Rozdział V

NAJMIŁOSIERNIEJSZY ZBAWICIEL W FORMACJI CHRZEŚCIJANINA

 

Pojęcie wychowania, jego celu, środków i metod w pedagogice współczesnej nie jest dokładnie ustalone, albowiem zależy ono od ogólnego poglądu na świat, a w szczególności od poglądu na naturę ludzką. Zmiana tego poglądu powoduje zmianę pedagogicznego ideału. W Średniowieczu wychowanie religijne polegało głównie na kulturze wewnętrznej ducha, z pewnym zaniedbaniem zewnętrznej kultury ciała. W czasie Odrodzenia razem z klasyczną formą starożytną do wychowania przenika powoli duch pogański bez jasnego pojęcia o celu życia, a tym samym i bez pojęcia o istotnym celu wychowania. Celem staje się tylko życie ziemskie, a wychowanie zajmuje się wyłącznie tylko sprawami odnoszącymi się do rzeczy doczesnych.

Wprawdzie Odrodzenie spowodowało pogłębienie teorii pedagogicznej, ale tylko w rzeczach odnoszących się do kultury zewnętrznej, z wielkim uszczerbkiem dla kultury ducha. Zaczyna się powoli zatracać duch chrześcijański, a sprzed oczu wychowawców znika istotny cel wychowania. Ten proces postępuje nadal nie tylko w krajach, w których czynniki decydujące hołdują skrajnemu materializmowi, ale i w innych, gdzie nie uważają już duszy za formę substancjalną ciała, lecz za fikcyjne podłoże psychofizycznych czynności.

Liczne kierunki wychowania współczesnego można sprowadzić zależnie od zapatrywania na naturę ludzką do trzech głównych. Jedni utrzymują, że natura ludzka jest idealnie dobra i chcieliby wyeliminować wpływ wychowawczy pokolenia starszego na młodsze. Jest to krańcowy indywidualizm. Drudzy, przeciwnie twierdzą, że natura pojedynczego człowieka nie jest dobra, ale dobrym jest społeczeństwo, które jedynie ma prawo do wychowania przyszłych swych członków; jest to socjologizm krańcowy. Inni wreszcie dowodzą, że tylko ciało stanowi naturę ludzką, zaprzeczając istnienia duszy nieśmiertelnej i przekreślając w wychowaniu wszelkie cele pozaziemskie i środki nadprzyrodzone; jest to krańcowy materializm.

Myśl chrześcijańska przeciwstawia się wszystkim wymienionym kierunkom pedagogicznym. Nie może zgodzić się z twierdzeniem, że obecnie natura ludzka jest idealnie dobra, gdyż temu przeczy doświadczenie i nauka o grzechu pierworodnym. Nie może również przyjąć poglądu, że ten grzech zepsuł naturę ludzką w jej istocie, a utrzymuje, że po grzechu pierworodnym powstała dysharmonia między władzami duszy i ciała i że należyte wychowanie i samowychowanie może tę harmonię przywrócić. Nauka chrześcijańska odrzuca najbardziej światopogląd materialistyczny, który nie uznaje istnienia Boga ani duszy nieśmiertelnej i poza ciałem nic w człowieku nie widzi, odmawiając mu nadprzyrodzonego przeznaczenia. Myśl chrześcijańska zawsze wróci do tego, co w niej jest rzeczą istotną, konieczną i niezmienną, — do swego związku z Bogiem — Najmiłosierniejszym Zbawicielem, który wskazał cel wychowania i podał środki do jego osiągnięcia.

Podkreślając różnicę istotną z wymienionymi kierunkami myśl chrześcijańska uznaje za swoje wszystkie rzetelne rezultaty badań naukowych, nie wykluczając odróżnienia tego, co jest prawdziwe, od tego, co jest z prawdą w rozdźwięku; to, co ważne od tego, co jest mniej ważne. Istnieją jednak pewne poglądy na człowieka, których zmienić nie można, które jako niezmienne prawdy objawione muszą utrzymać się w każdym procesie asymilacji nowych zdobyczy. Te poglądy ściśle się łączą z Osobą Najmiłosierniejszego Zbawiciela, którego wpływ wychowawczy postaram się wykazać w zagadnieniu celu wychowania, jego podmiotu i przedmiotu, oraz środków i metod wychowania chrześcijańskiego.

Nauka katolicka o wychowaniu podana została między innymi w encyklice Piusa XI „Rapprezentanti in terra” (31. XII. 1929), w której znajdujemy jasno sprecyzowany cel wychowania, pogląd na jego podmiot i przedmiot oraz środki i metody wychowawcze. Prawdy tam zawarte będą drogowskazem w pracy niniejszej, w której pominę wszystko, co jest wspólne w wychowaniu chrześcijańskim z innymi kierunkami, a ograniczę się tylko do tego, co jest właściwe wychowaniu chrześcijańskiemu. Niniejsze uwagi należy uzupełnić Deklaracją Soborową pt. „Olbrzymie znaczenie wychowania”, uchwaloną 28 października 1965 r.

 

  1. Cel wychowania chrześcijańskiego

 

Jeżeli w każdym ludzkim działaniu na pierwszy plan wybija się jego cel, to w czynności wychowawczej zagadnienie celu jest naczelne. Pojęcie celu wychowania zależy od tego lub innego poglądu na świat, a w szczególności od poglądu na naturę ludzką, która jest punktem wyjścia i jednym z najważniejszych czynników wychowania… „Człowiek musi wprzód wiedzieć, kim jest, a potem dopiero pojmie i zrozumie, co czynić powinien” (Foerster).

 

  1. Natura a osobowość człowieka

 

  1. a) Pojęcie natury ludzkiej

 

Według nauki katolickiej człowiek składa się z ciała i duszy nieśmiertelnej. Dusza jest substancją duchową, przez którą człowiek żyje, czuje i rozumie; stanowi ona formę substancjalną ciała. W człowieku rozróżniamy trojakie życie: roślinne, zwierzęce i duchowe. Podobnie jak roślina, człowiek odżywia się, wzrasta i rozmnaża; jak zwierzę — ma zmysły, którymi poznaje otaczające przedmioty i skłania się ku nim; ale jedynie człowiek tworzy umysłem pojęcia ogólne, poznaje przedmioty nadzmysłowe, a wola jego skłania się ku dobru duchowemu. Te trzy rodzaje życia jako zależne od jednej duszy przenikają się wzajemnie i podporządkowują według prawa biologicznego. Prawo to polega na tym, że życie w bycie złożonym może się utrzymać i rozwijać tylko wtedy, gdy pojedyncze jego pierwiastki hierarchicznie podporządkowują się pierwiastkowi najwyższemu. W człowieku tedy władze wegetatywne i zmysłowe muszą być podległe rozumowi i woli. W miarę zaś zakłócenia tej uległości życie zaczyna się rozpadać, następuje w nim rozdźwięk i powolne osłabienie całego systemu.

Natura człowieka wyższa (duchowa) skłania się ku odpowiedniemu dobru, ale nie ma władzy despotycznej nad naturą niższą (wegetatywno – zmysłową), która ma właściwe sobie dążenie ku właściwe mu jej dobru zmysłowemu. Ponieważ dobra jednej i drugiej natury nie zawsze są ze sobą zgodne a nieraz sprzeczne, przeto między dążnościami tych natur powstaje walka, jaką każdy człowiek w sobie odczuwa. Ta walka przybiera tym silniejszy charakter, że przez grzech pierworodny została zburzona w człowieku harmonia władz, która pierwotnie istniała w nim jako dar pozanaturalny. Zburzenie tej harmonii zwie się pożądliwością w ścisłym tego słowa znaczeniu lub zarzewiem grzechu i polega na skłonności władz zmysłowych do czynów sprzecznych z rozumem i uprzedzających jego działanie. Działanie pożądania zmysłowego nazywa się namiętnością, a działanie woli ku swojemu dobru — chceniem.

W walce między namiętnościami a chceniem, ideałem jest zharmonizowanie namiętności i chcenia a następnie chcenia z wolą Bożą, która prowadzi do szczęśliwości. Taką zharmonizowaną naturą był pierwszy człowiek w stanie niewinności na mocy łaski pozanaturalnej, którą utracił dla siebie i potomności przez grzech pierworodny. Teraz często się zdarza, że pod wpływem pożądania zmysłowego, sprzecznego z chceniem, rozum w swych funkcjach bywa zawieszony albo przynajmniej zaćmiony, a wola osłabiona i wówczas człowiek działa nierozumnie. A nawet przy świetle rozumu i wbrew jego praktycznej wskazówce — sumieniu, wola często daje się unieść namiętnościom.

Chociaż grzech pierworodny zburzył w człowieku harmonię władz, ale ich nie zniszczył. Gdyby je zniszczył, zniszczyłby sam siebie, gdyż jego podstawą jest natura rozumna; gdyby je zmniejszył co do istoty, pojęcie istoty dopuszczałoby stopniowanie, co jest rzeczą sprzeczną w sobie. Wszystkie tedy władze natury wyższej i niższej po zostały w istocie swej takie same po grzechu pierworodnym, jakimi były i przed grzechem, to jest w sobie nie złe, ale dobre: nie są więc złe ani wola, ani umysł, ani nawet namiętności czy też chcenia. Tylko między tymi władzami nie ma teraz należytej harmonii, równowagi i jedności działania. Cała natura ludzka i dzisiaj pozostaje dobra statycznie, tylko w jej dynamizmie nie ma zharmonizowania, które przy pomocy łaski Bożej można zaprowadzić przez wychowanie i samowychowanie chrześcijańskie. Tak pojęta natura ludzka (dusza i ciało) stanowi osobę człowieka.

 

  1. b) Co to jest osoba?

 

Według Boecjusza († 524) osoba jest to indywidualna substancja rozumna. Św. Tomasz przytaczając to określenie rozszerza je i uzupełnia wymieniając sześć czynników należących do pojęcia osoby. Osoba jest: 1) naturą, 2) substancjalną, czyli istniejącą sama przez się, samodzielnie i niezależnie od innych natur, np. człowiek. Następnie natura substancjalna winna być całkowita, czyli 3) kompletna we własnym rodzaju. Stąd osobą nie można nazwać duszy ludzkiej, która po rozłączeniu z ciałem istnieje sama przez się, ale nie jest już substancją kompletną w rodzaju swoim, ponieważ z natury swojej jest formą ciała i tylko łącznie z nim tworzy substancję kompletną. Nadto natura substancjalna i kompletna winna być 4) ujednostkowiona, czyli indywidualnie tą naturą kompletną, a nie naturą w sensie rodzajowym lub gatunkowym, np. ludzkość. Natura substancjalna, kompletna i ujednostkowiona, aby była osobą musi być naturą 5) rozumną, czyli ma posiadać zdolności umysłowe, np. koń nie jest osobą.

Szóstym czynnikiem należącym do pojęcia osoby jest akt 6) istnienia, dzięki któremu ta natura należeć będzie do porządku bytu, a przez to stanie się zamkniętą w sobie całością — niepodzielną jednostką. Tę ostatnią doskonałość natura otrzymuje od aktu istnienia substancjalnego, czyli subsystencji. Subsystencję, czyli doskonałość ostateczną znajdującą się w linii istnienia, gdy chodzi o naturę rozumną, nazywamy również osobowością, ponieważ ona sprawia, że natura o cechach wymienionych jest prawdziwie osobą, czyli istnieje w rzeczywistym porządku bytu przez się samodzielnie, to znaczy ma swoje świadome „ja” (S.T. q. 29, 1).

Powyższe określenie osoby Doktora Anielskiego jako pewnego rodzaju bytu, trzeba jeszcze uzupełnić w znaczeniu moralnym bytu jako podmiotu praw i obowiązków. W tym znaczeniu osoba obejmuje wszystkie cechy dodatnie i staje się ideałem życia. Człowiek z urodzenia jest osobą w znaczeniu pewnego rodzaju bytu, ale przez wychowanie i osobistą pracę życiową ma stać się osobą w znaczeniu moralnym — stać się osobowością pełnowartościową. W tym znaczeniu osobowość stała się głośnym hasłem etyki nowoczesnej, stała się celem wychowania jak również celem samowychowania.

Atoli, jeżeli nie uznamy w człowieku duszy nieśmiertelnej i rozumnej, nie możemy nawet mówić o osobowości człowieka, która ma być celem wychowania. Stąd w systemie materialistycznym widzimy sprzeczność w samym założeniu — dążenie do wychowania osobowości, która według tego systemu w rzeczywistości nie istnieje, bo według ideologii wyżej wymienionej dusza jest tylko fikcyjnym fundamentem psychofizycznych czynności. Czyż można na fikcji budować światopogląd, a tym bardziej, czy jest rzeczą możliwą dążyć do wychowania osobowości, która jest tylko fikcją?

Od pojęcia osobowości trzeba odróżnić indywidualność jako całość strukturalną człowieka, o ile ona jest odrębna od innych ludzi. Indywidualność ujawnia się w czasie i przestrzeni tylko jeden raz i nigdy więcej się nie powtórzy. Każdy człowiek jest indywidualnością, a osobowością staje się dopiero przez wychowanie i wysiłek wewnętrzny wychowanka, czyli przez proces własnego doskonalenia się. Osobowość człowieka rozwija się na podłożu kształtującego się charakteru i tkwi w pierwiastku czysto duchowym, z niego wynika i na nim się kończy. Charakter zaś jest zbiorem wszystkich dyspozycji człowieka, wrodzonych i nabytych, do działania jednolitego, konsekwentnego i etycznego.

Osobowość tedy nie może tkwić w czymś nieświadomym jak np. w instynktach, popędach czy żądzach, albowiem zaczyna scalenie niejako z góry, poczynając od charakteru, a nie z dołu, jak się dzieje w charakterze, zaczynającym się od ujarzmienia namiętności, a kończącym się na podporządkowaniu się osobowości. Temperament, jako usposobienie w kierunku wrażliwości i trwałości wrażeń, jest podłożem czysto fizjologicznym; indywidualność zaś, jako podłoże psychiczne, i charakter jako synteza czynników fizjologicznych i psychicznych, są pewnymi składnikami osobowości i zawierają się w niej jako konfiguracje, czyli specjalne ukształtowanie jej elementów.

Tak pojęta osobowość obejmuje wszystkie dodatnie cechy człowieka, wszystkie jego cnoty teologiczne, intelektualne i moralne. Taką osobowość mamy na myśli, gdy mówimy o osobie wychowawcy i wychowanków. Jest to ideał, który realnie urzeczywistnił się tylko w Chrystusie i Jego Niepokalanej Matce. Taka osobowość była celem, do którego dążyli wszyscy Święci i wielcy ludzie.

 

*

*   *

Z powyższego wynika, jak wielkie znaczenie w wychowaniu stanowi — Osoba Najmiłosierniejszego Odkupiciela i Jego Niepokalanej Matki. O tej Osobie mówi Apostoł: „On jest obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia. Albowiem w Nim wszystkie rzeczy zostały stworzone na niebie i na ziemi, widzialne i niewidzialne, czy to trony, czy państwa, księstwa, czy władze. Wszystko przez Niego i w Nim stworzone zostało, a on jest przed wszystkim i wszystko w nim trwa. On jest też głową ciała Kościoła, początkiem i pierworodnym z umarłych, aby sam ze wszystkich zachował pierwszeństwo. Bo spodobało się (Bogu), aby przebywała w Nim wszelka pełność oraz aby przezeń wszystko co jest na ziemi, czy co jest w niebiesiech w nim się pojednało, po nastaniu pokoju przez krew krzyża Jego” (Kol. 1, 15 – 20). Wszystkie wymienione wielkości Chrystusa jako Boga stały się wielkościami Jezusa jako człowieka — brata naszego, byśmy — synowie grzechu — przez Niego i w Nim dążyli do zharmonizowania swojej natury i wyrobienia na wzór Jego prawdziwej pełnowartościowej osobowości.

Podobną, chociaż drugorzędną rolę w wychowaniu i samowychowaniu chrześcijańskim, odgrywa osoba Niepokalanej Dziewicy Maryi. Wskutek tożsamości odczuć, pragnień, uczuć, jakie Chrystus wzbudza w Sercu Niepokalanej swej Matki, jest ona Matką naszą i wychowawczynią, której natura i osobowość jest dla Jej dzieci pociągającym wzorem.

 

  1. Harmonia wewnętrzna jako bliższy cel wychowania

 

W dzisiejszej pedagogice spostrzegamy rozbieżność celów: przeciwstawiają pedagogikę empiryczną religijnej i filozoficznej, indywidualistyczną — społecznej, a w tej ostatniej innym językiem odzywają się przedstawiciele ideałów klasowych, narodowych i państwowych. Dążność do przezwyciężenia rozbieżności zjawia się w pedagogice kultury, ale tylko pedagogika chrześcijańska wskazuje na jeden cel, który może być przyjęty przez wszystkich. Rozróżnia ona cel główny od celów podrzędnych, które były i muszą być zróżnicowane ze względu na rozmaite zadania poszczególnych ludzi. Ale cel główny organizujący i skupiający w sobie wszystkie działania człowieka, winien być jeden — dalszy i bliższy. Cel główny dalszy łączy się z celem życia wogóle, a cel główny bliższy — z celem życia człowieka. I kto nie ma jasnego poglądu na cel życia człowieka, nie może sobie wyrobić dokładnego pojęcia o głównym celu wychowania.

 

 

  1. a) Główny dalszy cel wychowania chrześcijańskiego

 

Wychowawca winien nasamprzód odpowiedzieć, w jakim celu człowiek żyje na świecie, a cel główny dalszy wyłoni się z celu życia, który stanowczo, jasno i pewnie określa religia katolicka. Pedagog chrześcijański, dla którego cel życia jest pewny, popełniałby błąd, gdyby jeszcze szukał celu wychowania. Dla niego kwestia celu wychowania posiada wartość o tyle, o ile każde zastanowienie się nad rzeczami wzniosłymi daje więcej polotu i entuzjazmu. Ma on pod tym względem wielką przewagę nad wychowawcami wykluczającymi religię, którzy wciąż pogrążeni są w wątpliwościach i kłócą się o cel wychowania, nie zastanawiając się, po co właściwie człowiek żyje na świecie.

Wychowawca chrześcijański winien stawiać Boga miłosiernego za centrum, koło którego wszystko się obraca. On jest pierwszą przyczyną sprawczą całego świata i do Niego, jako ostatecznego końca i najgłówniejszego celu, wszystko ma zmierzać. Cały wszechświat, obejmujący naturę martwą, rośliny i zwierzęta, zmierza do tego celu nieświadomie, ulegając odwiecznym prawom Stwórcy. Człowiek zaś, jako istota rozumna, winien zmierzać świadomie do Boga, jako do najwyższego Dobra, Prawdy i Piękna, mogącego zaspokoić wszystkie pożądania i chcenia natury wyższej człowieka, a tym samym uszczęśliwić go.

