usuwać od konfesjonału penitentów nieprzygotowanych z powodu nieuctwa lub niedbalstwa, lecz niech ich sam przygotuje przez pytania o grzechy, które w ich stanie ludzie zwykli popełniać; ni rozbudzi w nich żal za nie, konieczny do udzielenia rozgrzeszenia. Penitenci, których się usuwa z braku przygotowania, zrażeni trudnościami, mogą więcej do konfesjonału nie wrócić i zatonąć w morzu grzechowym. Tym bardziej nie wolno usuwać od konfesjonału za to, że grzesznik z bojaźni czy wstydu zataił grzech na spowiedzi i z tego powodu obecnie winien powtórzyć spowiedź z lat kilku lub kilkunastu. Względem takich trzeba szczególniejszej wyrozumiałości ojcowskiej.

Jakkolwiek pokuta winna być proporcjonalna czyli zastosowana do ilości i jakości grzechów, przy jej nałożeniu spowiednik ma również kierować się raczej miłosierdziem, jakie okazał Zbawiciel cudzołożnicy Magdalenie, Piotrowi i łotrowi na krzyżu. Ogólnie rzecz biorąc, lepiej błądzić pobłażliwością i zbytnim miłosierdziem, niż surowością. Bóg jest Ojcem miłosierdzia, jak to często czytamy w Piśmie św. (II Kor. 1, 3); dlaczegoż jego kapłan miałby być surowy, gdy go zastępuje w trybunale pokuty? Należy zwrócić uwagę penitentowi, by raczej z własnej woli podjął się uczynków pokutnych, usiłując gorliwiej poprawić swe życie i częściej przystępować do sakramentów św.

 

  1. Kierownictwo w pracy charytatywnej

 

W pracy charytatywnej idea miłosierdzia Bożego staje się nieodzownym warunkiem, jak powiedział Zbawiciel: „Bądźcie miłosierni, jako i Ojciec wasz miłosierny jest” (Łk. 6, 36). Nie można bowiem naśladować tego, czego się nie zna i nie czci, a w słowach powyższych zawiera się wyraźny nakaz uczynków miłosierdzia względem bliźnich na wzór Ojca Niebieskiego względem nas samych.

Praca charytatywna nie jest tylko radą, do której można się stosować lub jej zaniechać bez grzechu, lecz jest ona ścisłym prawem i obowiązkiem. Od jego spełnienia nikt się usunąć nie może. Wynika to zarówno z Pisma św. jak i z głosu rozumu. Autor księgi Mądrości stanowczo nakazuje: „Miłosierdzie i prawda niech cię nie opuszczają: obwiń je wokoło szyi twojej i napisz na tablicach serca swojego” (Przyp. 3, 3). „Synu, nie odejmuj jałmużny ubogiemu, a oczu twoich nie odwracaj od ubogiego. Nie wzgardzaj duszą łaknącą i nie drażnij ubogiego w niedostatku jego” (Ekl. 4, 1 – 2). Jeszcze w wyższym stopniu obowiązek miłosierdzia wkłada na nas Zbawiciel. Opisując Sąd Ostateczny wkłada w usta Sędziego: „Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, który zgotowany jest diabłu i aniołom jego. Albowiem łaknąłem, a nie nakarmiliście mię; pragnąłem, a nie daliście mi pić; byłem gościem, a nie przyjęliście mnie…” (Mt. 25, 41 – 43).

Naturalny głos rozumu również nakazuje nam miłosierdzie. Dobra bowiem doczesne nie są naszą własnością w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz należą do Boga, który je nam jak gdyby wynajmuje, byśmy z nich korzystali i płacili pewną dzierżawę. „Czcij Pana z majętności twojej i z pierwocin wszelkiego zboża twego dawaj mu” (Przyp. 3, 9). Otóż Bóg te prawa, które ma do majętności naszych, przelewa na ubogich; ci są jakby jego zastępcami w tym względzie i na ich ręce możemy płacić należną Bogu dzierżawę. Z tego wynika, jakiej zbrodni dopuszcza się człowiek bogaty, który dobrem swoim nie dzieli się z ubogim. Jest to wielki niewdzięcznik, który niesprawiedliwie zatrzymuje to, co się ubogiemu należy. „Czyż bogaci nie uciskają was (biedaków) i sami nie ciągną was do sądów” (Jak. 2, 6).