Szczęście tedy człowieka, nie chwilowe i przemijające, ale trwałe i wieczne, jest drugim celem życia. Cel ten znajduje się w pierwszym jako skutek w przyczynie. „A to jest życie wieczne, aby poznali Ciebie jedynego Boga prawdziwego i tego, któregoś posłał, Jezusa Chrystusa” (J. 17, 3). Ponieważ ze wszystkich doskonałości Boga najłatwiej — jak widzieliśmy — można poznać Jego miłosierdzie, przeto uroczystość Miłosierdzia Bożego, czyli Najmiłosierniejszego Zbawiciela, może wybitnie przyczynić się do poznania i do przypominania rokrocznie głównego celu życia człowieka, jakim jest chwała Boża i szczęśliwość wieczna ludzi, a tym samym i do uświadomienia sobie głównego celu dalszego wychowania chrześcijańskiego. Zresztą o celu życia i wychowaniu mówiliśmy już obszernie na początku niniejszej pracy.

 

  1. b) Cel bliższy wychowania chrześcijańskiego

 

Oprócz celu dalszego, jest jeszcze cel bliższy wychowania chrześcijańskiego, będący środkiem do osiągnięcia tamtego. Cel bliższy, jako prowadzący do celu dalszego, ma być głównym przedmiotem zabiegów wychowawcy i najważniejszą jego troską. Jest nim harmonia wewnętrzna między władzami cielesnymi i duchowymi człowieka.

Jak już poznaliśmy, człowiek jest substancją zupełną, złożoną z duszy rozumnej jako formy substancjalnej i ciała jako materii pierwszej, będącej pierwszym podmiotem wszelkiej substancji cielesnej. Całość tak złożona stanowi jedną istotę ludzką, w której dusza i ciało łączą się ze sobą nie przypadkowo, ale istotnie. A więc pełne bytowanie przysługuje nie samej tylko duszy, lecz całemu człowiekowi, jako osobie. Stąd wynika, że dusza sama w sobie jest osobowością niezupełną, zdolną wprawdzie do istnienia bez ciała, ale niemogącą poznawać i rozwijać się bez niego. Stan rozłączenia duszy z ciałem jest pod pewnym względem nienaturalny, a zmartwychwstanie jest do pewnego stopnia naturalne ze strony przedmiotu, a tylko ze strony przyczyny sprawczej nadnaturalne, albowiem stanem naturalnym duszy jest zjednoczenie z ciałem, gdyż razem stanowią osobę człowieka.

Wychodząc z założenia, że grzech pierworodny nie skaził natury ludzkiej w jej istocie, trzeba uznać, że wszystkie władze duchowe i cielesne, a więc chcenia i namiętności są dobre i nie trzeba ich wykorzeniać, gdyż są one potrzebne i nawet konieczne do osiągnięcia swego celu dalszego. Nawet niezharmonizowane namiętności są dla nas pożyteczne, bo dostarczają okazji do zdobycia wielu zasług w ich opanowaniu. Zresztą wykorzenienie namiętności jest rzeczą niemożliwą, gdyż byłoby to zniszczeniem samej natury. Trzeba je tylko opanować.

Ideałem tedy nie jest stan zupełnego znieczulenia, jak do tego dążyli stoicy i asceza średniowiecza, lecz uzdrowienie ciała i duszy, polegające na zharmonizowaniu namiętności z chceniami, czyli panowanie nad tamtymi. Ale powstaje pytanie, czy w tym życiu doczesnym można tak zharmonizować naturę cielesną z duchową, by poruszenie cielesne całkowicie ulegało rozumowi ludzkiemu? Ponieważ przyczyną buntu namiętności jest podnieta grzechowa, która się zmniejsza pod wpływem łaski, a najbardziej przez przyjmowanie Komunii św. i praktykowanie cnoty, przeto ze zmniejszeniem przyczyny zmniejsza się i skutek, czyli że z czasem może nastąpić doskonała harmonia w naturze ludzkiej, jaka była w naturze Najmiłosierniejszego Zbawiciela i Najświętszej Maryi Panny jak i u licznych Świętych.

Nadto właściwością każdej cnoty jest udoskonalić władze, przy pomocy których te cnoty bywają wykonywane. Ponieważ cnoty bywają wykonywane tak za pomocą umysłu i woli, jak i za pomocą władz zmysłowych, stąd rozum i wola stają się coraz zdolniejsze do panowania nad namiętnościami, a namiętności — do ulegania rozumowi i woli. Gdy tedy wszystkie cnoty moralne przez liczne czyny heroiczne tak się udoskonalą, że dojdą do najwyższego stopnia, namiętności również się uporządkują i będą całkowicie ulegać rozumowi i woli.

Wreszcie doświadczenie wskazuje, że można osiągnąć doskonałe panowanie nad namiętnościami. Pomijając żywoty świętych, w których czytamy o heroicznych cnotach moralnych wielu sług Bożych, możemy i dziś spotkać osoby, które osiągnęły całkowite panowanie nad namiętnościami. Nie osiągnęły one tego od razu, chyba tylko niektóre za szczególniejszą łaską Bożą, lecz przez liczne praktyki i ćwiczenia się w rozmaitych cnotach pod kierunkiem doświadczonych kierowników.

Trzeba nadmienić, że panowanie nad namiętnościami nie jest tym samym, co umartwienie, lecz różni się od niego, jako cel od drogi doń prowadzącej; nie jest również stoicką apatią, to jest nieposiadaniem namiętności, czyli czymś przeciwnym naturze ludzkiej, a więc czymś nieosiągalnym; nie jest również osobną cnotą, lecz pewną własnością wszystkich cnót, jakby ich nieodłącznym towarzyszem. Każda bowiem cnota udoskonala pewną władzę, skierowując ją do czynów właściwych, a odwraca od niewłaściwych, a przez to samo jest pewną potęgą — mocą przeciwko namiętnościom. Doskonałe panowanie nad wszystkimi namiętnościami nie jest pierwszą sprawiedliwością prarodziców, która polegała nie tylko na harmonii wewnętrznej, ale przede wszystkim na zasobie sił nadprzyrodzonych, a harmonia wewnętrzna była tylko ich wypływem.

Adam wprawdzie posiadał namiętności przed upadkiem, ale nie w tej liczbie, co my, i nie objawiały się one w ten sposób. Nie było namiętności suponujących istnienie zła moralnego i dlatego nie mogły doprowadzić człowieka do żadnego grzechu. A jeżeli Adam zgrzeszył, to nie pod wpływem namiętności zmysłowych, ale na skutek pychy, chęci zrównania się z Bogiem, zjedzenie zaś owocu zakazanego było już tylko skutkiem i zewnętrznym objawem tego grzechu.

Głównym celem dalszym wychowania chrześcijańskiego winna być chwała Boża i szczęśliwość wieczna po śmierci, a bliższym celem osiągalnym jeszcze na ziemi — zharmonizowanie wszystkich władz człowieka. Stąd wychowanie można określić jako dążność do wewnętrznego zharmonizowania wszystkich władz i zmysłów, czyli — mówiąc językiem współczesnym — do wyrobienia charakteru moralnego niezbędnego do uformowania pełnowartościowej osobowości chrześcijanina.

 

*

*   *

Chrystus Pan i Najświętsza Maryja Panna, wolni od grzechu pierworodnego, mieli namiętności całkowicie zharmonizowane i uporządkowane: nigdy nie powstawały one przeciwko rozumowi i woli, która zawsze poddawała się woli Ojca Niebieskiego: „Nie jako ja chcę, ale jako Ty” (Mt. 26, 39). Chrystus Pan kochał, cieszył się i gniewał, smucił się i lękał przed męką, ale zawsze zgodnie z rozumem i wolą Ojca. Maryja również zawsze powtarzała: „Niech mi się stanie według słowa Twego” (Łk. 1, 38). To jest dla nas ideałem, do którego dążyć mamy przez wychowanie i samowychowanie.

 

  1. Na czym polega harmonia wewnętrzna?

 

Stan równowagi wewnętrznej, zwany dzisiaj charakterem moralnym, winien być celem bliższym wychowania chrześcijańskiego, a polega na następujących objawach.

 

  1. a) Objawy harmonii wewnętrznej

 

Człowiek posiadający harmonię wewnętrzną nigdy dobrowolnie nie zezwala na żadne nieporządne poruszenie namiętności pociągającej do grzechu, innymi słowami nie ma upodobania dobrowolnego nie tylko do grzechu, do którego namiętność pociąga, ale nawet w samym nieporządnym poruszeniu namiętności. Pod wpływem dobrowolnego zezwolenia na poruszenie namiętności nie dopuszcza się żadnego czynu grzesznego, do którego ona pobudza. Nie popełnia żadnego dobrowolnego niedbalstwa w ujarzmieniu namiętności spostrzeżonych, powstających wbrew rozumowi.

W człowieku zharmonizowanym wewnętrznie nie powstają — przynajmniej często — nawet niedobrowolne namiętności, gwałtownie go niepokojące; mniej zaś gwałtowne — jeżeli powstają — to bardzo rzadko i krótko tak, że człowiek jak gdyby ich nie odczuwa. Trzeba zaznaczyć, że nie chodzi tu o apatię stoicką, lecz o spokój ducha polegający na wewnętrznej równowadze, wypływającej z opanowania namiętności.

Jeżeli ktoś niegdyś był może napastowany przez namiętności, często na nie zezwalał i był przez to doprowadzony do grzechu — obecnie już nie jest przez nie napastowany i to tak, że się one nawet w nim nie budzą przed działaniem rozumu i woli. Owszem odczuwa nawet poruszenia przeciwne i to bardzo silne. Jakkolwiek bowiem te poruszenia przeciwne nie wypływają z opanowania namiętności, lecz z odpowiednich cnót moralnych, opanowanie namiętności sprzyja im, gdyż usuwa przeszkodę do tego, by te cnoty objawiały się w czynach.

Panujący nad namiętnościami nie wzrusza się przy tej okazji, przy której przedtem ulegał tym wzruszeniom, a tylko na żądanie rozumu potrafi się wzruszyć dobrowolnie. Inaczej mówiąc jeden i ten sam przedmiot w inny sposób niż dawniej oddziałuje na człowieka doskonale panującego nad namiętnościami, np.: jeżeli przedtem ulegał smutkowi z powodu śmierci drogiej osoby, to teraz znosi podobną stratę spokojnie. Chociaż bowiem namiętności w równym stopniu z natury swej zależne są od jednostajnych motywów, jakie im nasuwa wyobraźnia lub zmysły, rozum i wola mogą spowodować osłabienie, względnie spotęgować namiętności przy ich dążeniu ku temu samemu przedmiotowi, a nawet dążenie to zupełnie zawiesić.

Ci, którzy mają namiętności opanowane, gdy się im przedstawi dobro lub zło, natychmiast bez najmniejszej zwłoki, jeszcze przed użyciem rozumu i woli odczuwają obrzydzenie do zła, a pewien pociąg ku dobru. Tak postępuje doskonały artysta, dla którego własna czynność jest do tego stopnia łatwa, że się nad nią nawet nie namyśla.

Panowanie nad namiętnościami można doprowadzić do takiego stopnia, że na rozkaz rozumu i woli powstają ich poruszenia pożądane i potrzebne, skierowując się na odpowiedni dobry przedmiot, a potem również pod wpływem rozumu i woli uspokajają się zupełnie, pozostawiając człowieka w tym stanie, w jakim był przed ich powstaniem. Wyrobiony pod tym względem charakter zawsze pozostaje w dobrym humorze, zawsze dobrze usposobiony względem otoczenia.

Harmonia wewnętrzna uzewnętrznia się nawet w układzie członków ciała, które pod wpływem rozumu i zgodnie z wolą Bożą w swoich funkcjach rządzą się przepisami skromności. W takim człowieku nie zauważymy żadnego nieprzystojnego ruchu lub gestu, obrażającego obecnych. Przeciwnie, patrząc na niego, można się tylko budować i cieszyć, gdyż wszystkie jego czynności zewnętrzne harmonizują z myślą i uczuciami, ożywionymi wiarą nadprzyrodzoną, zgodnie ze słowami Pisma św.: „Serce moje i ciało moje rozweseliły się w Bogu moim” (Ps. 83, 3). Nawet członki zmęczone pracą lub czuwaniem układają się zgodnie ze wskazówką rozumu i nie sprzeciwiają się np. ćwiczeniom pobożnym.

Przez panowanie nad namiętnościami uporządkowują się wszystkie zmysły i regulują ich czynności. Staje się to w ten sposób, że zmysły w swych czynnościach nie skłaniają się nigdy przeciw rozumowi i woli, a jeżeli się przypadkiem zetkną z przedmiotem przeciwnym rozumowi, natychmiast od niego się odwracają, nie lgną nadmiernie do bodźców na nie działających, a lgną pod wpływem woli do tych przedmiotów, do których przedtem miały wstręt i obrzydzenie, odczuwając nawet pozytywną skłonność do cierpień nie mniejszą, a czasem większą niż przedtem odczuwały do rzeczy sprawiających rozkosz.

 

  1. b) W jaki sposób dokonywa się harmonia wewnętrzna?

 

Uregulowanie czynności zmysłowych przez panowanie nad namiętnościami dzieje się albo bezpośrednio przez łaskę Bożą, odwracającą zmysły od przedmiotów, albo za pośrednictwem cnót nabytych i wlanych, pobudzając do ich praktykowania. Ci, którzy zapanowali nad namiętnościami, nie odczuwają żadnego poruszenia zmysłowego (słysząc np. na ulicy lubieżne śpiewy), a przeciwnie w tejże chwili pobudzają się do aktów miłości względem Boga i obrzydzenia do grzechu.

Ponieważ przedmiotem naszych namiętności jest zawsze jakaś rzecz podpadająca pod zmysły, przeto powstaje pytanie, w jaki sposób człowiek panujący nad namiętnościami może być skierowany ku temu, co się podoba Bogu, czyli ku cnotom, które mają za przedmiot rzeczy duchowe, nie zmysłowe? Żadna bowiem władza nie przekracza sił swoich i nie może dotyczyć nie swojego przedmiotu. Otóż, chociaż z natury swojej obracają się około przedmiotów zmysłowych, to jednak mogą pod wpływem rozumu i woli obracać się około przedmiotów duchowych, gdyż w tym wypadku zostają jak gdyby podniesione do rzeczy duchowych. Nadto liczne czyny cnót, nawet nadprzyrodzonych i wlanych, są zmysłowe (np. ofiary, pielgrzymki, posty, zewnętrzne pokuty, klękania itp.); koło nich tedy mogą obracać się i namiętności, nakłaniając człowieka do ich praktykowania silniej, niż do przedmiotów obojętnych.

Ponieważ panowanie nad namiętnościami powoduje łatwiejsze wykonywanie cnót moralnych nabytych i nadto przez samo panowanie ujarzmia się poruszenie przeciwne, stąd nie tylko same cnoty, lecz także samo panowanie nad namiętnościami wywołują silną skłonność aktualną ku dobru, co sprawia, że człowiek nie odczuwa takiego sprzeciwu poruszeń natury niższej, jaki istnieje u ludzi nieopanowanych.

Pod wpływem harmonii wewnętrznej rozum zażywa wielkiego spokoju w swoich czynnościach i dlatego więcej na nie uważa, wzmacniając i powiększając wydajność pracy. Przez to opanowanie namiętności leczy się jedna z tak zwanych ran, pozostawionych w naturze ludzkiej przez grzech pierworodny, a mianowicie — rana niewiedzy— vulnus ignorantiae.

Nadto panowanie nad namiętnościami wzmacnia również wolę tak, że ona nawet ubocznie nie jest przez nie skierowywana na przedmiot przeciwny rozumowi. Ponieważ namiętność wywiera swój wpływ na wolę — wprawdzie nie wprost, ale ubocznie przeto przez panowanie nad poruszeniami natury niższej leczy się rana woli zwana raną złości — vulnus malitiae, przez którą wola pozbawia się skłonności ku dobru.

Wreszcie grzech pierworodny pozostawił w naturze ludzkiej (nawet po zgładzeniu go na chrzcie św.) ranę słabości — vulnus infirmitatis i ranę pożądliwości — vulnus concupiscentiae, które niepomiernie pchają do rzeczy zmysłowych i utrudniają reagowanie na przeszkody do cnoty. Otóż panowanie nad namiętnościami powoli leczy i te rany tak, że cała natura ludzka zwolna pozbywa się skutków upadku naszych prarodziców (S.T. I – II, q. 85, a. 3, c.).

Panowanie nad namiętnościami doprowadza do wielkiej doskonałości w modlitwie. Dzieje się to w sposób podwójny: albo wzmacniając uwagę a usuwając rozproszenie, udoskonala cnoty moralne, albo przez cnotę czystości, pod wpływem której światło rozumu staje się jaśniejsze. Nadto panowanie nad namiętnościami prowadzi do aktualnego połączenia umysłu naszego z Bogiem w czynnościach, które z natury swej są bardzo rozpraszające. Dlatego ludzie zharmonizowani przy największym nawale spraw mają umysł swój złączony z Bogiem aktualną o Nim pamięcią i częstymi aktami gorącej miłości. Oprócz tego zharmonizowani wewnętrznie powoli usposabiają się do wyższej modlitwy uczuciowej, odpocznienia, zjednoczenia i nawet duchowych zaślubin, o których była mowa w tomie III.

Wymienione objawy panowania nad namiętnościami dotyczą wypadków zwyczajnych, lecz mogą jeszcze zaistnieć objawy nadzwyczajne. Może się mianowicie zdarzyć, że osoby zaawansowane w panowaniu nad namiętnościami doznają bardzo gwałtownych pokus nieczystych, nieraz silniejszych i gwałtowniejszych, niż to się zdarza u ludzi mniej wyrobionych. Wprawdzie nie zawsze, ale czasami pokusy te i ich opanowanie mogą świadczyć o doskonałym zwycięstwie nad namiętnościami. Bóg bowiem nieraz doświadcza dusze sobie miłe i drogie przeprowadzając je przez rozmaite próby, jak czytamy o tym w żywotach Świętych. W tym wypadku nie trzeba się trwoży i smucić, lecz umacniać się w wierze, obudzać ufność w miłosierdzie Boże i upokorzyć się głęboko przed Panem, wymawiając choćby jeden akt strzelisty: „Jezu, ufam Tobie!” lub: „Okaż mi, Panie, miłosierdzie swoje”, a natychmiast powróci równowaga ducha.

*

*   *

Jak Chrystus uspokoił burzę na morzu, tak uspokaja burzę najbardziej gwałtownych namiętności. On darzy i dzisiaj ufających sobie łaskami szczególniejszymi, przy pomocy których namiętności stają się rumakami ujarzmionymi, unoszącymi nas w kierunku wskazanym przez rozum oświecony wiarą pod rządem woli wzmocnionej łaską. On, jako człowiek, posiadał również namiętności: on bał się, smucił i drżał przed męką, on się gniewał i oburzał na sprzedających w świątyni, on nawet płakał nad losem swej Ojczyzny, ale wszystkie te namiętności powstawały u niego zgodnie z rozumem i wolą, która ulegała zawsze woli Ojca. W mocy Najmiłosierniejszego Zbawiciela jest i nam pomóc w zharmonizowaniu naszej natury, ilekroć tylko zwrócimy się do niego z ufnością.