Zbawiciel zalecając nam uczynki miłosierdzia podaje nam odpowiednie pobudki, wśród których na pierwszym miejscu stawia na śladowanie Ojca niebieskiego. On z miłosierdzia swego nas stworzył, z tejże pobudki nami się opiekuje, a przede wszystkim z miłosierdzia zesłał Syna swojego, który „będąc bogatym stał się ubogim, abyśmy… ubóstwem jego bogatymi się stali” (II Kor. 8, 9). Jak my odwdzięcza my się za to Panu? On sam niczego od nas nie potrzebuje. Za to w osobie ubogiego wyciąga do nas rękę po jałmużnę, w osobie chorego wygląda od nas ulgi, w osobie smutnego i zrozpaczonego oczekuje pociechy, w osobie nieumiejętnego pragnie pouczenia, w osobie wątpiącego — rady, bo wszakże on sam powiedział: „Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt.25, 40).

Jaki to wielki zaszczyt zastępować Boga na ziemi w świadczeniu jego miłosierdzia! Jakie to wielkie wyróżnienie, że Bóg pozwala nam naśladować siebie pod tym względem! Jakie to dla nas szczęście, że Bóg w tak łatwy sposób pozwala nam odpokutować za nasze grzechy i wysłużyć sobie nagrodę wieczną. Pięknie o tym mówi nasz złotousty Skarga: „Kto ludziom dobrze czyni i ich braki z miłosierdzia opatruje i winy odpuszcza, ten obraz Boży na sobie nosi i jest jakoby Pan Bóg w podobieństwie. Jak gdy syn do ojca bywa podobny, mówimy: to prawy syn jego; tak gdy ludziom czynimy dobrze, a miłosierdzie im okazujemy, twarz Boską niejako na sobie wyrażamy, tak, iż Aniołowie i ludzie sprawiedliwi, patrząc na miłosierne uczynki nasze mówią: to prawy syn Boży, prawdziwie podobny do Ojca swego… Żadne przedniejsze ziarno na roli serc waszych stać się nie może, jako miłosierdzie, które jest obrazem Trójcy św., najprzedniejszą cnotą chrześcijańską, wypełnieniem zakonu Bożego, świadectwem wiary dobrej, owocem pokajania prawego, wykonaniem miłości ku Bogu, pomocą do uznania i nabycia skruchy, oczyszczeniem grzechów, pomnożeniem cnót i sprawiedliwości, błogosławieństwem na dniu sądnym i wprowadzeniem do nieba” (Kazania niedzielne).

Nie można lepiej wyrazić zachęty do miłosierdzia względem bliźnich, jak to uczynił w powyższych słowach nasz Skarga, wskazując na miłosierdzie Ojca niebieskiego względem rodzaju ludzkiego. On też po mistrzowsku wyszczególnia uczynki miłosierne: „Patrz jeden na drugiego, jeśli z sobą jakiego zwaśnienia nie macie, jeśliście sobie życzliwi, jeśli jeden drugiego nie obraził myślą, albo słowem, albo samym uczynkiem. Ustępuj krzywdy jeden drugiemu odpuszczając sobie przewinienia i jeden drugiego niedostatki pokrywaj. Miej każdy brata swego za lepszego na sumieniu, niźliś sam jest. Górnie o sobie nie rozumiejcie, ani gardźcie ubogimi i prostymi, którzy się za mądre mieć chcecie. Mądrość swoją na wypełnianiu miłości i zakonu Pana pokazujcie. Obmów się strzeżcie i rany języcznej, potwarzy, złego słowa i przymówki na brata i żartów obraźliwych i niepożytecznych. A dobrą życzliwością i uczynnością wzmacniajcie miłość braterską. Czyńcie dobrze jeden drugiemu, obdarzajcie się radzi upominkami przyjaźni, pożyczajcie radzi na potrzebę braterską jako kto może, bądźcie użyczliwymi, łaskawymi jeden na drugiego. Niech zdrady żadnej i obłudności między wami nie będzie” (Kazanie o miłosierdziu).

Z uczynków miłosiernych najtrudniej jest cierpliwie znosić krzywdy i darować urazy. Aby siebie przezwyciężyć pod tym względem, trzeba rozważać miłosierdzie Boga względem nas i prosić Boga o pomoc oraz zastanowić się nad wzniosłością i pięknością tej cnoty, która jest najwyższą ozdobą człowieczeństwa, najwyższym podniesieniem naszej ludzkiej godności. Darowanie uraz, to nie małoduszność i brak honoru czy męstwa, lecz to dowód wielkoduszności i bogactwa cnoty ćwiczonej w nauce Chrystusa, jest to heroiczna cierpliwość i męstwo, co za kamień odpłaca chlebem, modląc się za prześladowców. Przepięknie i tę prawdę przedstawia Skarga: „Nawet w nieprzyjacielu Chrystusa żywmy, Chrystusa odziewajmy, przyjmujmy, nawiedzajmy, częstujmy, nie tylko słowem, ale potrawami, jak drudzy czynili…, ale miłosierdziem i poratowaniem nad ubogimi i porzuconymi, gdyż tej ofiary od nas Pan nasz pragnie, a ta mu jest nad inne czci jego najmilsza. A gdy z tego świata wychodzić będziemy, przyjmą nas do onej górnej krainy i przybytków wiecznych” (Kazanie o miłosierdziu).

Najuboższymi są ci, którzy nie znają lub utracili Boga. Do nich odnoszą się słowa Chrystusa: „Zawsze ubogich macie u siebie i gdy zechcecie, możecie im dobrze czynić” (Mk 14, 7). Trzeba i z nimi nawiązać łączność, dostarczyć im możliwości poznania Najmiłosierniejszego Zbawiciela. Sam Pan Jezus ustawia ich na drodze życia naszego i pragnie, byśmy w modlitwie i obcowaniu z nimi pokazali na sobie, kim jest Bóg. Można to uczynić wszędzie przy danej okazji, w pociągach, w tramwajach, poczekalniach, u lekarza, w znanych sobie ze słyszenia rozkładających się rodzinach, w tak zwanych „kolejkach i ogonkach”, na wczasach, na cmentarzach — słowem wszędzie, gdzie tylko wyczuwamy, że interwencja nasza może się okazać użyteczną.

Wszystko to mamy czynić w czystej intencji, w imieniu Najmiłosierniejszego Zbawiciela i w ścisłej z nim współpracy, bez rozgłosu i reklamy, jak tego żąda Chrystus: „Gdy tedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jako czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam, wzięli już nagrodę swoją. Ale gdy ty dajesz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica twoja, aby jałmużna twoja była w skrytości. A Ojciec twój, który widzi w skrytości, odpłaci tobie” (Mt. 6, 2 – 4).

Uświadomienie sobie ścisłej zależności i bezpośredniej więzi z Najmiłosierniejszym Zbawicielem zaspokoi naturalne dla każdego człowieka emocje społecznego działania i stanowić będzie błogosławioną pobudkę do czynu w przeświadczeniu, że nie jesteśmy sami, ale że z nami jest Chrystus. W tym celu należy codziennie przyjmować Komunię św. z należytym przygotowaniem i dziękczynieniem z główną myślą, by zanieść Jezusa do tych, którzy do Niego nie przychodzą i nic o nim nie chcą wiedzieć. Trzeba również nieustannie pamiętać, że mamy w sercu Pana Jezusa i że każde słowo, każda czynność i cała postawa w stosunku do napotykanych bliźnich, winny w sposób żywy świadczyć o obecności Zbawiciela, który z ukrycia w naszym sercu oddziaływa na tych, do kogo się zwracamy.