 

  1. Podmiot i przedmiot wychowania

 

W każdej czynności rozróżniamy podmiot ją sprawujący i przedmiot, na który ona przechodzi. W wychowaniu podmiotem jest wychowawca, przedmiotem zaś — wychowanek lub ich grupa. Wychowanie chrześcijańskie, jako dążność do wewnętrznego zharmonizowania władz człowieka, zależy w dużej mierze od wychowawcy — podmiotu wychowania, ale nie mniejszą rolę odgrywa i wychowanek, jako przedmiot wychowania, który powoli staje się podmiotem, a wychowanie przekształca się w samowychowanie. Poznajmy teraz zadanie wychowawcy i wychowanka w wychowaniu chrześcijańskim oraz rolę, jaką winien w nim odegrać Najmiłosierniejszy Zbawiciel.

 

  1. Osoba wychowawcy

 

Według wspomnianej encykliki Piusa XI, wychowanie jest funkcją społeczną, przysługującą rodzinie, Kościołowi i państwu, ale każdej z tych trzech społeczności przysługuje z innego tytułu, gdyż dla każdej z nich wypływa z odmiennych źródeł. Komentarzem do tej myśli encykliki mogą być dwa dzieła św. Tomasza z Akwinu: Summa Teologiczna (I, q. 117, 1) i Quaestiones Disputatae (q. 11, a. 1). Spotykamy tam zdanie, że w ścisłym znaczeniu wychowawcą należałoby nazwać tylko Boga — Najmiłosierniejszego Zbawiciela, gdyż tylko on stwarza siły duchowe, przez które człowiek się rozwija i wychowuje. Tylko on oddziałuje i oddziaływać potrafi na duszę ludzką od wewnątrz i doprowadzić może do samowychowania człowieka, a przez to do wyrobienia pełnowartościowej osobowości.

 

  1. a) Wychowawcy z prawa natury

 

Wychowanie ściśle się łączy z faktem zrodzenia, a ten z aktem stwórczym Boga. Filozofia chrześcijańska dostrzega w zachowaniu świata przez Boga ciągłość jego stwórczego czynu. W nieprzerwanym strumieniu ludzkiego życia na ziemi fakt rodzenia potomstwa idzie od rodziców, a od Boga idzie powoływanie do bytu coraz to nowej ludzkiej duszy i zachowanie wszechświata. Jeżeli w znaczeniu ścisłym wychowawcą należy nazwać tylko Boga, to w znaczeniu analogicznym prawo do wychowania posiadają w pierwszym rzędzie rodzice, gdyż oni dali potomstwu podłoże pod twórczą moc Najwyższego. Kto zrodził według ciała, ma prawo do dalszego rodzenia według ducha, albowiem każde wychowanie jako twórcza praca jest dalszym rodzeniem. Jak tylko Bóg potrafi oddziaływać na człowieka od wewnątrz, tak nikt poza nim nie jest zdolny tak głęboko sięgnąć w duszę dziecka jak rodzice i dlatego nikt poza Bogiem nie ma tak silnego naturalnego prawa do wychowania dziecka jak jego rodzice.

Dlatego Pius XI we wspomnianej encyklice mówi: „Normalnie najskuteczniejsze i najtrwalsze jest to wychowanie, które się otrzymuje w dobrze urządzonej i karnej rodzinie chrześcijańskiej, tym bardziej skuteczne, im jaśniej i trwalej przyświeca tam dobry przykład przede wszystkim rodziców i domowników”. W ognisku życia rodzinnego, w jego niepisanym a jasnym prawie kształci się społecznie, indywidualnie i moralnie rozwijający się człowiek. Od ojca i matki otrzymuje on swoją naturę, wsiąkają tam weń obyczaje i sądy o rzeczach otaczających, budzi się miłość do środowiska oddziaływującego nań nieświadomie.

Troska o potrzeby rodziny pobudza jej członków do pilności, oszczędności i pracy, do zachowania dóbr dziedzicznych i powiększenia ich dla przyszłych pokoleń. Rodzina przechowuje duchowy dorobek ludzi. Religia, moralność, patriotyzm i zwyczaje nie znikają ze śmiercią rodziców, lecz przechodzą na dzieci, wśród nich się rozwijają i żyją, by przeniknąć potem do pokoleń następnych. W rodzinie przechowuje się nauka i najniezbędniejsze do życia wiadomości, zaczerpnięte z doświadczenia przodków. Nadto rodzina jest bodźcem postępu, który polega na urzeczywistnieniu wzniosłych ideałów sprawiedliwości, miłości, równości i braterstwa. Te zaś ideały wypływają z rodziny, w niej się przechowują i w niej się najprzód realizują. Do szczytu postępu ludzkość dojdzie wówczas, jeżeli wszystkie narody utworzą jedną wielką rodzinę, wychowaną na podstawie sprawiedliwości, miłości, braterstwa i równości.

Wreszcie rodzina jest szkołą życia. Od rodziców dziecko uczy się mowy, poznaje co to jest starszeństwo, równość, miłość, porządek i praca. Tu się formują pierwsze pojęcia religijne i moralne, tu powstaje szacunek dla przełożonych i starszych, posłuch dla ich poleceń oraz przywiązanie do wszystkiego, co jest ojczyste. I jeżeli dzieci wychowują się bez rodziców albo przez niedobrych rodziców, charakter ich przeważnie bywa spaczony, stają się dziwakami, zakłócającymi spokój sobie i otoczeniu. Najlepszy zakład wychowawczy nie zastąpi przeciętnej rodziny i o tyle spełni swoje zadanie, o ile się zbliży w swym systemie wychowawczym do wychowania rodzinnego.

Atoli rodzina jest społecznością niedoskonałą, gdyż nie ma w sobie wszystkich środków do swego pełnego rozwoju. Uzupełnia ją w sprawach nadprzyrodzonych i wiecznych Kościół, a w przyrodzonych i doczesnych państwo. Prawo Kościoła do wychowania opiera się na tej samej podstawie, co prawo rodzicielskie. Jeżeli bowiem razem z Bogiem rodzice dają dziecku życie naturalne, to znowu w związku z Bogiem — Najmiłosierniejszym Zbawicielem, Kościół, jako Jego Ciało Mistyczne, daje ludziom życie nadprzyrodzone. W duszę dziecka przez chrzest św. wchodzi jak gdyby inna jeszcze dusza, która jako łaska uświęcająca staje się źródłem życia nadprzyrodzonego. Nowa rzeczywistość wchodzi w rzeczywistość dawną, rzeczywistość nadprzyrodzona Boga — w rzeczywistość ludzką. Zrodziwszy człowieka do nowego życia, Kościół dalej to życie rozwija przez akcję wychowawczą.

Jak rodzicom tak i Kościołowi Zbawiciel przekazuje prawo wychowania: „Idąc tedy nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Św., nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem” (Mt. 28, 19 i 20). Pius XI we wspomnianej encyklice rozwijając te słowa podkreśla, iż one odnoszą się nie tylko do nauczania, lecz i do wychowania. „Kościół — mówi Pius XI — jak w swoim powstaniu, tak i w wykonywaniu swojego wychowawczego posłannictwa, jest niezależny od jakiejkolwiek władzy ziemskiej i to nie tylko w zakresie własnego przedmiotu, lecz i co do środków koniecznych i odpowiednich do wypełnienia swojej wychowawczej misji… ma prawo sądzenia, czy i o ile mogą one być dla chrześcijańskiego wychowania pożyteczne lub szkodliwe, …gdyż wszelkie nauczanie jest w koniecznym stosunku do ostatecznego celu człowieka i dlatego nie może się wyłamywać spod norm prawa Bożego. Nawet wychowania fizycznego nie można uważać za obce macierzyńskiemu nauczaniu Kościoła, gdyż i ono jest środkiem, który może pomagać lub szkodzić chrześcijańskiemu wychowaniu”. Wychowawcze posłannictwo jest tedy w pierwszym rzędzie rzeczą rodziny i Kościoła.

Państwo ma również prawo do wychowania od Stwórcy natury, ale nie z tytułu ojcostwa, jak rodzina i Kościół, lecz przez autorytet w celu popierania ogólnego dobra doczesnego. Dobro ogólne polega na pokoju i bezpieczeństwie rodzin i pojedynczych obywateli. Stąd zadaniem państwa jest ochraniać i popierać rodzinę, ochraniać wcześniejsze jej prawa do wychowania oraz szanować prawa Kościoła do chrześcijańskiego wychowania. Również zadaniem państwa jest ochraniać prawa dziecka, jeśli ono nie ma rodziców albo też ze strony ich nie ma należytej opieki wskutek niezdolności lub niegodności.

Kościół tedy i państwo, jako społeczności doskonałe, uzupełniają rodzinę i mają w tym względzie zakreślone granice. Każda działa na mocy własnego prawa i między tymi dwoma społecznościami winna zachodzić harmonia: zadaniem jednej jest pomyślność doczesna, a drugiej — wieczna. „Oddajcie tedy, co jest cesarskiego cesarzowi, a co jest Bożego Bogu” (Mk 12, 17). Cokolwiek tedy odnosi się do zbawienia i czci Boga, wchodzi w zakres władzy Kościoła, a reszta słusznie podlega władzy cywilnej. „Ci, co powiadają, że nauka Chrystusa jest wroga państwu, niechże dadzą takich żołnierzy, jakimi każe im być Kościół, niech dadzą takich poddanych, takich małżonków, takie żony, takich rodziców, takich synów, takich sędziów, takich wreszcie urzędników skarbowych i płatników, jakimi nakazuje być chrześcijańska nauka, a wtedy niech sobie mówią, że ona jest wroga państwu, …przeciwnie niech się nie zawahają nazwać ją silną ostoją państwa”. (Encyklika o wychowaniu).

  

  1. b) Wychowawcy z prawa pozytywnego

 

Jakkolwiek Kościół i państwo są społecznościami doskonałymi, nie mogą bezpośrednio prowadzić sprawy wychowania w całej rozciągłości i zwykle wyręczają się odpowiednimi wychowawcami. Do osoby wychowawcy wszyscy przywiązują wielką wagę, a szczególniejszego znaczenia nabrała ona w wychowaniu chrześcijańskim. Tu dla wychowania Apostołów Bóg zsyła Syna swojego, który stał się właściwym wychowawcą wszystkich ludzi, dążących do celu życia i bliższego celu wychowania. Tę czynność spełnia on przez swoich zastępców, którzy mają pełnić obowiązki ojca i lekarza, dlatego muszą posiadać te cechy, jakimi się odznacza dobry ojciec i dobry lekarz.

W każdym wychowaniu mają panować stosunki rodzinne oparte na wzajemnej miłości między wychowawcą i wychowankiem, na wzajemnej ufności i odpowiednim szacunku. Dla zadzierżgnięcia i zachowania tego rodzinnego szacunku ze strony wychowawcy potrzeba następujących przymiotów: świętej radości i wesołości płynącej z prawdziwej miłości, sprawiedliwości w strofowaniu i ocenie postępu, lojalności bez kierowania się bocznymi względami, entuzjazmu czyli szlachetnego zapału, sugestywności jako zdolności bezpośredniego wszczepiania w duszach przekonań i nastrojów, kontaktowności albo umiejętności obcowania towarzyskiego, łagodności i cierpliwości w znoszeniu różnych przykrości, uczynności i cichości, jaką się odznaczał Zbawiciel, o którym mówił Prorok: „Trzciny nadłamanej nie skruszy, a lnu kurzącego się nie zagasi” (Iz. 42, 3)…

Wymienione cechy wychowawcy stanowią klucz naturalny do zdobycia zaufania młodzieży i skutecznego na nią oddziaływania jako Ojca. Wychowawca zaś jako lekarz winien odznaczać się odpowiednim doświadczeniem, dyskrecją, poznaniem swych wychowanków i zapobiegliwością, a przede wszystkim winien dawać dobry przykład, jak mówi przysłowie: „Słowa uczą, a dopiero przykład pociąga”. Do wychowawcy nadto należy pomoc wychowankom w wartościowaniu dóbr, poddawaniu odpowiednich motywów, wskazywanie ideałów, wdrążanie do ich urzeczywistnienia oraz kontrola i ocena postępów.

W tych czynnościach wychowawca oddziaływa na duszę wychowanków tylko od zewnątrz, jak lekarz na chorego. W prawdziwym wychowaniu należy oddziaływać od wewnątrz przez budzenie i rozwój sił duchowych, by wychowanie przekształciło się powoli w samowychowanie. Tu wychowawca bierze udział w czynnościach Boga, który oddziaływa od wewnątrz, przez akt wszechmocnej pramiłości i pramiłosierdzia, jak się wyraża Pius XII. Wychowawca winien to sobie dobrze uświadamiać i współpracować z Bogiem — Najmiłosierniejszym Zbawicielem. Poznanie i częste przypominanie tej czynności wychowawczej Najwyższego nie tylko ułatwia wychowawcy jego pracę, ale jest koniecznym warunkiem dobrego wychowania chrześcijańskiego.

 

*

*   *

Idea o immanencji Boga, że On jest w nas, chociaż równocześnie poza i nad nami, należy do istotnych składników światopoglądu chrześcijańskiego. Idea ta wywołuje w nas dreszcz lęku i radości: lęku wobec bliskości Nieskończonego i radości na widok dopływu żywych sił przez przedłużony Boży czyn stworzenia, a szczególnie przez czyn Najmiłosierniejszego Zbawiciela, który nie skarcił Piotra za zaparcie się, Tomasza za niewiarę, nie potępił cudzołożnicy, przebaczył jawnogrzesznicy, zamilczał, gdy uczniowie posnęli, łagodnie upomniał, gdy chcieli sprowadzić ogień na miasto, stawiał Ojca przebaczającego synowi marnotrawnemu za wzór dla wychowawców w ich stosunku do niesfornych wychowanków.

 

  1. Osoba wychowanka

 

Harmonia wewnętrzna jako cel wychowania nie może być narzucona wychowankowi z zewnątrz, lecz ma się dokonać wewnątrz — przy udziale samego wychowanka. Dlatego jego osoba przy wychowaniu ma bardzo wielkie znaczenie. Jest on bowiem nie tylko przedmiotem oddziaływania wychowawczego, lecz powoli staje się podmiotem, który przy pomocy łaski Bożej ma czynnie kształtować swoją osobowość. Przyjmując możliwość zaprowadzenia harmonii wewnętrznej u wszystkich ludzi, nie można wątpić w dodatnie oddziaływanie na wychowanka; ale nie wszyscy mogą dojść w ten sam sposób do jednakowych wyników. Dlatego wychowanków należy traktować indywidualnie, w zależności od ich wieku, typu osobowości, płci i rozwoju psychicznego, o czym mówi ogólna pedagogika wychowawcza. Znając naturę wychowanków i największe niebezpieczeństwo z niej wynikające, jakim jest skłonność do grzechu, trzeba mieć na względzie zabezpieczenie ich przed nim lub uwolnienie od niego, co zależy od religijności, która nie jednakowo się kształtuje u dzieci i młodzieży dorastającej.

 

  1. a) Rozwój religijności u dzieci

 

Życie religijne dzieci jest bardzo różne zależnie od wieku, typu, czyli struktury wewnętrznej oraz szeregu okoliczności i środowiska, w jakim się one znajdują. Jeżeli chodzi o wiek, trudno określić dokładnie czas, w którym się w duszy dziecka zjawiają przeżycia religijne. Na podstawie obserwacji można tylko stwierdzić, że pierwsze przejawy religijności dziecka ujawniają się w zewnętrznych czynnościach, jak klękanie, składanie rąk oraz mówienie pacierza, które są naśladownictwem starszych. Można je zauważyć jeszcze w pierwszym dzieciństwie do 5 roku życia. Jeszcze trudniej jest mówić o jakości tych przeżyć religijnych w tym wieku, albowiem nasze osobiste wspomnienia w tym wieku nie mogą być obiektywne.

Jakkolwiek nie ma idei wrodzonych, jak utrzymywał Descartes, ale dziecko ma już zdolność przeżywania idei Boga około 5 roku życia, która u niego jest jeszcze bardzo przyćmiona i mglista. Powstaje ona pod wpływem otoczenia, z oglądania obrazów religijnych w domu, kościele czy kapliczek przydrożnych. Dochodzą więc dzieci do pojęcia Boga, jak zresztą i do innych, przez zetknięcie się ze światem zewnętrznym. Widząc u ojca swego dobroć i przychylność ku sobie, dzieci przenoszą te cechy na Boga, którego w pacierzu nazywają Ojcem i którego zaczynają kochać jak ojca. Spostrzegając u matki miłość i przywiązanie, kojarzą je z przywiązaniem Maryi do ludzi, którą w pacierzu nazywają Matką Boga i Matką naszą. Ale czasami mogą w ten sposób wytworzyć w sobie pojęcie fałszywe i uczucia przeciwne, gdy widzą np. ojca swego pijanego i nieprzytomnego, krzywdzącego matkę i niszczącego sprzęty.

Powoli również pod wpływem otoczenia dziecko zaczyna tworzyć pojęcie nieba i piekła. Niebo jako przestworze jaśniejące nad obłokami, napełnione aniołami i duszami zmarłych zbawionych. Piekło — jako miejsce ciemne gdzieś w głębi ziemi, gdzie przebywają duchy ciemności i dusze złych ludzi. Dziecko pyta dużo i zadawała się każdą odpowiedzią, ponieważ w tym wieku wierzy dorosłym i bezkrytycznie przyjmuje ich wyjaśnienia. W takim nastawieniu przychodzi do szkoły, jeżeli w przedszkolu jego pojęcia religijne nie zostały zmienione w takim czy innym kierunku.

W szkole dziecko poznaje Jezusa Chrystusa, z którego Osobą identyfikuje Boga. Tu prawdy religijne stara się realizować sumiennie, nie traci zapału i stara się być dokładne i drobiazgowe. W tym czasie około roku siódmego następuje u dziecka rozpoznanie moralne, któremu towarzyszy wrażliwość, poczucie winy, wdzięczność i chęć wynagrodzenia. Jest to czas (około 8 roku) przygotowania dzieci do I spowiedzi i Komunii św., która jest dla dziecka jednym z najgłębszych przeżyć i przemianą religijności ze zmysłowej w duchową. Ten moment często decyduje o strukturze religijnej człowieka przez całe życie.

Przygotowanie dzieci do I spowiedzi i Komunii św. jest zadaniem bardzo trudnym i delikatnym oraz niezmiernie ważnym. Od I spowiedzi odprawionej z głębokim przeżyciem zależy stosunek dziecka do wszystkich spowiedzi późniejszych. Atoli trzeba unikać zbyt niego napięcia woli dziecka i nadmiernej troski o nadbudowę życia, by nie sprowadzić chorób psychicznych. Należy podsuwać im takie postanowienia, które są dostosowane do ich możliwości psychicznych. W przygotowaniu dzieci do I spowiedzi i Komunii św. biorą czynny udział rodzice, którzy występują w charakterze powszechnego kapłaństwa Chrystusowego i apostolstwa świeckich. Mają oni często prowadzić dzieci do kościoła, wskazywać na lampkę wieczystą przed tabernakulum, gdzie przebywa P. Jezus, sami żyć życiem eucharystycznym, a przede wszystkim razem z dzieckiem przystąpić do Stołu Pańskiego.