Trzeba korzystać z okazji lub upatrzyć sobie osoby w rodzinie, wśród krewnych i znajomych, którym trzeba dopomóc w nawiązywaniu łączności z Chrystusem. W ten sposób po pewnym czasie wyrobimy sobie opinię, że do nas będą się zwracać ci, którzy sami nie mogą, nie chcą lub nie potrafią odnaleźć marnotrawnej owieczki dlatego, że brak im doświadczenia lub niezbędnych minimalnych umiejętności, które są, w tych sprawach tak bardzo potrzebne, a które zdobywamy dopiero z czasem.

W tej współpracy z Najmiłosierniejszym Zbawicielem w dziele wskrzeszania martwych dusz konieczne są następujące minimalne warunki:

1) Stała osobista łączność z Mistrzem utajonym w Przenajświętszym Sakramencie, stosownie do Jego słów: „Trwajcie we mnie, a ja w was. Jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, jeśli nie tkwi w winnym krzewie, tak i wy, jeśli we mnie pozostawać nie będziecie. Jam winnym krzewem, a wy latoroślami. Kto mieszka we mnie, a ja w nim, ten wiele owocu przynosi, bo beze mnie nic uczynić nie możecie” (J. 15, 4 – 5).

2) Silna wiara i niezachwiana ufność w pomoc Jezusa, jaką miał Apostoł, który powiedział: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Fil. 4, 13).

3) Znajomość istotnej treści nauki Zbawiciela, a przynajmniej większego katechizmu dla dorosłych, w myśl upomnień św. Pawła: „Pilnuj samego siebie i nauki: i w tym trwaj. Bo to czyniąc i samego siebie zbawisz i tych, którzy cię słuchają” (I Tym. 4, 16).

4) Cierpliwość, wyrozumiałość i wytrwałość, pochodzącą z prawdziwej miłości Chrystusa i pragnienia wynagrodzenia mu za zniewagi wyrządzone w Sakramencie Ołtarza, jak pisze Apostoł: „Potrzeba wam tylko cierpliwości, abyście spełniając wolę Bożą, dostąpili obietnicy” (Żyd. 10, 36).

5) Przyswojenie sobie pewnych wiadomości z psychologii, jak nawiązać i podtrzymywać kontakty z ludźmi, potrzebującymi pomocy w zbliżeniu się do Chrystusa.

6) Zapewnienie sobie porady u światłego i gorliwego kapłana, gdy posiadane wiadomości nie będą wystarczały.

7) Wyrobienie osobiste, by nie okazywać zgorszenia w razie niepowodzenia, a przyjąć upokorzenie w duchu pokuty; nie upadać na duchu i unikać przesadnego trzymania się swego zdania, szukając wspólnego punktu widzenia z tymi, których mamy na względzie, bo „Nie trzeba lekarza zdrowym, ale tym, którzy się źle mają. Idźcie i na uczcie się, co znaczy: miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Bom nie przyszedł wzywać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt. 9, 2 i 13).

Jeżeli chodzi o ułatwienie pracy charytatywnej, trzeba unikać rutyny i oklepanych zwrotów, a stosować styl zwykłej rozmowy, w której wyjaśniamy życie religijne i takie zagadnienia, jakie się nie dadzą wytłumaczyć ze stanowiska materializmu, czy idealizmu. W tym celu trzeba samym mocno wierzyć w to, co mówimy, a ta wiara udzieli się innym i wskaże, że nasze praktyki religijne nie są zmechanizowaną rutyną ani ponurym talmudyzmem. Najskuteczniej jest wyczuć potrzeby interlokutorów i możliwie im w jakiś sposób pomóc w zaspokojeniu tych potrzeb zupełnie bezinteresownie.

Zdarzyć się może, że ktoś sam zwraca się do nas z wątpliwościami religijnymi, a nawet zaatakuje naszą postawę i przekonania; wówczas należy zachować wielką równowagę ducha i spokojnie znaleźć jakiś wspólny punkt widzenia, wspólną płaszczyznę, z której powoli będziemy zmierzać do usunięcia wątpliwości. Przy tym pamiętać trzeba, że nie każdy argument trafi do przekonania interlokutora, gdyż to zależy od poziomu jego rozwoju umysłowego i nastroju uczuciowego w danej chwili. Toteż należy dostosować się do tego poziomu, unikając niezrozumiałych słów i wyrażeń.

Najlepiej zaskoczyć niezwykłością pierwszych słów, jak to u czynił Chrystus w rozmowie z Samarytanką, którą pierwszy poprosił: „Daj mi pić”. Można również użyć z góry przygotowanych i umiejętnie stosowanych informacji, fraszek, obrazków, książeczek w celu nawiązania kontaktu, by potem kontynuować rozpoczętą rozmowę, skierowując ją do zamierzonego celu. Tak Zbawiciel od wody przeszedł w rozmowie z Samarytanką do wyjaśnienia, kim jest Bóg i posłany przez Niego Mesjasz.

Nawiązanie delikatnych z natury kontaktów z ludźmi innych przekonań bardzo ułatwia przeświadczenie, że jesteśmy tylko niewypłacalnymi dłużnikami Najmiłosierniejszego Zbawiciela, który w swoim czasie, w celu naszego nawrócenia, przysłał i do nas sługi swoje, będące narzędziem w jego ręku. Były to może wzniosłe przykłady dusz świątobliwych, które czynną pomocą i wsparciem, a może radą i wiedzą, doświadczeniem, pocieszeniem i modlitwą utorowały nam drogi, którymi potem szliśmy i teraz idziemy do celu. Naturalne poczucie wdzięczności zmusza nas do świadczenia miłości i miłosierdzia dla innych.

 

  1. Miłosierdzie Boże w zjednoczeniu chrześcijan

 

24 listopada 1964 r. Paweł VI ogłosił dekret o ekumenizmie, uchwalony na III Sesji II Soboru Watykańskiego. Dekret ten został przygotowany z inicjatywy Jana XXIII, przez powołany do życia Sekretariat dla Spraw Jedności Chrześcijan. Ruch ekumeniczny datuje się od przeszło 50 lat, a w dniach 18 – 25 stycznia odbywa się co roku w całym świecie chrześcijańskim „Oktawa Modlitw o Zjednoczenie Chrześcijan”. W tym czasie wszyscy chrześcijanie: katolicy, prawosławni i ewangelicy różnych odłamów łączą się z intencją modlitwy Chrystusa Pana podczas Ostatniej Wieczerzy: „Aby wszyscy byli jedno” (J. 17, 21). Takiej modlitwy oczekuje od nas Bóg: modlitwy pokornej, ufnej, z pamięcią o błędach, jakimi wszystkie strony przyczyniły się do smutnego rozdziału między chrześcijanami.

Jan XXIII uświadomił sobie w całej pełni, że testament Chrystusa „aby byli jedno”, nie został dotąd zrealizowany. Papież, zwany „Proboszczem świata”, uczynił sprawę zjednoczenia chrześcijan wielką troską swego pontyfikatu i jednym z celów zwołanego przez siebie Soboru Powszechnego. Kontynuatorem dzieła i myśli jego stał się obecny papież, Paweł VI, który między innymi w tym celu odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej i polecił wszystkim obok modlitwy o zjednoczenie, rozwijać i podkreślać to, co chrześcijan łączy, a nie to, co ich dzieli.

Otóż jedną z prawd, które łączą wszystkich chrześcijan jest tajemnica miłosierdzia Bożego, a projektowana uroczystość Najmiłosierniejszego Zbawiciela w Niedzielę Przewodnią, byłaby może krokiem ku temu tak upragnionemu zjednoczeniu.