W następnym okresie zwanym wiekiem przekory (do 13 – 14 r.) dzieci zaczynają być i opozycji do starszych, a tym samym i do wierzeń religijnych, ociągać się w praktykach albo spełniać je bez zapału. Krytycyzm rozwija się więcej u chłopców niż u dziewcząt, które łatwiej podporządkowują się autorytetowi religijnemu, uświadamiając sobie swoją bezradność. Nie trzeba z tego powodu się zniechęcać i chłopców za to nie karcić, a postępować ze wszystkim łagodnie i wyrozumiale. Z czasem obie płci uświadamiają sobie własną niemoc i z tęsknoty za ideałem interesują się praktykami religijnymi.

 

  1. b) Rozwój religijności u młodzieży

 

W okresie pokwitania młodzież ucieka od rzeczywistości w świat urojeń, jaki poddaje wybujała wyobraźnia. Widzi ona sprzeczność między zasadami religijnymi, a postępowaniem ludzi. To spostrzeżenie wywołuje u jednych chęć ulepszenia człowieka, a u innych wątpliwość, czy wymagania etyczne religii nie są przesadne, szczególnie w dziedzinie występującego coraz wyraźniej popędu płciowego. Stąd powstają wątpliwości religijne, które same w sobie nie są groźne, albowiem świadczą o samodzielności młodych i przy pomocy starszych mogą być okazją do pogłębienia prawd religijnych i życia duchowego młodzieży.

W tym czasie młodzież nie znosi nakazów i przymusu. Dlatego praktyki religijne będzie spełniać chętnie o tyle, o ile inicjatywa będzie pochodzić od niej samej. Dlatego trzeba oddziaływać na młodzież przez jej przywódców, z którymi należy być w kontakcie, poddawać im projekty jak gdyby one wychodziły od nich samych. Szczególniejsza trudność może powstać z chłopcami, którzy przechodzą ostrzejszy kryzys i zasługują na traktowanie nieco pobłażliwsze. Dziewczęta nie podlegają takim wstrząsom uczuciowym, więcej się interesują rodziną i chętniej zbliżają się do ideałów religijnych.

Wyniki tego okresu burzliwego mogą być rozmaite. Duża część młodzieży wraca na ślady religijności poprzedniej, ale znacznie głębszej i bardziej uświadomionej. Inna część buduje sobie zupełnie inny światopogląd — różny od dotychczasowego. A są i tacy, którzy szukają wyjścia na drodze kompromisu, przekształcając po swojemu prawdy religijne i dostosowując się do nich w sposób odmienny. Stąd wynika, że okres pokwitania jest najważniejszy w kształtowaniu religijności człowieka i wymaga ze strony wychowawców wielkiej ostrożności i delikatności, liczenia się z indywidualnością i odmienną strukturą psychiczną każdej płci i każdego osobnika.

Dojrzewający chłopcy lubią teraz poznawać siebie i pracować nad sobą. Życie ich zamyka się teraz w granicach dwóch wielkich namiętności ludzkich — pychy i zmysłowości, egocentryzmu i seksualizmu. Z nich wypływają dwa największe dążenia młodości — do sławy i do miłości. Całym kunsztem wychowawcy będzie wykorzystać te dwa dążenia w kształtowaniu męskiej religijności. Terenem, na którym chłopiec ma pokazać swoją siłę, jest panowanie nad namiętnościami i pokonanie samego siebie. Religijność to nie jest coś słabego i upokarzającego, lecz jest to największe bohaterstwo, a święty to synonim największej siły moralnej.

W związku z tym wychowawca winien starać się usunąć z religijności chłopców pozostałości dzieciństwa (dziecinne książeczki). Instynkt zaś okazania siły i walki ma skierować do walki ze skostnieniem i pustą formą życia religijnego, do panowania nad namiętnościami i walki o świętość i szczęście ich życia religijnego, życia przyszłej rodziny, o szczęście społeczeństwa i ojczyzny. Dla wielu konkretnym przedmiotem idealizmu jest ideał kobiety. Otóż i ten ideał można wykorzystać do kształtowania religijności chłopca, wskazując na ideał Niepokalanej, którą ma on widzieć i czcić w każdej kobiecie, szanować ją i okazywać szacunek i uprzejmość. Słowem trzeba zaszczepiać u nich religię nie tylko w rozumie, ale i w woli, do której droga prowadzi przez uczucie.

Dziewczęta dojrzewające mają zupełnie inne usposobienie i inne samopoczucie oryginalnych wartości religii i życia. Można rozróżnić u nich dwie chwile, w których te wartości odzywają się mocniej. Pierwszy raz około 13 roku życia, a drugi około roku 16. Pierwszy z tych momentów można nazwać chwilą religijnego rozbudzenia, a drugi — momentem wahania, walki i ostatecznej decyzji. W tym drugim okresie dziewczę szuka mądrego i mocnego kierownictwa, usiłuje dojść do porozumienia ze światem dorosłych, a przede wszystkim ze swoją matką lub opiekunką, lub ojcem; usiłuje również porozumieć się z Kościołem, uspokoić swoje wahania, przyswoić sobie poglądy tradycyjne, stworzyć sobie własną oryginalną linię postępowania albo czasami zdecydowanie odwrócić się od religii.

O ile cechą chłopców w tym okresie jest egocentryzm, o tyle u dziewcząt alterocentryzm, który wyraża fakt, iż ona ma swoje własne centrum poza sobą. Jej osią jest ktoś poza nią i w nim jedynie znajduje swą równowagę. Tym drugim jest przyszły mąż i dziecko. Oni są najgłębszym źródłem wszystkich charakterystycznych odrębności natury dziewcząt. Ten alterocentryzm jest u nich spontaniczny, jest przeto przeciwwagą na współistniejący egoizm; może jednak być groźny, bo jest ukryty. Ten fakt wyjaśnia odrębność dziewczęcej postawy moralnej pod względem uczuciowym oraz życia duchowego i religijnego.

Wychowawca młodzieży żeńskiej w tym okresie winien znaleźć specjalne podejście do jej psychiki. Należy się liczyć z uczuciowością dziewcząt, z ich zmiennością w nastrojach oraz brakiem skupienia. W tym krytycznym okresie osobowość wychowawcy odgrywa największą rolę — przede wszystkim wychowawca winien być autentycznym człowiekiem, by życiem swoim potwierdzał to, o czym mówi. Na dłuższy okres czasu nie można udawać przed nikim uczciwego wychowawcy, a nim nie być. Tym bardziej nie można tego czynić przed dziewczętami, które lepiej od chłopców potrafią ocenić i scharakteryzować swego wychowawcę, by nabrać do niego zaufania lub też na odwrót, do niego się zniechęcić.

Trzeba stawiać dziewczętom Maryję jako ideał kobiety. Ona wskaże i wywoła w nich poczucie wartości niewieścich. Chodzi tu o najbardziej odpowiadającą Bożym zamiarom postawę kobiety — być obecną w obliczu Boga przy Zwiastowaniu, w ucieczce do Egiptu, w Kanie Galilejskiej, na drodze krzyżowej, na Kalwarii i nad grobem, jak również po Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu. Wszędzie ujawnia się alterocentryzm Maryi: Ona we wszystkim pomaga Jezusowi jak przedtem Józefowi. To dynamiczne ujęcie Niepokalanej odpowiada wewnętrznej psychice kobiety, która z natury chce być przed Bogiem i być pomocą mężczyźnie. Kult Maryi jest to uświadomienie sobie bogactwa, jakim Bóg obdarzył kobietę, jest to uświęcenie pełnej kobiecości zarówno w dziewictwie i czystości jak i w macierzyństwie.

Zarówno tedy dla chłopców jak i dla dziewcząt postać Niepokalanej w tym okresie będzie konkretnym ideałem, który pozwoli ujrzeć Ją czynną tam, gdzie potrzeba człowiekowi pomocy, a jednocześnie uwidoczni u chłopców osobowość mężczyzny, który ma czcić w każdej kobiecie obraz Niepokalanej. Kult ten ma być nie jakiś daleki i niewyraźny, lecz konkretny i bliski. W tym okresie zaczyna się formować u młodzieży pojęcie nieskończoności w liczbie i przestrzeni, a następnie w odniesieniu do nieskończoności Bytu absolutnego. To pojęcie budzi podziw i ukorzenie się przed tym, który jest nieskończony pod każdym względem, a przede wszystkim pod względem miłosierdzia, okazanego we Wcieleniu i Odkupieniu.

 

*

*   *

Postać Najmiłosierniejszego Zbawiciela, a szczególnie uroczystość Jego w Niedzielę Przewodnią przypomina młodzieży w tym najważniejszym okresie jej rozwoju najwznioślejszy ideał, do którego ona została wezwana: „Bądźcie doskonali, jako i Ojciec wasz niebieski doskonały jest” (Mt. 5, 48). Niepodobieństwem jest widzieć doskonałość Ojca, lecz oto Jezus przez czyny i słowa ukazuje nam doskonałość, polegającą przede wszystkim na miłości i miłosierdziu.

 

  1. Wychowanie i samowychowanie

 

W opanowaniu namiętności ma wielkie znaczenie nie tyle stan doskonałości wychowanków, ile ich dynamizm, czyli dążność do samodzielnego wysiłku w celu opanowania natury zmysłowej. Na ten wysiłek młodzież winna się zdobywać już w okresie pokwitania, a najbardziej w ostatnim okresie rozwoju psychicznego człowieka po roku mniej więcej 17 – 18 życia, gdy następuje krystalizowanie się pojęć religijnych i określonych zapatrywań. Mamy tu doczynienia z ustaleniem się światopoglądu, z dążeniem do syntezy moralno – religijnej, do liczenia się więcej z rzeczywistością i uspokojeniem fantastycznych dążeń. Ten okres wypada już przeważnie po maturze, na studiach akademickich lub innych specjalnych.

 

  1. a) Formowanie się religijności dorastających

 

Młodemu krytycznemu umysłowi wychowawca winien odpowiedzieć na cisnące się pytanie: dlaczego?… Woli trzeba dać mocne pobudki i skuteczne motywy, by młody człowiek mógł w sobie wyrobić chrześcijańską osobowość. W tym okresie pragnie on ideału jako celu abstrakcyjnego przybranego w formy konkretne. Ideał może być absolutny, o ile urzeczywistnia w sobie wszystkie wartości, i częściowy, jeżeli przedstawia nam jakąś jedną wartość możliwą do zrealizowania. Zarówno ideał absolutny jak i częściowy są konieczne przy wychowaniu w tym okresie dla skonkretyzowania absolutnych i względnych wartości. Jest to wielkie zadanie wychowawcy wskazywać ideały, które by całą siłą pociągały ku sobie duszę wychowanków, łączyły się ze wszystkimi szlachetnymi ich uczuciami i w taki sposób wywierały zdecydowany wpływ na ich wolę. Jest to zadanie trudne, ale w wychowaniu chrześcijańskim konieczne.

Wola ludzka z natury swojej nie jest zmuszona dążyć aktualnie do takiego czy innego przedmiotu dobrego, jakimkolwiek by on był — z wyjątkiem dobra doskonałego, którego znowu w tym życiu umysł jeszcze nie ogląda. Stąd wynika, że najwznioślejszy ideał, przedstawiony wychowankowi, jeszcze nie jest w sobie dostateczny do poruszenia jego woli. Toteż trzeba nie tylko tworzyć i wskazywać ideały, ale nadto wdrażać wychowanków do ich urzeczywistnienia. To wdrażanie w tym okresie winno być dokonane przy udziale samych wychowanków przez regulamin życiowy, rady, instrukcje, które mają wychodzić od nich samych. Jest to najtrudniejsze zadanie wychowawców, którzy mają podawać młodzieży odpowiednie motywy do poruszenia woli, jako konieczne warunki osiągnięcia pozytywnych skutków.

Nie każdy motyw obiektywnie wysoki jest dostateczny do poruszenia woli każdego wychowanka: wchodzą tu w grę u rozmaitych ludzi motywy subiektywne, a nawet u tego samego człowieka różne, zależnie od przeżyć chwili bieżącej. Jedne motywy o silniejszym zabarwieniu uczuciowym i silniej działające na wyobraźnię porywają wolę od razu, a inne działają powoli, kojarzą się z rozmaitymi okolicznościami życiowymi, skierowując wolę rozumowo do trwałego i stałego celu.

Zadaniem tedy wychowawcy będzie dobieranie odpowiednich motywów, dostatecznych do poruszenia woli wychowanka w kierunku odpowiedniej wartości. Im bardziej silny będzie motyw i konkretny ideał, tym bardziej pociąga dusze wychowanków. Stąd jeżeli ideałem jest sam wychowawca, wówczas dusze wychowanków porywa, szybko udoskonala i łatwo zaprowadza wewnętrzny w nich porządek. Wówczas bowiem ideał staje się poglądem, bezpośrednio oddziałującym i olśniewającym wychowanków. Najwznioślejszym ideałem poglądowym jest Osoba Najmiłosierniejszego Zbawiciela i Jego Niepokalanej Matki oraz święci młodzieńcy i panny, o których trzeba mówić w pogadankach z młodzieżą, nakłaniając ją do modlitwy.

Trzeba pomóc młodym do wdrożenia się do modlitwy i przystępowania do sakramentów świętych oraz regularnego uczestnictwa we Mszy św. Należy wyjaśnić im zbawczą misję Kościoła, jako Mistycznego Ciała Jezusa, którego wszyscy wierni mają by żywymi członkami.

Dorastająca młodzież najbardziej jest wrażliwa na tło społeczne, które wychowawca ma uwzględnić w swych pogadankach, poruszając tematy życiowe i aktualne w formie poprawnej, na jaką młodzież zwraca szczególniejszą uwagę. Dla słów i nakazów — umiarkowana moc, dla upomnień i nagan — powściągliwość, w dobieraniu się do głębin — ostrożność, w przygotowaniu się — sumienność i dokładność: oto są warunki wpływu na dusze młodych w tym okresie. Okazją do spotkania się z młodzieżą w tym okresie będą konferencje wieczorne w mniejszym lub większym gronie, wspólne wycieczki i obozy letnie, a przede wszystkim rozmowy Nikodemowe w cztery oczy.

Koniecznymi warunkami wpływu wychowawcy na młodzież w tym okresie są: 1) oddanie się w miłości nadprzyrodzonej i poświęceniu; 2) optymizm zdrowy i wiara w idealizm młodzieży; 3) oddziaływanie przede wszystkim na rozum; 4) głębokie zrozumienie i odczucie psychiki obecnego pokolenia; 5) żywość, aktualność, prostota i szczerość w obcowaniu; 6) odpowiednie walory formy zewnętrznej ze względu na zaostrzony zmysł estetyczny dorastającej młodzieży.

Formowanie się religijności i panowanie nad namiętnościami nie u wszystkich następuje według jednego szablonu, albowiem wchodzą tu w grę różne czynniki, a największą rolę odgrywa środowisko, w jakim się młodzież obraca. Dlatego największą troską wychowawcy będzie wpływanie na to środowisko, a przede wszystkim na rodziny, jak również przygotowanie kandydatów i kandydatek do założenia rodziny przez wyrobienie w nich samozaparcia się, poświęcenia i ofiarności.

 

  1. b) Samowychowanie dorosłych

 

Człowiek póki żyje, nie posiądzie zupełnej równowagi statycznej, dlatego właśnie, że żyje, ale może posiąść równowagę dynamiczną wciąż działającą, porządkującą i utrzymującą harmonię wewnętrzną. W wieku młodszym był bardziej podatny na oddziaływanie wychowawcy, w miarę zaś rozwoju staje się coraz bardziej samodzielnym i właściwym wychowawcą samego siebie. Dlatego wielki wychowawca Sokrates, mając do czynienia z ludźmi dorosłymi, nigdy im nic nie narzucał, a starał się tylko poddawać tematy do rozmyślań i wydobywać prawdy z ich duszy, by następnie skłonić ich do samodzielnego postępowania cnotliwego. „Każdy człowiek, mówił on, byleby go dobrze zapytano, znajdzie sam przez się prawdę”. Stoicy jeszcze większy nacisk kładli na samodzielność, utrzymując, że człowiek tylko własną wolą może wykorzenić w sobie namiętności gniewu, lubieżności itp.

Największy wychowawca ludzkości, Najmiłosierniejszy Zbawiciel, jakkolwiek podkreśla konieczność łaski, mówiąc: „Beze mnie nic uczynić nie możecie” (J. 15, 5), jednak wymaga, by człowiek sam jej zapragnął, by o nią prosił i należycie ją wykorzystał (Mt. 19, 17). Widzimy to w licznych przypowieściach, np. o talentach, gdzie pan wymierza surową karę za bezczynność (Mt. 25, 26, 30). O tym może my wnioskować z postępowania Chrystusa z niewiastą chananejską (Mt. 15, 22), a szczególnie ze ślepym, któremu przywrócił wzrok dopiero na usilne błagania, żądając dokładnego sprecyzowania, o co prosi (Łk. 18, 38).

Ojcowie Kościoła również żądają samodzielności w wychowaniu chrześcijańskim, np. Tertulian utrzymuje, że samoistnienie nakazu lub zakazu suponuje samodzielność tego, kto się temu zakazowi ma podporządkować, a św. Hieronim powiada, że ani do cnót ani do występków nie można pociągać z konieczności, bo tam gdzie jest przymus, nie ma nagrody i kary (Migne, 23, 299). Chrześcijaństwo podkreślając samodzielność wymaga poddania się działaniu łaski, potęgowania sił przyrodzonych pod wpływem nadprzyrodzonego ideału, wynoszenia tych sił ponad nie same i wypracowania we wszystkich kierunkach (św. Augustyn). Ta dążność do samowychowania stanowi jedną z głównych zasad chrześcijańskiej ascezy, która rozwija samodzielność przez posłuszeństwo prawu, opartemu na prawdach wiecznych. Nie można bowiem dojść do osobistej wolności, dopóki włada samowola. Dopiero wyswobodzenie się z samowoli, jaką jest uleganie zachciankom niższym, pomoże człowiekowi w urobieniu woli duchowej, czyli samowychowaniu (św. Augustyn; Migne, 44, 552).

W samowychowaniu konieczna jest kontrola samego siebie i badanie własnego postępu według pewnych znaków. Jak w świecie materialnym śmierć jednego jestestwa połączona jest z rodzeniem drugiego, tak w dziedzinie moralnej narodziny cnoty musi poprzedzać śmierć wykroczeń. Zmniejszenie się tych ostatnich następuje nie od razu, ale powoli według następujących stopni: niewpadanie dobrowolne w większe, niewpadanie w niedobrowolne większe, niewpadanie w niedobrowolne mniejsze różnych gatunków, niewpadanie w niedobrowolne mniejsze jednego gatunku itp. Drugim znakiem postępu jest opanowanie namiętności; trzecim — zwyciężanie pokus; czwartym — wykorzenienie złych przyzwyczajeń; piątym — wzrost uczynków dobrych; szóstym — wzrost dobrych przyzwyczajeń itp. Badając postęp trzeba pamiętać, że jest wielka różnica między cnotami moralnymi nabytymi, a teologicznymi wlanymi. Te ostatnie wzrastają wraz z łaską i darami Ducha Św., gdy tamte, moralne, wzrastają według aktów sobie odpowiadających, np. przez umartwienie zewnętrzne wzrasta tylko cnota wstrzemięźliwości a nie sprawiedliwości lub inna. Stąd w dziedzinie cnót moralnych ktoś może górować w jednej przy wykroczeniach przeciwko drugiej. Tym się tłumaczy, dlaczego wielu odznaczając się nadprzyrodzoną miłością mają trudność w praktykowaniu np. prawdomówności.