Poznaliśmy już, że idea miłosierdzia Bożego wybitnie dominuje w liturgii Kościoła katolickiego, w ciągu całego roku i że w czasie wielkanocnym Kościół wielbi Boga w Jego miłosierdziu, gdy w innych czasach raczej błaga o to miłosierdzie. Poznajmy teraz, jak jest pod tym względem w Kościele prawosławnym i u ewangelików.

 

  1. Miłosierdzie Boże w teologii prawosławnej

 

Źródłem teologii prawosławnej jest Pismo św. i Tradycja, ograniczająca się do pierwszych siedmiu Soborów Powszechnych. Nauka ich o miłosierdziu Bożym nie jest jeszcze teoretycznie rozpracowana, ale w praktyce, czyli w liturgii, wezwania do miłosierdzia Bożego są zupełnie identyczne jak w Kościele powszechnym, czyli katolickim.

Obecnie w Kościele prawosławnym Msza św. odprawia się według liturgii św. Jana Chryzostoma, św. Bazylego i św. Grzegorza papieża. Ta ostatnia odprawia się rzadko, w pewne tylko dni ściśle określone. Najczęściej zaś posługują się prawosławni liturgią św. Jana Chryzostoma. Składa się ona z trzech części: Priskomidii czyli przygotowania chleba i wina dla sprawowania Najświętszej Eucharystii, Liturgii Ogłoszonych czyli Mszy św. katechumenów i Liturgii wiernych czyli właściwej Mszy św. Niekrwawej Ofiary. We wszystkich tych częściach, raz po raz, spotykamy w modlitwach i pieniach usilne błagania Boga o miłosierdzie dla obecnych na nabożeństwie i dla całego świata.

W Priskomidii często powtarza się wezwania: „Hospodi, pomiłuj: na tia upowajem. Boże, miłostiw budzie mnie grzesznomu i pryjmi nas po mnożestwu miłości twojej” — Panie, zmiłuj się nad nami: ufamy ci. Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu i przyjmij nas według mnóstwa miłosierdzia Swojego”. Podobnie rozlega się błaganie do Matki miłosierdzia o wstawiennictwo: „Miłosierdia dwiery otwiery nam, błahosławiennaja Bogorodzica” — „Otwóż nam drzwi Miłosierdzia, błogosławiona Bogarodzico”.

W Liturgii Ogłoszonych wezwanie do miłosierdzia Bożego powtarza się jeszcze częściej: „Na wsiech nas miłosti twoja nisposzli. Da budziet miłosti wielikaja Boha i Spasa naszeho Iisusa Christa wam wsiem” — „Ześlij na nas wszystkich, Panie, swoje miłosierdzie. Niech będzie miłosierdzie Boga i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa nad wami wszystkimi”.

Trzecia część Mszy — Liturgia wiernych — Wielki Wchód, poprzedzona jest ona czytaniem przez diakona tzw. „Jektenii małej”, czyli litanii, w której po każdym wierszu chór śpiewa refren „Hospodi pomiłuj” — „Panie zmiłuj się”. Następnie diakon śpiewa „Premudrość” — Pramądrość, przypominając obecnym wielkość następujących ceremonii, jakimi są przeniesienie przygotowanego chleba i wina z ofiarnika na ołtarz. Diakon wnosi chleb na głowie, a kapłan kielich z winem w ręku. Jeżeli się odprawia koncelebra, czyli Msza wspólna kilku kapłanów, niosą oni nadto krzyż, pikę, gąbkę i łyżeczkę (łżyce) w rodzaju trzciny z gąbką.

Teraz następuje przygotowanie wiernych do godnej obecności na Mszy św. przez przypominanie wzajemnej miłości, wyznanie wiary i wezwanie do pobożnego nastroju w czasie następujących wielkich ceremonii, znamionując przeistoczenie i następujące po nim modlitwy, w czasie których wielokrotnie kapłan błaga o miłosierdzie Boże i życzy go wszystkim obecnym: „I da budut miłosti wielikaho Boga” — „Niech spłynie miłosierdzie wielkiego Boga”. W przygotowaniu wiernych do Komunii św. odmawia się Modlitwę Pańską i inne modlitwy, w których wychwala się miłosierdzie Boże w dziele stworzenia: „Mnożestwu miłosti twojeja ot niebytia w bytie wsi priwioł jesi” — „W wielkości miłosierdzia swego przyprowadziłeś wszystko z niebytu do istnienia”. Przed samą Komunią św. wierni wielekroć powtarzają: „Boże miłostiw budie mnie gresznomu” — „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu.