 

*

*   *

Jakkolwiek postęp w cnotach moralnych zależy od osobistych wysiłków, to jednak one nie są wystarczające do powstrzymania się od najmniejszych wykroczeń bez szczególniejszej łaski Bożej, jaką wysłużył nam Najmiłosierniejszy Zbawiciel. On nie tylko wskazał nam najwyższy ideał świętości, ale i umożliwia wejście na tę drogę, wiodącą ku temu ideałowi. „Kto mieszka we mnie, a ja w nim, ten wiele owocu przynosi” (J. 15, 5).

 

  1. Działanie natury i łaski w wychowaniu chrześcijańskim

 

W wychowaniu chrześcijańskim chodzi nie tylko o wychowanie człowieka, ale człowieka podniesionego przez łaskę do godności synostwa Bożego, do nadprzyrodzonego życia. To życie nadprzyrodzone nie istnieje poza życiem naturalnym, lecz na nim się opiera i całkowicie je przenika, by wspólnie zmierzać do jednego celu — uczestnictwa w życiu i szczęściu Bożym. Główna rola w tym życiu przypada Bogu, ale człowiek ze swej strony musi odpowiedzieć uprzedzającej łasce, dobrowolnie ją przyjąć, usilnie ją pielęgnować, zużytkowując cały przyrodzony zespół i doskonalić go mimo zewnętrznych i wewnętrznych przeszkód napotykanych w jego rozwoju.

 

  1. a) Rola natury

 

Widzieliśmy, że w wychowaniu chrześcijańskim praca wychowawcy ma zmierzać do stopniowego usamodzielnienia wychowanka — do wdrożenia go do samowychowania nie drogą tylko pouczeń i nakazów, lecz drogą przygotowania w duszy jego gruntu do wyrobienia samodzielnej siły oporu nieodpowiednim podnietom, a pójścia za ideałem. Ze strony zaś wychowanka praca ta od bezwzględnego posłuszeństwa ma zmierzać do wyrobienia w sobie mocy wewnętrznej, organizującej i porządkującej poruszenie natury niższej z wyższą, w tym przeświadczeniu, że w tej pracy zawsze konieczna jest rada doświadczonego kierownika. Postawa tedy wychowawcy ma być czynno – bierna, a wychowanka bierno – czynna, a czynna szczególnie w ćwiczeniach.

Ponieważ życie nadprzyrodzone opiera się na przyrodzonym, przeto elementy niestałe życia przyrodzonego nie przestają być takimi w życiu nadprzyrodzonym. W chrześcijańskim tedy wychowaniu i samowychowaniu ćwiczenia w stawianiu oporu tym elementom, wykonywane samodzielnie przez wychowanka, występują z absolutną koniecznością. Atoli trzeba je zawsze uważać nie za cel, jak to było u stoików, ale tylko za środek.

W tym życiu ścierają się przeciwieństwa, które wychowanie i samowychowanie ma zniwelować, zmagają się sprzeczne siły, które trzeba utrzymać w równowadze: materia i duch, namiętności oraz rozum i wola, pożądania natury niższej i chcenia wyższej. Tu nie chodzi o to, by zniszczyć którąkolwiek ze stron walczących, lecz by je pogodzić, czyli zharmonizować. Jak most utrzymuje się wskutek wzajemnego naciskania na siebie łuków sklepionych z dwu stron przeciwnych, tak życie człowieka normalnie się rozwija i utrzymuje przez wzajemne oddziaływanie harmonijne chceń i pożądań namiętności. Podobne przeciwieństwa pozorne spotykamy w procesie wychowania: posłuszeństwo bezwzględne i samodzielność wychowanka, stopniowe usamodzielnianie go ze strony wychowawcy obok wdrażania do urzeczywistniania ideałów, które się łączy z pewnymi środkami karności. Przeciwieństwa te są tylko pozorne i stanowią podstawę chrześcijańskiego wychowania, w którym znowu występuje rozwój cnót pozornie przeciwnych, np. męstwa i pokory, łagodności i środków karności.

Wychowanie chrześcijańskie nie eliminuje zupełnie kary, lecz nie pozwala na brutalne jej stosowanie bezwzględnie do wszystkich i zawsze. Kara ze względu na obecny stan natury jest złem koniecznym, ale jako zła nie można jej apoteozować, szczególnie kary cielesnej. Wprawdzie w Piśmie św. Starego Testamentu, zwanego „Zakonem Prawa”, znajdujemy urywki zalecające przy wychowaniu karę cielesną. „Głupota przywiązana jest do serca dziecięcego, ale rózga karania wypędzi ją” (Przyp. 22, 15), ale obecnie żyjemy w Zakonie Łaski, gdzie miłosierdzie, przebaczenie i odpusty, odgrywają większą rolę niż surowe pokuty i osobiste ekspiacje, gdzie sprawca tej łaski, Najmiłosierniejszy Zbawiciel, zaleca przede wszystkim łagodność: „Uczcie się od mnie, żem jest cichy i pokornego serca” (Mt. 11, 29).

Zaprawianie się w urzeczywistnianiu ideałów może być pozytywne i negatywne. Pierwsze polega na ćwiczeniu się w energii czynnej, na wdrażaniu się do celowego urzeczywistnienia powziętych postanowień wbrew przeszkodom zewnętrznym i wewnętrznym. Drugie, czyli negatywne ma na względzie wzmocnienie siły oporu przeciw nieodpowiednim podnietom. Aby czegoś stanowczo chcieć, trzeba stanowczo nie chcieć wielu innych rzeczy. Ćwiczenie się w energii czynnej ma olbrzymie znaczenie, aby w ten sposób stać się panem zewnętrznym przeszkód, mistrzem prostej linii i energicznym sternikiem własnego życia. To wymaga rozłożenia czasu odpowiednio do zajęć wypływających z obowiązków stanu, wykonywania wszystkiego w porze właściwej i nieodkładania na później swych obowiązków, sumienność i akuratność w wykonywaniu rozpoczętej roboty, ćwiczenie się w koncentracji myśli, czyli dowolnym skupieniu uwagi nad tym, czym się w danej chwili zajmujemy, wreszcie silne napięcie postanowień kilka razy dziennie, szczególnie przy porannym rozmyślaniu.

Ćwiczenie się w stawianiu oporu podnietom nieodpowiednim, czyli zaprawianie się negatywne w urzeczywistnianiu ideałów, jest jednym z najważniejszych czynników samowychowania. Instynkty bowiem i namiętności jako elementy irracjonalne i niestałe występują niekonsekwentnie i rozrywają jedność i harmonię wewnętrzną. Kto się nie chce stać ich ofiarą, musi stawiać im opór, musi je poddać planowo i subtelnie władczej myśli i woli, aby występowały i działały w harmonii z nimi. Inaczej nazywa się ono „ascezą” czyli zaprawianiem się w wyrzekaniu pewnych dóbr i w eliminowaniu pewnych bodźców i motywów… A jaka jest rola łaski?…

 

  1. b) Rola łaski

 

Odpowiedź na powyższe pytanie daje Apostoł Narodów: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Fil. 4, 13). Mogę, a więc sam się ćwiczę, ale źródło mojej mocy znajduje się nie we mnie, lecz w tym, który zgładził grzech pierworodny, a obecnie pomaga do usunięcia jego skutków, który o sobie powiedział: „Jam jest droga i prawda, i żywot” (J. 14, 6). Pielęgnowanie powściągającej siły duchowej trzeba uzupełnić całkowitym oddaniem się ideałowi, który by nas odwodził od nas samych, byśmy w końcu o sobie nie myśleli ani też z sobą nie walczyli. Chodzi tu bowiem nie tylko o wyćwiczenie samej energii w tym lub innym kierunku, lecz o podporządkowanie jej wyższym siłom, pod których wpływem nastąpi zelżenie i odpocznienie, oddanie się i bierność, gdy pocznie działać głębsza siła ducha.

„Nie to jest zadaniem pedagogiki, pisał Foerster, by wolę uczynić coraz silniejszą, sprawniejszą i wytrwalszą w jej funkcjach, boć to i zbrodniarzowi wyjść może na korzyść, lecz by ją wyzwolić ze związku z niskimi i samolubnymi instynktami… Nie to, jak się mogę stać energicznym, lecz w czyjej służbie, dla jakich celów i w jakim duchu — stanowić ma najważniejsze zadanie pedagogiki”. (Wychowanie i samowychowanie, 137). Przy ćwiczeniu się trzeba zachować złoty środek między postawą bierną i czynną: winna być praca człowieka, ale zmierzająca do celu głównego — Boga i wsparta na jego łasce. „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”. W tych słowach zawiera się złagodzenie przeciwieństwa między postawą bierną i czynną w stosunku człowieka do łaski. „Mogę” oznacza stronę czynną, ale mogę nie tylko z siebie, mogę przede wszystkim dzięki pomocy przychodzącej od Tego, który mnie umacnia; tę pomoc mam dobrowolnie przyjąć, jej się podporządkować, by osiągnąć cel życia i bliższy cel wychowania.

Tylko w wychowaniu chrześcijańskim stapiają się w duszy ludzkiej takie pozorne sprzeczności, które poza chrześcijaństwem nigdzie się skojarzyć nie dadzą. Naturalne siły człowieka potęgują się w świetle nadprzyrodzonego ideału, który wynosi je ponad nie same i daje im świadomość ich głębszego znaczenia. Pedagogowie nieopierający się na religii wpadają zwykle w dwie ostateczności: albo w imię samodzielności wychowanka zwalczają bezwzględnie wszelki objaw przymusu, a w szczególności kary, albo tamują wszelka swobodę w imię wychowania obywateli dla pewnej grupy i doświadczalnie stwierdzają prawdziwość zasady: „cnota znajduje się pośrodku”.

Wychowanie chrześcijańskie nie odrywa natury od łaski, ani jednostki od społeczeństwa, ale naturę uzupełnia przez nadnaturę. Kto postępuje inaczej, ten łatwo ugrzęźnie w naturalizmie, gdzie się mówi tylko o instynktach, popędach i żądzach, a nawet nie wspomina się o łasce. Niemniej łatwo odrywać łaskę od natury, by mówić tylko o cnotach wlanych i sakramentach, nie wspominając o tym, że życie łaski ma się zaszczepiać na zdrowym i mocnym pniu, który jest właśnie naturą. Jak trzeba zrozumieć, że człowieczeństwo rozwija się idealnie tylko w atmosferze nadczłowieczeństwa — łaski, tak trzeba uznać, że nie będzie dobrym chrześcijaninem, kto nie umie być dobrym człowiekiem. Dlatego przyjmujemy wszystko, co dzisiejsza psychologia i pedagogika wychowawcza wnosi prawdziwego do wychowania natury, ale musimy uzupełnić tym, co zmierza do wychowania nadnatury, zgodnie z nadprzyrodzonym celem człowieka.

Wychowanie chrześcijańskie skupia koło centralnej idei absolutnego Dobra wszystkie wartości i stawia Osobę Najmiłosierniejszego Zbawiciela za wzór, dany przez Ojca ludziom, by naśladując Go, oczyścili i wyprostowali swoje nogi na drogę prawdziwego pokoju. Skoro tedy życie Chrystusa jest najdoskonalszym wzorem i stanowi ideał cnoty i świętości, to im bardziej życie nasze zbliży się do Jego życia w naśladowaniu, tym bardziej samo stanie się doskonałe, co więcej — zbliży się do ostatecznego swojego celu i przez to stanie się szczęśliwe.

Z powyższego wynika, że przy wychowaniu i samowychowaniu trzeba często odwoływać się do łaski Chrystusa; Jego życie stawiać sobie za wzór i korzystać z okazywanej przezeń pomocy. On kieruje okolicznościami i wypadkami naturalnymi, a nieraz nawet przez interwencję nadprzyrodzoną chroni swe sługi, jak młodzieńców w piecu ognistym w Babilonie. Wewnętrznie zaś wspiera nas przez stany cnót wlanych, przez dary Ducha Świętego oraz przez pomoce przejściowe, jakimi są oświecenie umysłu i wsparcie woli.

 

*

*   *

„Ja przyszedłem, aby życie miały i obficiej miały” (J. 10, 10). A jakie to życie daje nam Najmiłosierniejszy Zbawiciel? Życie łaski, która jest uczestnictwem w życiu Bożym! On, jako człowiek, otrzymał to życie od Ojca: „Jako Ojciec ma żywot sam w sobie, tak dał i Synowi, aby miał żywot w sobie samym” (J. 5, 26). Lecz Jezus nie chce zatrzymywać tylko dla siebie tego skarbu, pragnie mieć braci, by z nimi podzielić się swymi dobrami. Dlatego umiera na krzyżu, otwiera swe Serce, z którego wypłynęła krew, znamionująca życiodajne łaski i woda, symbolizująca łaski oczyszczające. Korzystajmy z nich przy wychowaniu i samowychowaniu.

 

III. Środki wychowania

 

Każda czynność jest objawem działania podmiotu i dokonuje się zwykle za pomocą stosowania pewnych środków. Najbardziej złożona czynność — wychowanie chrześcijańskie — jest również objawem stosowania odpowiednich środków, prowadzących do celu, jakim jest harmonia wewnętrzna.

W człowieku rozróżniamy trojakie życie naturalne: roślinne, zwierzęce i duchowe; każde z nich ma sobie właściwe zdolności i władze do wykonywania odpowiednich czynności. Chrześcijanin nadto podniesiony do życia nadprzyrodzonego, otrzymuje przez Chrystusa życie Boże, które ma również swe zdolności i władze — cnoty wlane i dary Ducha Św. Władze te jako narzędzia łaski uświęcającej wraz z pomocą łaski uczynkowej mają wykonywać właściwe sobie czynności. Wychowanie tedy chrześcijańskie, jako dążność do wewnętrznej harmonii, obejmuje wszystkie władze człowieka — zewnętrzne i wewnętrzne, przyrodzone i nadprzyrodzone. Życie przyrodzone i nadprzyrodzone nie ustawiają się jedno nad drugim, lecz wzajemnie się przenikają, podtrzymują i uzupełniają, a praca nad udoskonaleniem jednego rodzaju życia ubocznie wpływa i na inne. Teoretycznie jednak przyjęto mówić o każdym rodzaju życia osobno. Dlatego tu nasamprzód poznamy środki przyrodzone, a następnie nadprzyrodzone, uwzględniając jeszcze środowisko wychowawcze.

 

  1. Środowisko wychowania chrześcijańskiego

 

Spośród środków wychowania na pierwszym miejscu trzeba postawić środowisko, w jakim się wychowanek znajduje. Do środowiska należą rzeczy otaczające i ludzie oddziaływujący nieświadomie pod względem wychowawczym jedni na drugich.

 

  1. a) Rzeczy otaczające

 

Do rzeczy oddziaływujących wychowawczo należy cała przyroda oraz wytwory rąk ludzkich i kultury ludzkiej. Z tymi rzeczami człowiek wchodzi w bliższą styczność, przystosowuje się do ich oporu, właściwości i odpowiednio do tego obiera takie lub inne środki postępowania. Te środki zrastają się z całym zespołem objawów jego życia i wywierają swoisty wpływ, wyciskają swe piętno na całości objawów fizycznych i duchowych. Dziecko rozwijające się na łonie przyrody na wsi albo w ciasnych ścianach i ulicach wielkiego miasta rozwija się zupełnie inaczej. Rzeczy otaczające działają na nas same przez się i za pośrednictwem naszego zainteresowania. Inaczej oddziałuje hałas, ruch i natłok ulicy wielkomiejskiej, a inaczej szeroki horyzont, jasne i otwarte niebo, spokój i piękno przyrody.

Nasz organizm jest w ścisłym związku z życiem duchowym, a złe lub dobre powietrze, większa lub mniejsza swoboda ruchów, jakość wrażeń odbieranych od rzeczy otaczających wpływa na nasze myśli, uczucia i wolę, na kształtowanie i rozwój naszych instynktów, na zabarwienie naszego własnego „ja”. Wystarczy porównać mieszkańca stepów z góralem, by zauważyć różnicę między nimi. Styczność bowiem z określonym rodzajem rzeczy wywołuje odpowiednie zainteresowanie, które rodzą potrzeby i zmuszają do wyboru i przetwarzania, do kształtowania i systematycznego urabiania przez pracę, do tworzenia nowych form i wytwarzania. Rzeczy interesujące pobudzają najwięcej energii żywotnej, pochłaniają dużo wysiłków i wywierają wpływ na fizyczną i duchową budowę człowieka. Ogródki, zabawki dziecka, kamień przydrożny, topola rosnąca przy oknie, przylegają do serca, bo są świadkami radości i smutku, wesela i bólów. Nie dziw, że te wspomnienia z lat dziecinnych wywołały u Mickiewicza tęsknotę: „Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie”.

Człowiek ożywia rzeczy martwe, zostawia w nich niby cząstkę siebie, czemu daje wyraz w twórczości poetyckiej i sztuce. Przez długie wieki człowiek zmieniał oblicze ziemi i sam ulegał drodze rozwoju. Otoczenie materialne predysponuje naszą reakcję, zmusza żywy organizm do przystosowania się, a przez ciągłe oddziaływanie popiera wytwarzanie się określonych przyzwyczajeń, a te wpływają na wytwarzanie się pewnego typu ludzi.

Rzeczy otaczające działają na włókna nerwowe, a te przenoszą podrażnienia do ośrodków, gdzie następuje przeróbka podrażnień objawiająca się w odruchach (kichanie), reakcjach instynktowych (gniew), czynnościach zautomatyzowanych przez ćwiczenia (pisanie) lub w działaniu celowym i planowym. W wychowaniu tedy należy dobierać otoczenie materialne, by sprzyjało rozwojowi fizycznemu i duchowemu w tym kierunku, w jakim chcemy wychowywać. Stąd należy dbać o urządzenie odpowiednie domu mieszkalnego, o estetyczne upiększanie kościoła, szkoły, sali katechetycznej czy parafialnej itp.

Może dlatego Opatrzność wybrała najpiękniejsze miejsce w Palestynie, gdzie przebywał do 30 roku życia Najmiłosierniejszy Zbawiciel; tam „pomnażał się w mądrości, w latach i w łasce u Boga, i u ludzi” (Łk. 2, 52). Jest to Nazaret, po arabsku en Nasira „Kwiat Galilei”, z którego rozpościera się cudowny widok na góry Libanu (na północy), na Morze Śródziemne (na zachodzie), na dolinę rzeki Jordanu (na wschodzie) i na Górę Tabor. Prześliczne krajobrazy napełniają choćby najbardziej smutnych turystów radością, energią, zapałem i zachwytem nad pięknością natury.

W wyższym jeszcze stopniu działa na człowieka świat organiczny. Znane są zainteresowania dzieci zwierzętami, kwiatami i roślinnością. Dziecko dzieli z nimi swe zabawy, personifikuje zwierzęta w bajkach, w porównaniach, chętnie z nimi obcuje i w mowie przenosi pewne właściwości zwierząt na ludzi, mówiąc np. odważny jak lew, niezgrabny jak niedźwiedź, zwinny jak piskorz, wierny jak pies, łagodny jak baranek. Nawet Pan Jezus porównał swoich wyznawców do owiec.

 

  1. b) Nieświadome oddziaływanie wychowawcze ludzi

 

W świecie organicznym najważniejszą rolę odgrywa świat ludzki. Otoczenie ludzi jako czynnik wychowawczy rzuca się w oczy najbardziej; przeto od dawna wychowanie utożsamiano z oddziaływaniem człowieka na człowieka, dojrzałych ludzi na dzieci. Chociaż sąd ten nie jest całkowicie słuszny, jednak mamy tu do czynienia z czynnikiem wychowawczym nie tylko najsilniejszym, ale i najbardziej skomplikowanym.

Oddziaływanie ludzi może być świadome i nieświadome. Wychowawcy świadomi swego zadania często się uskarżają, że ich wpływy wychowawcze są nikłe w porównaniu z wpływami nieświadomymi kolegów, przyjaciół i rodziny. Fakty bezwiednego naśladownictwa są znane powszechnie: rodzeństwo przyjmuje wzajemne ruchy i wyrażenia, mieszkańcy jednego miasta mają jednakową szybkość chodu, dzielnice poszczególnych krajów zachowują sobie właściwy akcent itp. Nikt świadomie tego nie uczy, a opiera się to na psychologicznym prawie dyfuzji psychicznej. Każde zjawisko psychiczne dąży do rozszerzenia się, do przekroczenia granic jednostki i rozejścia się w środowisku. Wyraz twarzy, ton głosu, nawet barwa jego, wywołuje podobne u innych. Jeszcze bardziej zaraźliwym jest śmiech i poziewanie. Wszyscy bezwiednie dążą do jednego poziomu, przystosowują się do środowiska ludzi, z którymi przebywają.

Z drugiej strony każdy człowiek podświadomie dąży do wywołania u innych stanu duszy zbliżonego do swego. Im mniej jesteśmy zdolni do patrzenia krytycznie, tym bardziej ulegamy wpływowi, a dziecko ulega temu wpływowi całkowicie, tak że normalnie jego sądy, przekonania religijne, czyny i pragnienia są wyrazem wpływu otoczenia. To samo da się powiedzieć o zewnętrznej ogładzie towarzyskiej umiejętności zachowania się wobec ludzi, by nikomu nie ubliżyć, zachowując własną godność i poziom kulturalny. Ośrodek myśli, czynów i interesów otaczających ludzi jest niewidzialną atmosferą, którą wychowanek oddycha, która wchodzi w jego krew i zasila jego życie psychiczne. Dlatego wartość tej atmosfery jest najważniejszym czynnikiem wychowania.

Szczególnie wielkie znaczenie ma w wychowaniu atmosfera radości, od której zależy rozwój fizyczny i psychiczny wychowanka, a najgorzej wpływa smutek, przed którym dzieci odruchowo się bronią. Już św. Tomasz z Akwinu mówi o szkodliwości smutku, który „powoduje osłabienie woli, zmniejsza wydajność pracy, utrudnia każdą czynność. Nigdy nie będzie tak dobrze wykonane to, co robimy ze smutkiem, jak to, co czynimy z zadowoleniem” (I – II, q. 37, a. 4). Wychowawca jest szkodliwy, jeśli ma smutne oblicze. Atmosfera radości wytwarza się nie przez żarty i dowcipy, lecz przez sposób ich przyjmowania. Jest ona wytworem psychiki międzyosobowej danego środowiska i wewnętrznej pogody otoczenia. Radość jest owocem miłości Boga i bliźniego i stanowi wielką wartość duchową środowiska oraz dowodzi wysokiego poziomu moralnego.

Atmosfera radości jest wynikiem psychicznego oddziaływania między osobami danego środowiska. Nasz wewnętrzny ton psychiczny zależnie od naszej duchowej wartości niesie innym ludziom z otoczenia zło lub dobro. Dlatego św. Teresa mówiła: „Niczego się tak nie obawiam, jak kiedy widzę, że siostry utraciły radość serca”. Nie można się gorszyć radością i śmiechem dzieci, które chcą żyć radością, ale nie można śmiesznością dzieci zabawiać. Powodem śmiechu dzieci najczęściej jest poczucie komizmu, czyli kontrastu między tym, co jest, a tym, czego się oczekuje. Dla dzieci więcej jest rzeczy nieoczekiwanych niż dla dorosłych, a stąd i więcej powodów do śmiechu.

Wychowawca wesoły łatwiej utrzyma karność. Im bardziej zaś on będzie zdenerwowany, tym wychowankowie będą bardziej niegrzeczni. Stan wewnętrzny wychowawców udziela się dzieciom tylko czasami w sposób odwrotny. To natura broni dzieci i pobudza ich do śmiechu, gdy starsi się denerwują i smucą. Trudno tu mówić o współczuciu, gdyż małe dzieci są do tego niezdolne. Wyrządzamy dzieciom krzywdę gwałtownością i brutalnością oraz lekceważeniem ich nastrojów. Nie świadomy wpływ otoczenia na rozwój psychiki młodych wychowanków jest tak doniosły, że lekarze uważają neurozę lat dojrzałych, szczególnie u niewiast, za wynik tego wpływu w latach młodzieńczych, kiedy się wytwarzają podświadome przeszkody uniemożliwiające wewnętrzne zharmonizowanie. „Jeżeli dzieci wyobrażają sobie cnotę w smutnej postaci, a swawolę w przyjemnej i wesołej, wszystko stracone”, mówił biskup Fenelon. A często, niestety, wychowawcy łączą nudę z cnotą, a obowiązek — z przykrością, z poczuciem ciężaru i przez to zrażają dzieci do dobrego.

Istnieje jeszcze prawo rozciągłości uczuć, które polega na tym, że uczucie związane z jednym przedmiotem rozciąga się na wszystkie, co z nim ma jakiś związek. Stąd dla nas drogie są rzeczy osób ukochanych, a wstrętne — osób nudnych i przykrych. Szczególnie to jest ważne przy wychowaniu chrześcijańskim, by idea np. Boga czy N.M. Panny była związana z czymś miłym, radosnym i pięknym. Stąd wynika, że obrazy mają być piękne, o ile przedstawiają nam Świętych. Idea Boga ma być jak słońce, co świeci i grzeje, pociąga i rozwesela. Często pierwsze pojęcie o Bogu nadaje kierunek całemu życiu. Podobnie uczucia moralne sprawiedliwości, władzy i prawa muszą być skojarzone z czymś miłym i radosnym, by się wpajały podświadomie.

„Ażeby dojść do doskonałego wychowania, najważniejszej doniosłości jest czuwanie, by to wszystko — pisze Pius XI we wspomnianej encyklice — co otacza wychowanków w okresie ich formacji, to jest zespół tych wszystkich warunków, które zwykło się nazywać środowiskiem, dobrze odpowiadało zamierzonemu celowi”.

 

*

*   *

        „Moc wychodziła z Niego i uzdrawiała wszystkich” (Łk. 6, 19). I dziś Człowieczeństwo Jezusa, pełne łaski i mocy, wytwarza środowisko wychowawcze tam, gdzie Go wielbią, ufają Mu i kochają.

 

  1. Środki przyrodzone wychowania chrześcijańskiego

 

Formy zewnętrzne życia człowieka są objawem działania jego władz wewnętrznych, których zharmonizowanie — jak poznaliśmy — jest bliższym celem wychowania chrześcijańskiego. Władze te są zmysłowe i duchowe. Do pierwszych można zaliczyć świadomość, pamięć, wyobraźnię i władzę oceniania zmysłowego, czyli władzę orientacji, a do duchowych należy rozum i wola z ich działaniem, czyli czynnościami.

Wszystkie władze zmysłowe wspólne są zwierzętom i ludziom, ale u ludzi wspierają one w poznaniu władze duchowe, a przez to łączą się z nimi jako funkcje jednej i tej samej duszy i powoli same się uduchawiają. Tak świadomość staje się duchową, gdy rozróżnia pomiędzy naszym „ja”, czyli jaźnią, a jej stanami, czyli czynnościami. Uduchawia się pamięć, gdy nie tylko rozpoznaje rzeczy materialne poznane dawniej, ale przechowuje i odtwarza dowolnie pojęcia i logiczne zasady. Tym bardziej uduchawia się wyobraźnia, która w swej zdolności abstrahowania, określania i twórczego kombinowania wskazuje na czynność ducha. Jeszcze w wyższym stopniu uduchawia się władza orientacyjna, gdy mówi nie tylko o pożyteczności lub szkodliwości rzeczy poznanej, lecz wskazuje, że jest ona dobra lub zła pod względem moralnym.

Wewnętrzne władze zmysłowe w człowieku przez łączenie się z władzami duchowymi nie tracą swej zależności od natury przyrodzonej i jej poruszeń, czyli od namiętności, które — jak widzieliśmy — często pozostają w sprzeczności z poruszeniami natury duchowej. Stąd wynika, że dla zharmonizowania władz wewnętrznych trzeba wciąż posługiwać się pewnymi środkami, z których jedne służą bardziej do uduchowienia wewnętrznych władz zmysłowych, a inne — do spotęgowania władz duchowych — rozumu i woli. To rozróżnianie jest raczej teoretyczne, gdyż w praktyce jedne i drugie środki się uzupełniają.

 

  1. a) Środki uduchowienia wewnętrznych władz zmysłowych

 

Stosownie do czterech władz zmysłowych rozróżniamy i cztery środki ich uduchowienia: rachunek sumienia dla uduchowienia świadomości, czytanie duchowe — dla pamięci, pamięć na obecność Boga — dla wyobraźni i akuratność w rzeczach najmniejszych — dla władzy orientacyjnej.

Świadomość jako refleksja rozumu nad psychicznymi procesami jest podstawą wszystkich aktów psychicznych, a tym samym i moralnych: czyn nieświadomy nie jest moralny. Świadomość, jaką człowiek ma o swej moralnej odpowiedzialności, nazywamy sumieniem, w którym stykają się wszystkie władze wewnętrzne. A stąd rachunek, czyli kontrola sumienia prowadzi nie tylko do uduchowienia świadomości, lecz pośrednio do zharmonizowania wszystkich władz wewnętrznych.

Już w starożytnej Grecji wychowawcy przywiązywali do rachunku sumienia wielką wagę tak dalece, że Pitagoras wprowadził go do swego regulaminu jako obowiązkowe ćwiczenie codzienne, a stoicy mówią o nim jako o koniecznym warunku poznania siebie. W Kościele rachunek sumienia nabrał jeszcze większego znaczenia, jak między innymi pisze o nim Orygenes, św. Atanazy, św. Bazyli, św. Jan Chryzostom, św. Jan Klimak. Św. Grzegorz W. podaje sposoby tej praktyki, a Kasjan rozróżnia rachunek sumienia ogólny, dotyczący wszystkich czynów dnia, i szczegółowy, polegający na kontrolowaniu siebie tylko z jednej wady lub cnoty, nad którą w ciągu dnia mamy intensywnie pracować.

Jak w każdej sztuce trzeba nie tylko się ćwiczyć, ale i kontrolować swoje czynności, tak i w sztuce samowychowania, konieczna jest kontrola i wykrywanie niedokładności, by następnie z nich się poprawić. Dlatego kto rzetelnie dąży do zharmonizowania wewnętrznego, winien codziennie pilnie badać sprawy swoje, przypominając pokrótce swoje usterki w myślach, pragnieniach, słowach, czynach i niedbalstwach w rachunku sumienia ogólnym, a w szczegółowym całą uwagę zwrócić na jedną tylko wadę, z której chcemy się poprawić. Taki rachunek sumienia może zadecydować o prawdziwym postępie.

Drugim środkiem uduchowienia władz zmysłowych jest czytanie duchowne, do którego wszyscy Ojcowie przywiązują wielką wagę. Szczególnie święty Hieronim poleca zawsze mieć pod ręką książkę dobrą, która według niego jest puklerzem przeciwko złym myślom. Dzięki czytaniu św. Augustyn przemienił swe życie, a św. Ignacy Loyola z rycerza światowego stał się rycerzem nieba. Stąd czytanie książek dobrych może spowodować w każdym odmianę obyczajów i gruntowną reformą wewnętrzną. Atoli może być i lektura nieodpowiednia, której należy unikać jak zarazy.

Do duchownych ksiąg należy przede wszystkim Pismo św., jako list Boga do ludzi, z którym koniecznie ma się zapoznać każdy, kto obiera sobie Boga za cel ostateczny. Następnie należą tu dzieła OO. Kościoła, szczególnie bezpośrednio traktujące w środkach uduchowienia człowieka; dalej, żywoty Świętych, dzieła mistrzów ascetycznych itp. Celem czytania duchownego jest nie tylko rozwinięcie umysłu, ile raczej obudzenie wartościowych moralnych uczuć przez dostarczenie pamięci odpowiednich obrazów i pobudzenie woli do czynu.

Dla uduchowienia wyobraźni najlepszym środkiem jest pamięć na obecność Boga. To ćwiczenie u chrześcijan łączy się z działaniem łaski i dlatego należy raczej do środków nadprzyrodzonych. Jednak umieszczam to ćwiczenie w tym miejscu ze względu na naturalne skutki tej praktyki, jakimi są: uszlachetnienie wszystkich zmysłów, udoskonalenie myśli, słów i uczynków, oderwanie serca od niskich upodobań oraz wielka pociecha w utrapieniach i niepowodzeniach życiowych.

Bóg jest obecny z natury w stworzeniach przez to, że je utrzymuje w istnieniu i w działaniu, jak mówi Apostoł: „W nim żyjemy, ruszamy się i jesteśmy” (Dz. Ap. 17, 18). Nadto w sposób szczególniejszy jest on obecny przez łaskę w duszy chrześcijanina, wolnej od grzechu ciężkiego. Przez tę dopiero obecność powstaje między Bogiem a duszą niezmiernie serdeczny stosunek, który staje się tym ściślejszy, im bardziej dusza go uświadamia przypominając czynnie obecność Najwyższego. Mistrzowie życia wewnętrznego podają kilka sposobów tego ćwiczenia, ale nie wszystkie jednakowo są łatwe. Myśląc o Bogu, nie należy go wyobrażać w sposób zmysłowy, co męczy umysł; wystarczy wierzyć w jego współdziałanie z każdym mchem, oraz czuwać nad zharmonizowaniem wewnętrznym, gdyż poruszenie namiętności uniemożliwia pamięć o Bogu. Można również sobie wyobrażać, że jesteśmy rybkami, które mają wodę w sobie i wokoło siebie, tak my jesteśmy w Bogu, a Bóg w nas, jak powiedział Zbawiciel: „Trwajcie we mnie, a ja w was” (J. 15, 4). Innym sposobem pamięci o Bogu jest ofiarowanie mu słów i czynów oraz możliwie doskonałe ich wykonywanie. Dusze prowadzące życie uduchowione uprzytamniają sobie obecność Boga przez kontemplację tajemnic, szczególnie tajemnicy miłosierdzia Bożego, ujawnionego w Męce Jezusa.

Wreszcie troska o rzeczy najmniejsze jest środkiem uduchowienia orientacyjnej władzy zmysłowej. Zdawałoby się, że nie ma proporcji między drobnymi rzeczami a wielkimi skutkami i następstwami, jakie zwykle wypływają z małych i drobnych uczynków. W rzeczywistości jednak jest inaczej: w każdej nauce i sztuce wszystko zaczyna się zwykle od rzeczy małych i łatwych i powoli dochodzi się do wielkich, tak samo i w sztuce wychowania chrześcijańskiego. Każda cnota jak gdyby składa się z malutkich stopni, po których trzeba się wspinać powoli, nie przeskakując żadnego, trzeba wzrastać jak drzewo nieznacznie, ale stale zaczynając od ziarnka gorczycznego, do którego Chrystus przyrównywał swój Kościół. Właśnie Zbawiciel obiecał wielką nagrodę za drobne uczynki: „Dobrze, sługo prawy i wierny: żeś w małym był wierny, dam ci władzę nad wieloma: wnijdź do wesela pana twego” (Mt. 20, 21).

Wartość stanowi nie tylko sam uczynek, lecz nadto intencja i zapał, z jakim on bywa spełniany; kto się troszczy o małe rzeczy, uszlachetnia je zwykle wzniosłą intencją i gorącym zapałem, które je czynią doniosłymi. Przez małe rzeczy przysposabiamy się, wprawiamy i przygotowujemy do spełnienia rzeczy wielkich. Bóg również powoli zlewa na ludzi swe łaski i udziela ich coraz więcej tym, którzy przez małe niewierności nie stawiają przeszkód tym łaskom. Jak powoli wzrastają cnoty, tak samo powoli przy zaniedbaniu pracy nad cnotą będą wzrastały złe skłonności, prowadzące do grzechu i występku. Najwięksi zbrodniarze stali się nimi nie odrazu, ale stopniowo; podobnie najwięksi święci, którzy powoli i stale dążyli do celu — doszli wreszcie do harmonii wewnętrznej.

 

  1. b) Środki spotęgowania władz duchowych

 

Wszystkie czynności zmierzające do kształtowania umysłu wychowanka i wzmocnienia jego woli, a w szczególności nauczanie i wychowanie szkolne, służy do spotęgowania władz duchowych. Nas tu obchodzą tylko specjalne środki wychowania chrześcijańskiego, które winien stosować nie tylko wychowanek, lecz i wychowawca przez całe życie. Takimi środkami są rozmyślania codzienne i wynikające z nich postanowienia praktyczne, jak również rozmowy duchowne.

Rozmyślanie jest to modlitwa i jako taka należy raczej do środków nadprzyrodzonych. Mimo to omawiamy je w tym miejscu, gdyż to ćwiczenie jako naturalna praca rozumu wymaga nie tyle poddania się łasce, ile czynnego wysiłku umysłowego w celu wszechstronnego zgłębienia danej prawdy.

Wychodząc z założenia, że nie może być w umyśle, czego by w zmysłach nie było, rozmyślanie należy rozpoczynać od przygotowania bliższego, w którym żywo przedstawiamy sobie przedmiot zmysłowy rozmyślania. Nawet przedmioty umysłowe i abstrakcyjne staramy się wpierw uzmysłowić przez analogiczny przedmiot materialny lub wywołać konkretne wyobrażenie za pomocą opowiadania o jakimś zdarzeniu. Następnie w paru punktach krótko, treściwie i jędrnie zastanawiamy się nad daną prawdą w ciągu półgodziny. W końcu zmierzamy do celów praktycznych, by z dnia na dzień udoskonalać czynności przez nadawanie im czystej intencji, należytej pilności i coraz większego zapału w ich wykonywaniu.