W innych częściach Liturgii: nieszporach (wieczernia), jutrzni (zautrenia) i godzinach kanonicznych (czasy), w świątyni czytają lub śpiewają Psalmy z wezwaniami do miłosierdzia Bożego, jak i w Kościele katolickim. Nie sposób je tutaj wszystkie wyszczególnić, wystarczy powiedzieć, że pod względem kultu Boga w Miłosierdziu Kościół prawosławny nie różni się od Kościoła katolickiego.

 

  1. Miłosierdzie Boże u protestantów

 

Źródłem teologii protestantów jest tylko Pismo św. bez ksiąg deuterokanonicznych, a w tłumaczeniu Pisma św. u nich nie ma jednolitości, bo każdemu wolno komentować je według własnego uznania. Stąd powstało około 200 odłamów ewangelików, z których każdy, w mniejszym lub większym stopniu, różni się w wierzeniu od wszystkich innych. Najliczniejsze są dwa odłamy: luteranów i kalwinów, których zapatrywanie na miłosierdzie Boże różni się od nauki katolickiej.

  

  1. a) Miłosierdzie Boże w nauce Lutra

 

Kościół katolicki podkreślając potrzebę ufności w miłosierdzie Boże zaznacza, że miłosierdzie to nie jest bezkarność i ma swój czas ograniczony, po upływie którego następuje wymiar sprawiedliwości Bożej. Dlatego póki czas trzeba czynić pokutę, która jest jedyną drogą do miłosierdzia Bożego. Luter natomiast kładzie największy nacisk na ufność w zasługi Jezusa Chrystusa, albowiem po grzechu pierworodnym człowiek sam nic dobrego uczynić nie może, tylko grzeszyć. „Władze duchowe zostały w człowieku zepsute przez grzech tak dalece, że pozostał tylko skażony rozum i przeciwna Bogu Wola… Cokolwiek jest w woli naszej, jest złem, a cokolwiek jest w myśli naszej, jest grzechem i błędem. Wobec tego wszystko, cokolwiek człowiek w zakresie moralnym czyni, jest grzechem; złe są wszystkie namiętności i chcenia, które z absolutną koniecznością popychają człowieka do grzechu. A więc trzeba tylko wierzyć w zasługi Zbawiciela, a tą wiarą jest właśnie ufność w miłosierdzie Boże”. Stąd wynika, że u luteran ufność jest nieco zuchwała.

Dlatego Sobór Trydencki na VI Sesji, w Dekrecie o usprawiedliwieniu, w rozdziale 9 postanowił: „Chociaż trzeba wierzyć, że nigdy grzechy nie były i nie są odpuszczone inaczej, jak tylko darmo z miłosierdzia Bożego, dla zasług Jezusa Chrystusa, jednak nikt nie powinien zuchwale i z pewnością chełpić się, ani być zupełnie spokojny, że jego grzechy były lub są odpuszczone, jak to utrzymują błędnowiercy i nauczają w naszych czasach w sporze przeciwko Kościołowi katolickiemu. Taka bowiem ufność jest zuchwała i daleka od wszelkiej pobożności. Lecz i tego nie wolno utrzymywać, że ci, którzy prawdziwie są usprawiedliwieni, bez żadnej zupełnie wątpliwości twierdzą, że są usprawiedliwiani i że nikt uwolniony od grzechów i usprawiedliwiony być nie może, jak tylko ten, kto niewzruszenie wierzy, że on jest usprawiedliwiony i rozgrzeszony, ponieważ tylko wiara usprawiedliwia i rozgrzesza, jak gdyby kto nie wierzył i nie wątpił o skuteczności obietnic, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa” (Denzinger, 802).