Postanowienia są logicznym wynikiem rozmyślania i zmierzają bezpośrednio do spotęgowania woli. Skoro umysł w rozmyślaniu doskonale poznał jakąś prawdę i przedstawił ją woli jako dobro, wola zwykle sama do tego dobra się skłania. Postanowienia mają być konkretne, szczegółowe, zastosowane do obecnego stanu duszy i oparte na rzeczywistych motywach. Jakkolwiek postanowienia są składową częścią rozmyślania, można je uważać za osobne ćwiczenie, zmierzające głównie do spotęgowania woli i dlatego pożądaną rzeczą jest wzbudzać je nie tylko przy porannym rozmyślaniu, ale i częściej w ciągu dnia. Postanowienia poprawy mają obejmować nie tylko grzechy, lecz i niedoskonałości, a nawet mimowolne poruszenia namiętności szczególnie te, które zaciemniają umysł i ujemnie wpływają na wolę.

Przedmiotem postanowień mogą być: wzbudzanie aktów heroicznych, spełnianie uczynków w czystej intencji, wybieranie zawsze rzeczy lepszej z dwóch dobrych itp. W postanowieniach należy rozróżniać punkt wyjścia i cel, do którego zmierzamy. Punktem wyjścia ma być zmniejszenie grzechów, ujarzmienie nieokiełznanych namiętności, powstających z gwałtownych poruszeń uczuć, pozbycie się niedoskonałości nawet zupełnie niezawinionych itp. Celem zaś tego ćwiczenia jest udoskonalenie naszych myśli, słów i uczynków, by się one z dnia na dzień stawały coraz lepsze i świętsze.

Rozmowy duchowe wychowawców z wychowankami stanowią trzeci środek przyrodzony służący do spotęgowania władz duchowych rozumu i woli. Uzupełnia on wszystkie poprzednie środki i stosownie do roli wychowawcy polega na udzielaniu bezpośredniej pomocy wychowankom w wartościowaniu dóbr, podawaniu motywów, wskazywaniu ideałów i wdrażaniu do stopniowego ich urzeczywistniania oraz kontroli i ocenie postępów.

Prowadzenie rozmów duchownych z wychowankami jest koniecznym warunkiem wychowania chrześcijańskiego i właściwym zadaniem wychowawcy. W czasie takiej rozmowy wychowanek ma dać się poznać wychowawcy i umożliwić mu udzielenia trafnych rad i wskazówek. Odkrycie wad przez wychowanka wymaga wielkiego zaufania do wychowawcy, który dlatego musi być bardzo dyskretny, łagodny, oczytany, świątobliwy i doświadczony. Szczególnie wielki nacisk trzeba położyć na naukę i dyskrecję wychowawcy, by wychowanek był przekonany, że otrzyma rady trafne i by nie miał najmniejszej obawy, iż z powodu rozmów duchownych może go spotkać w przyszłości jakaś przykrość.

W czasie tych rozmów należy smutnych pocieszyć, upadających wesprzeć, wątpiącym dodać nadziei, słowem — postępować jak ojciec, nie zaś jak sędzia. Toteż źle postępuje wychowawca, jeżeli wówczas okazuje ostrość, gniew, opryskliwość albo niezadowolenie w spojrzeniu, słowach lub ruchach, jeżeli przypomina wychowankom braki znane skądinąd i zaraz wymierza karę, jeżeli wychowankom nie wierzy i ich skargi z góry odrzuca, jeżeli na pytanie wychowanka, czy wychowawca nie ma nic mu do zarzucenia, milczy, a jednak w rzeczywistości ma mu coś do zarzucenia, jeżeli słuchając zwierzeń wychowanka, okazuje zdziwienie z powodu jego tak wielkich braków.

Przy słuchaniu zwierzeń wychowanków nie wolno poruszać wad osób trzecich, a jeżeli wychowanek zacznie kogo oskarżać, należy go przestrzec przed możliwością obmowy i na przyszłość stanowczo tego zabronić. Jeżeli wychowawca spostrzeże, że wychowanek przesadza albo kłamie, nie wolno go natychmiast karcić, natomiast po upływie pewnego czasu trzeba mu oświadczyć, że po zbadaniu sprawy okazało się, że w tym wypadku on nie ma racji. Kłamstwo spostrzeżone poza rozmową można sprostować natychmiast albo raczej pozostawić winę bez kary.

Rozmowy duchowne nie powinny nosić charakteru dociekań sędziowskich, dlatego nie wolno w czasie zwierzeń wychowanków przeglądać zeszytów ani czynić w nich notatki, nigdy o nich nie wspominać i nie zmieniać postępowania z wychowankami jak i w stosunku do osób trzecich; jeżeli wychowanek zamilczy o swych wykroczeniach znanych skądinąd, a nawet na postawione w tej materii pytanie wyraźnie zaprzeczy, nie wolno natychmiast go karcić, a raczej skarcenie odłożyć na później. Tak pojęte rozmowy duchowne uzupełniają wszystkie inne środki przyrodzone i są konieczne w wychowaniu chrześcijańskim, albowiem miłość własna ustawicznie nam schlebia i często wywołuje złudzenie postępu, gdy go w rzeczywistości nie ma.

 

*

*   *

Najmiłosierniejszy Zbawiciel również prowadził rozmowy duchowne z uczniami, jak np. z Nikodemem, Samarytanką i innymi. Prowadzi on je i po Wniebowstąpieniu, jak np. z Szawłem, który pod ich wpływem stał się Pawłem; prowadzi On je i obecnie. „Słuchajcie dzisiaj głosu Jego: nie chciejcie zatwardzać serc waszych” (Ps. 94, 8).

 

  1. Środki nadprzyrodzone wychowania chrześcijańskiego

 

Stanem nadprzyrodzonym nazywamy taki stan, który przewyższa siły i wymagania natury, a tym samym jest naturze nienależny. Według nauki chrześcijańskiej, Bóg podniósł człowieka do stanu nadprzyrodzonego — do uczestnictwa w swym życiu Boskim, które się uskutecznia przez łaskę. Łaska nie jest substancją, istniejącą samodzielnie, lecz przypadłością, tkwiącą w duszy ludzkiej; przez nią rodzimy się z Boga i otrzymujemy jak gdyby nową naturę, a raczej nadnaturę, nie przestając być ludźmi. Natura jest podkładem dla łaski, która ją przemienia, uszlachetnia i podnosi do stanu wyższego.

Bóg udzielił pierwszym ludziom darów pozaprzyrodzonych, (jakimi są: nieśmiertelność ciała, dar wiedzy i opanowanie namiętności oraz płynąca stąd harmonia wewnętrzna) i daru ściśle nadprzyrodzonego — łaski uświęcającej, z którą łączyły się cnoty wlane i dary Ducha Św. oraz łaski uczynkowe. Przez grzech pierworodny pierwsi rodzice utracili jedne i drugie dary: nie mając tych darów, nie mogli ich przekazać swemu potomstwu i dlatego ludzie przychodzą na świat bez łaski uświęcającej i darów pozaprzyrodzonych, co im się poczytuje za grzech. Nie jest to grzech osobisty, ale grzech natury, grzech pierworodny, będący wynikiem grzechu uczynkowego pierwszych rodziców.

Najmiłosierniejszy Zbawiciel przez swą mękę i śmierć nie tylko wynagrodził Bogu za wyrządzoną mu obrazę oraz pojednał ludzkość z Bogiem, ale nadto wysłużył nam wszystkie łaski utracone (łaskę uświęcającą i uczynkową, cnoty wlane, dary Ducha św.) i oprócz tego jeszcze łaskę leczącą, która szczególnie przyczynia się do uzdrowienia naszej natury z ran i odbudowania harmonii wewnętrznej. Łaska uświęcająca spełnia swoje zadanie natychmiast, skoro tylko się zetknie z duszą, uzdrowienie zaś natury z ran i przywrócenie harmonii wewnętrznej odbywa się powoli i stopniowo.

W dążności do zaprowadzenia harmonii wewnętrznej, łaska opiera się na czynnej współpracy człowieka; dlatego w wychowaniu chrześcijańskim środki przyrodzone są konieczne, ale ze względu na cel jego nadprzyrodzony, są niewystarczające i niewspółmierne; występuje tu konieczność środków nadprzyrodzonych, z których jedne za pośrednictwem usilnej pracy człowieka wyjednywują łaskę, a inne ją sprowadzają bezpośrednio.

 

  1. a) Środki wyjednywujące łaskę Bożą

 

W chrześcijaninie żyjącym w stanie łaski wszystkie środki przyrodzone pod pewnym względem przekształcają się w nadprzyrodzone, o ile są stosowane również pod wpływem łaski. W tym miejscu będzie mowa o takich środkach nadprzyrodzonych, których skuteczność zależna jest głównie od nadprzyrodzonego działania łaski. Są to środki wyjednywujące łaskę Bożą, jak modlitwa w rozmaitych rodzajach, akty strzeliste i rekolekcje.

Modlitwa według św. Jana Damasceńskiego jest wzniesieniem umysłu do Boga dla uproszenia rzeczy potrzebnych. Św. Augustyn rozumie modlitwę jako rozmowę z Bogiem, a św. Grzegorz z Nyssy określa ją jako serdeczne przestawanie z Bogiem. Zarówno wzniesie nie umysłu jak i rozmowa oznaczają nasz osobisty wysiłek w celu skupienia władz wewnętrznych i skoncentrowania ich w Bogu. Stąd by wynikało, że modlitwa jest czynnością przyrodzoną. Atoli w obecnym stanie ludzkości trzeba zaliczyć ją do środków wychowania nadprzyrodzonych ze względu na jej skuteczność: odrywa nas bowiem od stworzeń, jednoczy z Bogiem i wyjednywa łaskę, która nas wewnętrznie przekształca. Ta skuteczność modlitwy jest niewspółmierna z naszym osobistym wysiłkiem i wynika z działania łaski wysłużonej przez Najmiłosierniejszego Zbawiciela.

Modlitwa obejmuje i harmonizuje wszystkie władze wewnętrzne człowieka i uzupełnia wszystkie środki wychowania; łączy w sobie wszystkie akty cnót zarówno obyczajowych jak i teologicznych; daje duszy światło i mądrość, wyrywa ją z boleści i nędzy, daje hart i siłę; rodzi wiarę, nadzieję, miłość, żal, umartwienie, pokorę, pokutę i poprawę; podnosi duszę do nieba, łączy ze Stwórcą, a przez to prowadzi do głównego celu wychowania. Atoli nie zawsze przynosi ona pożądane owoce, gdyż natrafia na liczne przeszkody, z których największymi są roztargnienia i powstające z nich tak zwane oschłości, o których już mówiłem w tomie trzecim niniejszej pracy.

Szczególne trzeba modlić się o nawrócenie grzeszników, po zostających w grzechu śmiertelnym; o poprawę sprawiedliwych, służących Bogu ozięble; o wytrwanie ludzi doskonałych, o potrzeby doczesne i wieczne dla naszych dobroczyńców, do których należą nasi przeciwnicy dostarczający okazji do zasług; o odpokutowanie na tym świecie za grzechy, o powiększenie chwały błogosławionych. Te bowiem cele były przedmiotem modlitwy cierpiącego Chrystusa.

Akty strzeliste polegają na krótkich, z nagła wyrywających się z duszy ku Bogu westchnieniach, obudzających miłość i przeszywających serce. Nazywają się strzelistymi, gdyż szybko odpędzają wszelkie pokusy, jak strzały odpędzają nieprzyjaciela. Można je wywoływać zawsze, nie przerywając swych codziennych zajęć i w taki sposób spełnić polecenie Jezusa: „Zawsze należy się modlić i nie ustawać” (Łk. 18, 1). Formułki aktów strzelistych można układać samodzielnie, brać gotowe z Pisma św. lub z dzieł pisarzy ascetycznych. Można je wywoływać wewnętrznie w umyśle i woli lub wypowiadać ustami.

Najskuteczniejsze są akty miłości Boga obok aktów żalu, które torują drogę aktom adoracji, uwielbienia, dziękczynienia, przebłagania, prośby i zadośćuczynienia, a najpotrzebniejsze dla nas w ucisku i trudnościach są akty ufności w miłosierdzie Boże, np. „Jezu, ufam Tobie!”, „Okaż nam, Panie, miłosierdzie Swoje”. „Zmiłuj się nad nami, Panie, według wielkiego miłosierdzia Swego” itp.

Jakkolwiek akty strzeliste można wzbudzać zawsze, szczególnie należy to czynić przy ćwiczeniach pobożnych (rozmyślaniu, rachunku sumienia, słuchaniu Mszy św. itp.); jest to najlepszy środek na roztargnienia i oschłości. Widok stworzeń nierozumnych i żywiołów winien przypominać ich Stwórcę, który opatrznościowo kieruje wszystkim i pobudzać do głębokich ku niemu westchnień. Przede wszystkim czynić to trzeba wówczas, gdy te stworzenia lub żywioły nam szkodzą, np. przy gwałtownym deszczu, w czasie szalejącej burzy, upału lub nadmiernego zimna, itp.

Rekolekcje — jest to jakby zebranie wszystkich lub kilku środków wychowania chrześcijańskiego i wyłączne ich stosowanie w pewnym dłuższym lub krótszym okresie czasu. Te Ćwiczenia znane były już od dawna, ale szczególnie rozwinął i uzasadnił je św. Ignacy Loyola († 1566) T.J. w wiekopomnym swym dziełku „Ćwiczenia duchowe”. Rekolekcje są najskuteczniejszym lekarstwem na wszystkie choroby duszy, powodując u jednych poprawę obyczajów, u innych początek i postęp w doskonałości, a u wszystkich pomnożenie zapału i gorliwości w służbie Bożej oraz coraz lepsze poznawanie Boga i siebie.

Odpowiednio do rozmaitych skutków mogą być rozmaite cele rekolekcji; jednak zawsze trzeba mieć na względzie wewnętrzne odnowienie, które — jak odnowienie starej figury — polega na oczyszczeniu z brudów i przyobleczeniu duszy w szaty odpowiednich cnót. Trzy rodzaje brudów zniekształcają w nas obraz i podobieństwo Boże: grzechy, niedoskonałości i kary ciążące na nas za grzechy już odpuszczone. Z grzechów oczyszczamy się w sakramencie pokuty, z niedoskonałości — przez ich obrzydzenie i unikanie, od kar zaś należnych uwalniamy się przez akty wewnętrzne pokuty, pochodzące z gorącej miłości Boga. To są główne cele każdych rekolekcji.

Fundamentem odnowienia jest przekonanie mocne o jego konieczności i bezwzględne usunięcie tego, co w nas zniekształca obraz Boży. Konieczność odnowienia wewnętrznego wypływa z natury ludzkiej, stworzonej na obraz i podobieństwo Boże, z zewnętrznej wszechobecności Boga, z szczególniejszej obecności jego w duszy człowieka sprawiedliwego, a tym bardziej w duszy chrześcijanina przez łaskę. Tu nie chodzi tylko o oczyszczenie się z grzechów śmiertelnych, lecz i powszednich, od których nikt nie jest zupełnie wolny. Najczęściej spotykają się następujące grzechy powszednie: płoche posądzania ze słów, czynów, intencji, opuszczeń i sposobu postępowania bliźnich, połączone zwykle z pewną odrazą i niechęcią do nich, czasami z pewną pogardą i odwróceniem, a nieraz z radością, gdy ich spotka niepowodzenie lub upokorzenie; niedbalstwo w odpędzaniu nieczystych myśli i wyobrażeń; zbrukanie sławy bliźniego przez obmowy; ciekawe spojrzenia zbyteczne; obcowanie z osobami będącymi okazją do grzechu; zezwolenie na jakikolwiek grzech powszedni; niedbalstwo w kulcie Boga itp. Te małe wykroczenia zanieczyszczają obraz Boży w duszy i na rekolekcjach muszą być usunięte.

Na rekolekcjach mamy nadto rozbudzić w sobie wielkie pragnienie doskonałej świętości oraz rozważyć i zapragnąć cnót, które czynią nas podobnymi do Boga; są to cnoty: czystość sumienia, cierpliwość w przeciwnościach, łagodność, wytrwałość w postanowieniach, pamięć na obecność Boga, tolerowanie rozmaitych niesprawiedliwych posądzeń i oszczerstw, głęboka pokora, czystość panieńska, pogarda rzeczy doczesnych, zamiłowanie ubóstwa, uczynność względem potrzebujących i inne cnoty.

Wreszcie na rekolekcjach trzeba się przygotować do znoszenia rozmaitych krzyży, przewidując i pragnąc ich jako należnej kary za grzechy, koniecznego warunku poprawy i odmiany życia, zadośćuczynienia Panu Bogu za obrazę, współudziału w cierpieniach Chrystusa oraz pewnego znaku zbawienia. Trzeba również troszczyć się o uniknięcie kar czyśćcowych, znosząc kary doczesne, spełniając włożoną przez spowiednika lub dobrowolnie przyjętą pokutę, zyskując odpusty oraz praktykując cnoty heroiczne, wykonywane w czystej intencji.

Nie wszyscy odnoszą należyty pożytek z rekolekcji z następujących powodów: brak skupienia w pewnym określonym czasie i miejscu, brak postanowień konkretnych na ćwiczeniach, obcowanie w tym czasie z osobami innymi, nieprzygotowanie do ćwiczeń i nienależyte ich odprawianie, oddawanie się w tym czasie innym zajęciom, np, studiom itp.

 

  1. b) Środki dające i pomnażające łaskę

 

Środki przyrodzone wychowania chrześcijańskiego zmierzając wprost do harmonii wewnętrznej, zarazem przygotowują człowieka do zjednoczenia z Bogiem, co jest — jak widzieliśmy — dalszym celem głównym wychowania. Modlitwa, akty strzeliste i rekolekcje bliżej przygotowują człowieka do tego zjednoczenia i wyjednują łaskę. Samo zaś zjednoczenie z Bogiem przez łaskę uświęcającą dokonywa się przede wszystkim w sakramentach świętych, z których jedne dają tę łaskę, a inne ją pomnażają.

Chrzest i sakrament pokuty z ustanowienia Chrystusa przeznaczone są do udzielania łaski uświęcającej. O tych sakramentach mówiliśmy obszernie w tomie trzecim niniejszej pracy oraz w drugim rozdziale tomu czwartego, gdy było mowa o Liturgii Niedzieli Przewodniej. W tym miejscu wystarczy tylko podkreślić najważniejszy warunek sakramentu pokuty, jakim jest żal za grzechy. Trzeba go obudzać i poza spowiedzią, szczególnie przy ogólnych i szczegółowych rachunkach sumienia, a zwłaszcza zaraz po upadku. Dobrze jest ćwiczyć się w habitualnym, czyli stałym żalu za grzechy własne i za grzechy innych braci naszych, którzy może są w stanie grzechów ciężkich i nie pamiętają o konieczności poprawy.

Prawo kanoniczne nakazuje zakonnikom i zakonnicom spowiadać się raz na tydzień, a kapłanom często, nie tylko w celu uzyskania odpuszczenia grzechów, lecz i zabezpieczenia się przed nimi, albowiem sakrament ten daje szczególniejszą łaskę sakramentalną przy zwalczaniu pokus. Dlatego częsta spowiedź — przynajmniej co dwa tygodnie — jest wskazana dla wszystkich wiernych rzetelnie dążących do zharmonizowania władz wewnętrznych.