 

  1. b) Miłosierdzie Boże w nauce Kalwina

 

Jeszcze w wyższym stopniu niż Luter, przesadza w pojmowaniu miłosierdzia Bożego Kalwin. „Pierwszą przyczyną powołania naszego i wszystkich dóbr, jakie od Boga otrzymujemy, jest odwieczne wybranie. A więc, jeżeli chodzi o przyczynę, dlaczego nas Bóg powołał do uczestnictwa w Ewangelii, dlaczego nas raczy darzyć niezliczonymi dobrodziejstwami, dlaczego otworzył nam niebo, zawsze dochodzimy do tejże samej zasady wybrania. Wybrał nas zanim jeszcze świat został stworzony. Nie dlatego nas wybrał, ponieważ jesteśmy godni, lecz dlatego, że Bóg przewidział, że będziemy godni. W Adamie wszyscy zginęli i nic innego Bóg nie przewidział, jak tylko wybraniem swoim zbawił nas od zguby. Jeżeli dziś żyjemy święcie i niewinnie, pochodzi to z wybrania Bożego… I nie możemy zginąć, jeżeli jesteśmy wybrani. Żyjmy więc bezpiecznie, jak się podoba, bo niepodobna byśmy zginęli, skoro jesteśmy wybrani. Ponieważ ten wybór nastąpił nie ze względu na nasze zasługi, stąd pochodzi jedynie z miłosierdzia Bożego” (Commentarii in omnes Pauli Ap. Epistolas… In Epistolam Pauli ad Ephesios 1, 4 Genevae M.D.C., 348).

Kalwin rozwija w dalszym ciągu swoją naukę o przeznaczeniu jednych ludzi do nieba, a innych znowu do piekła. Tych ostatnich, według niego, Bóg pozytywnie odrzuca od uczestnictwa w chwale swojej, nawet przed przewidzeniem ich upadku. Takie twierdzenie jest już herezją, potępioną przez Sobór Trydencki, albowiem odmawia Bogu świętości, czyni go sprawcą grzechu, okrutnym i niesprawiedliwym, jak to obszernie wykazaliśmy w tomie trzecim. W każdym razie między protestantami a Kościołem katolickim można rozpocząć dialog na ten temat, przy dobrej woli można doprowadzić do zbliżenia i porozumienia.

Bóg w nieskończonym swym miłosierdziu orzeka zbawienie przeznaczonych i przygotowuje im środki, przy pomocy których na pewno je otrzymają, a z drugiej strony powołuje do zbawienia i odrzuconego, przygotowując mu środki dostateczne, aby je otrzymał. Atoli przewidując jego grzechy i ostateczną niepokutę, orzeka o jego odrzuceniu. A więc — według Kalwina — odrzuceni sami czynią się potępionymi, mimo że wola Boża przyznaje im niebo i wszystkie łaski potrzebne do jego osiągnięcia. „Bóg śmierci nie uczynił i nie weseli się w zatracenia żywych” (Mądr. 1, 13). Przeciwnie, stworzył niebo i powołuje wszystkich do niego, dając z miłosierdzia Swojego odpowiednie środki, żeby mogli wejść do niego.

Nauka o miłosierdziu Bożym innych odłamów protestantów mniej więcej pokrywa się z nauką Lutra i Kalwina. Jakkolwiek tedy jest odmienna od nauki katolickiej, przesadnie rozumiejąc ufność bez dobrych uczynków, jako dostateczne usposobienie do usprawiedliwienia, to jednak w założeniu swym ma pewne punkty styczne, które mogą posłużyć do porozumienia się.

Z powyższego wynika, że należyte wyjaśnienie nauki katolickiej o miłosierdziu Bożym, a tym bardziej ustanowienie uroczystości Najmiłosierniejszego Zbawiciela może przynajmniej otworzyć ku temu bramy.