Na spowiedzi penitent obowiązany jest do szczerości i dokładności w wyjawianiu nie tylko swych grzechów, lecz i niedoskonałości, by ułatwić spowiednikowi kierownictwo. Spowiednik musi zdobyć za ufanie penitenta przez swoją gruntowną wiedzę, doświadczenie i odznaczać się łagodnością, szczodrobliwością, wspaniałomyślnością, wielkodusznością, sprawiedliwością i dyskrecją w najwyższym stopniu. Ta ostatnia cecha spowiednika obowiązuje go pod ciężkim grzechem specjalnie zastrzeżonym Stolicy Apostolskiej (kan. 2369).

Sakrament Ołtarza pomnaża łaskę uświęcającą i stanowi najskuteczniejszy środek wychowania chrześcijańskiego. Znać dobrodziejstwa tego środka i pisać o nim nie potrafi ani umysł ludzki ani rozum anielski, a tylko Ten, który chciał i mógł sprawić w nim tak wielkie i liczne skutki. Skutkami tymi są: pomnożenie łaski uświęcającej, a z nią wlanych cnót teologicznych i moralnych oraz darów Ducha św.; zgładzenie grzechów powszednich pod warunkiem żalu za nie; usunięcie lub przynajmniej zmniejszenie kar czyśćcowych; zjednoczenie fizyczne z ciałem i krwią, duszą i bóstwem Najmiłosierniejszego Zbawiciela; zjednoczenie duchowe z Trzema Osobami Trójcy Przenajświętszej; zjednoczenie duchowe ze wszystkimi komunikującymi; zmniejszenie podniety grzechowej w namiętnościach, co powoli prowadzi do całkowitego panowania nad nimi.

Sakrament Ołtarza godnie przyjęty daje nam nie tylko taką lub inną łaskę, lecz samego Dawcę łask wszelkich, który jest przyczyną zasługującą i sprawczą wszelkich cnót, darów i łask, jakich Bóg udziela ludziom. Jak chleb podtrzymuje życie przyrodzone, tak Eucharystia — nadprzyrodzone, działając przez postacie pozostające w nas przez jakiś czas po spożyciu. Wprawdzie samo pozostawanie postaci nie zwiększa skutków sakramentu, jeśli jednak człowiek coraz bardziej się przysposabia, powiększają się one w nim przez jego osobisty wysiłek. Wreszcie ten sakrament zabezpiecza nas przed pokusami, zapewnia zmartwychwstanie po śmierci, pobudza do wielkiej pobożności i coraz gorętszej miłości Boga i bliźniego.

Atoli nie zawsze doznajemy tych skutków Sakramentu Ołtarza, a to z powodu następujących przyczyn: dobrowolnych grzechów powszednich, niedbalstwa w przygotowaniu się i dziękczynieniu, niedbalstwa w wykonywaniu aktów poszczególnych cnót, przywiązania do rzeczy doczesnych, niedoceniania i płynącego stąd niepragnienia tych skutków, wreszcie zawinionego nieuszanowania w samym przyjęciu, a szczególnie braku czystej intencji. Eucharystia tedy będzie punktem środkowym wychowania chrześcijańskiego tylko przy osobistej pracy przyjmujących.

Jakkolwiek Sakrament Ołtarza powoduje skutki w duszy człowieka przez samo jego przyjęcie (ex opere operato), ujawnienie się ich zależy od pracy osobistej przyjmującego, od dobrego przygotowania i należytego dziękczynienia. Przygotowanie może być dalsze i bliższe. Przygotowanie dalsze polega na pilnym wystrzeganiu się grzechów, a przede wszystkim wykroczeń mowy: język dotykający Boga w Eucharystii winien być świętym trybularzem, którego nie można napełnić sprośnym dymem słów grzesznych, lecz wonnym kadzidłem rozmów świątobliwych. Chleb i napój anielski nie dadzą posiłku duszy, gdy ciało nadużywa chleba i napoju ziemskiego. Nadto trzeba ustawicznie wzrastać w miłości Boga i bliźniego, w miłości nieprzyjaciół, w świadczeniu uczynków miłosiernych itp.

W przygotowaniu bliższym i bezpośrednim należy czuwać nad czystością sumienia, rozważać wzniosłość Eucharystii jako sakramentu i jako ofiary; rozważać zniewagi wyrządzone przez złych ludzi i cześć składaną przez pobożnych, wreszcie uczynić intencję, w jakiej chcemy przyjąć ten sakrament, wzbudzając akty wiary, nadziei, miłości, żalu, pragnienia, prośby itp. Po przyjęciu Ciała Pańskiego trzeba przynajmniej przez kwadrans pomodlić się, następnie nie oddawać się zajęciom rozpraszającym, o ile to jest rzeczą możliwą, oraz pozostawać w największym szacunku wewnętrznym i zewnętrznym, wzbudzając akty pokory, adoracji, dziękczynienia i prośby.

Inne sakramenta św. pomnażające łaskę uświęcającą są również skutecznymi środkami wychowania chrześcijańskiego, szczególnie dla wszystkich sakrament bierzmowania, który ułatwia przebywanie w atmosferze Ducha Św., będącego przyczyną sprawczą naszego uświęcenia. O każdym z tych sakramentów mówiliśmy obszerniej w tomie trzecim niniejszej pracy, dlatego w tym miejscu wystarczy podkreślić, że jakkolwiek one wywierają zbawienne skutki przez samo ich przyjęcie (cx opere operato), to jednak ujawnienie się tych skutków w dużej mierze zależy od osobistej pracy przyjmujących, od ich należytego przygotowania i dziękczynienia. Należy czynnie współpracować z łaską Bożą, wzbudzać w sobie gorliwość i zapał w spełnianiu tego wszystkiego, co może posłużyć ze strony naszej do zharmonizowania władz duszy i ciała.

 

*

*   *

Najmiłosierniejszy Zbawiciel zostawił nam nie tylko swoją naukę, która leczy ranę niewiedzy w rozumie, nie tylko dał najwznioślejszy przykład harmonii wewnętrznej, który pobudza nas do osobiste go wysiłku w pracy wychowania i samowychowania, a tym samym leczy ranę słabości; nie tylko wysłużył nam liczne łaski, które leczą rany złości i pożądliwości pozostałe po grzechu pierworodnym, ale chciał nadto sam z nami pozostać w Sakramencie Ołtarza, by łączyć się z nami w sposób najdoskonalszy jak pokarm z ciałem, które zasila i w które się przekształca. Jest to objaw największego miłosierdzia Bożego, bo przecież na to nie zasłużyliśmy w najmniejszym stopniu.

 

  1. Spowiedź młodych — najskuteczniejszym środkiem wychowawczym

 

Sakrament pokuty nazywany powszechnie spowiedzią (która jest tylko jednym z jego warunków), jest najskuteczniejszym środkiem wychowawczym nie tylko dla życia wiecznego, ale i dla doczesnego, tak dla wychowania jak i samowychowania chrześcijańskiego. Jeżeli bowiem wychowanie jest dążnością do wewnętrznego zharmonizowania władz cielesnych i duchowych, a świadomość winy popełnionej i wyrzuty sumienia towarzyszące tej świadomości są największą przeszkodą w osiągnięciu tej harmonii, to środek gładzący tę winę i przy wracający spokój sumienia, będzie bezsprzecznie środkiem najbardziej skutecznym.

Wielu nie zdaje sobie sprawy z wychowawczych wartości sakramentu pokuty dla młodzieży: przewyższa on wszystkie inne środki wychowawcze, o ile jest należycie stosowany. Wprawdzie największą wartość spowiedzi stanowi łaska Boża, ale ta łaska i działanie jej w duszy uzależnione są od pewnych warunków. I nie ma drugiego sakramentu, którego by działanie było tak uzależnione od współpracy udzielającego i przyjmującego, jak działanie sakramentu pokuty. Ponieważ przy jednostronnym podkreślaniu nadprzyrodzonej skuteczności spowiedzi (ex opere operato) często pomijamy jej psychologiczne i pedagogiczne warunki (ex opere operantis), które szczególnie w spowiedzi młodzieży mają wielkie znaczenie, przeto trzeba je tu przy pomnieć.

 

  1. a) Spowiedź dzieci

 

W wychowaniu chrześcijańskim spowiedź dzieci odgrywa pierwszorzędną rolę, ponieważ łaska sakramentalna i rady spowiednika zarówno podnoszą dziecko z upadku jak i zabezpieczają przed nim na przyszłość oraz usuwają braki w formującym się charakterze młodych ludzi. Atoli skutki te sprowadza tylko dobrze odprawiona spowiedź. Dwie przyczyny mogą spowodować u dzieci spowiedź niepoprawną: nieświadomość i bojaźń.

W pierwszym wypadku trzeba dzieci należycie pouczyć i przygotować, a w drugim — należy z ojcowską pieczołowitością je ośmielić, pomóc i dodać otuchy. Św. Alfons Liguori kładzie wielki nacisk na miłość i jak największą łaskawość spowiednika w stosunku do dzieci, by się one nie obawiały oskarżać i nie stroniły od sakramentu pokuty. Aby zachęcić je do szczerości, trzeba im przypomnieć, że Bóg wie o wszystkim, że spowiednik nikomu nie powie, co mu dzieci wyznają i że zataić grzech jest większą obrazą Boga niż zgrzeszyć.

Aby spowiedź była całkowita, spowiednik winien pytać, ale wpierw niech dzieci same mówią, póki się nie spostrzeże, że one się boją lub wstydzą albo niedokładnie się oskarżają. Nie wolno pominąć pytania, czy poprzednia spowiedź była szczera i czy teraz czego one nie przemilczały. W pytaniach i upomnieniach należy pobudzać dzieci do pobożności, posłuszeństwa, zamiłowania sprawiedliwości, grzeczności, braterskiej i koleżeńskiej miłości.

Pożyteczną rzeczą będzie przypomnieć, jak spowiednik ma się zachować przed, w czasie i po spowiedzi dzieci. Aby dzieci ośmielić, należy przed spowiedzią dać się im nieco poznać. W tym celu moraliści radzą spowiednikowi przed spowiedzią porozmawiać z dziećmi jak najłagodniej, a przy większym ich skupieniu mieć do nich krótką zachęcającą naukę utrzymaną w tonie ojcowskiej miłości i łaskawości. Treścią tego przemówienia mogą być rzeczy konieczne do zbawienia, albo warunki do tego sakramentu; można również praktycznie pokazać, co należy czynić przed, w czasie i po spowiedzi, można też przypomnieć o potrzebie szczerości ze strony penitenta i sekrecie ze strony spowiednika.

W czasie spowiedzi spowiednik ma pozwolić dzieciom swobodnie się wypowiedzieć i wyznać swoje grzechy. Jeżeli w wyznaniu zauważy jakie braki, spowiednik winien je uzupełnić łagodnymi pytaniami, np. czy rano i wieczór odmawiają pacierz? czy w niedzielę i święta bywają na Mszy św.? jak się w kościele zachowują? Następnie trzeba zapytać je co do wzywania Imienia P. Boga, posłuszeństwa, gniewu, przezwisk, słów, żartów i czynów nieskromnych, z którymi się kryły przed starszymi, zatrzymania cudzych rzeczy, kłamstwa, żartów szkodliwych, pilności w nauce itp. Nie można pominąć pytań co do ilości grzechów większych. Nie wszystkie pytania zawsze powtarzać. W sprawie szóstego przykazania należy zachować ostrożność, by nie wzbudzić u dzieci grzesznej ciekawości, szczególnie u dzieci młodszych.

Po wyznaniu grzechów należy pouczyć dzieci o środkach do ich unikania, jednak nie mówić o lekkich grzechach jako o ciężkich, ale zaznaczyć, że i małe grzechy nie podobają się Bogu. Do żalu nie należy pobudzać długim przemówieniem, którego dzieci nie zapamiętają, lecz krótkimi i jędrnymi słowami, np. „Łaska i cnota czynią cię podobnym do anioła, a grzech — do diabła”. „Czy kochasz Boga, który jest pięknym i dobrym Panem?”. „Czy chciałbyś znowu ukrzyżować Chrystusa?”, „Czy chcesz znowu zasmucać Matkę Najświętszą?” — „swojego Patrona i Anioła Stróża?” Jeżeli dzieci spowiadają się tylko z grzechów powszednich, trzeba krótko powiedzieć im o czyśćcu, o karze za grzechy w tym życiu itp. Jeżeli widzimy, że u dzieci nie ma przywiązania do grzechu, wówczas łatwo pobudzić je do aktów miłości i skruchy.

Pokutę trzeba dostosować do wieku i wykroczeń, ma być ona lżejsza niż dla dorosłych, łatwiejsza i możliwa do odprawienia natychmiast, by potem nie zapomniały, zachęcić do nabożeństwa do Matki Boskiej, Anioła Stróża, do modlitwy o szczerą poprawę i dobre życie. Na ogół nie wolno dzieciom odmawiać rozgrzeszenia, jeżeli mają przynajmniej żal dostateczny i postanowienie poprawy. Naturalną żywość dzieci, jak śmiech i bawienie się w kościele nie można uważać za brak usposobienia. Przy wątpliwości, czy dzieci wyznające grzechy śmiertelne dostatecznie używają rozumu i są dobrze usposobione, można je rozgrzeszyć w niebezpieczeństwie śmierci i dla zadośćuczynienia paschalnej Komunii św.

Przy wątpliwym usposobieniu, po udzieleniu upomnienia, trzeba pozostawić dzieci bez rozgrzeszenia, by nie narażać sakramentu na nieważność, a w wypadku niebezpieczeństwa śmierci rozgrzeszyć je pod warunkiem. Przy oskarżaniu się dzieci z czynów nieskromnych nie trzeba od razu upatrywać tam ciężkich grzechów, gdyż mogą być wykroczenia przeciwko przystojności, na które nie trzeba zwracać uwagi. W wypadku ciężkich grzechów należy dzieci przestrzec i w pouczeniu zapobiec upadkom na przyszłość. W praktyce należy dzieci skarcić surowiej za grzechy nieczyste, by się brzydziły wszelką nieskromnością, ale zarazem czynić to z ojcowską miłością, by potem nie zataiły swych grzechów. Dzisiaj po miastach, a nawet i na wsi, można spotkać dzieci zupełnie zepsute, u których złość i uświadomienie uprzedziły znacznie ich wiek. Przyczyną tego są bliskie i niebezpieczne okazje z powodu ciasnych mieszkań. Jeżeli spowiednik dowie się, że dzieci zostają w bliskiej i niebezpiecznej okazji, należy je traktować w takich warunkach jak ludzi dorosłych, a więc żądać, by okazję usunęły same albo poprosiły o to rodziców bez obawy zniesławienia, gdyż chodzi o rzecz wielkiej wagi.

Nie trzeba zobowiązywać dzieci do prośby o przebaczenie, gdyż to jest ponad ich siły; nie trzeba też żądać od nich restytucji, gdyż przeważnie nie są w stanie tego spełnić, chyba że jeszcze posiadają rzecz cudzą. Często matki mylnie informują dzieci o ciężkości grzechów i małe podają za wielkie. Otóż spowiednik obowiązany jest wyprowadzić je z błędu, ale zarazem obudzić w nich wstręt do najmniejszych wykroczeń, którymi się brzydzi Bóg i karze za nie nawet w tym życiu.

Młodocianych recydywistów należy traktować jak i dorosłych, czyli nie okazywać im zbytniej surowości, by nie pobudzać do rozpaczy, ale i nie pobłażać, by nie zaniedbywały pracy nad sobą. W szczególności należy zbadać czy penitent był już upominany i jakich środków użył, czy po użyciu tych środków nie zmniejszyły się upadki? Ile ich było od ostatniej spowiedzi, kiedy i w jakich okolicznościach itp.? Tego rodzaju pytania ułatwią zorientowanie się spowiednika co do rozgrzeszenia i zastosowania odpowiednich środków. Odmówienie rozgrzeszenia dla lekkomyślnych czasami jest najlepszym środkiem, ale gdy wiara penitenta jest słaba, odmówienie rozgrzeszenia nie zawsze pomaga. Toteż Noldin radzi w tym wypadku rozgrzeszać pod warunkiem, szczególnie na spowiedzi wielkanocnej. Tu trzeba użyć wszystkich sił, by recydywistę usposobić i rozgrzeszyć, polecając lepsze środki zapobiegawcze.

Co do grzechów powszednich, trzeba rozróżnić recydywistów ze słabości i ze złej woli, gdy grzeszą z całą rozwagą. W pierwszym wypadku można i trzeba ich rozgrzeszyć, byle tylko obudzili żal choćby za jeden grzech. W drugim zachodzi podejrzenie braku żalu dostatecznego i mocnego postanowienia poprawy. Toteż bez upomnienia i pobudzenia do prawdziwego żalu i poprawy nie wolno ich rozgrzeszać, chyba że dodadzą jakiś grzech z dawnego życia, za który szczerze żałują i rzetelnie obiecują poprawę.

Co do motywów żalu można posługiwać się następującymi: grzech powszedni jest złem większym od jakiegokolwiek zła doczesnego; Bóg karze grzechy powszednie najsurowszymi karami doczesnymi (przykłady z Pisma św.); dusza obciążona grzechem powszednim nie wejdzie do nieba; grzech powszedni prowadzi do grzechu śmiertelnego; grzech powszedni jest nadużyciem wszechmocy Boga i jego darów; grzech powszedni można przyrównać do syna, który nie obraża ojca tak, by go z domu wypędził, ale go zasmuca mniejszymi wykroczeniami.

Wogóle do recydywistów młodocianych można zastosować te same zasady, co dla dorosłych: recydywista po raz pierwszy ma być łagodniej traktowany; łatwiej można rozgrzeszyć niepowściągliwych ze słabości niż nałogowców; recydywistów formalnych z braku mocnej woli można rozgrzeszyć warunkowo w następujących wypadkach: w niebezpieczeństwie zagrażającym życiu; w konieczności przystąpienia do innych sakramentów; gdy nie będzie prędko okazji do spowiedzi; gdy penitent może być narażony na zniesławienie; w obawie rozpaczy penitenta; gdy przewidujemy, że penitent do spowiedzi nie powróci. Ale w tych wypadkach recydywistów rozgrzeszać nie wolno, jeżeli na pewno wiadomo, że nie dobrze są oni usposobieni.

 

  1. b) Spowiedź młodzieży

 

Jeszcze większe znaczenie w wychowaniu chrześcijańskim ma spowiedź młodzieży starszej, gdyż młodzież ta jest narażona na większe niebezpieczeństwo. W naszych czasach niebezpieczeństwa te znajdują się na każdym kroku. W przewrotnych towarzystwach, gorszących książkach, zdeprawowanych nauczycielach, niebezpiecznych rozrywkach i ludzkich względach. Dlatego trzeba często przypominać młodzieży doniosłość łaski, jaką otrzymujemy w sakramencie pokuty, o której najczęściej nie mają pojęcia. Jest to łaska sakramentalna właściwa tylko temu sakramentowi, która pomaga do zwalczania pokus i wychowania pełnowartościowej osobowości.

Spowiedź zawsze sprawia penitentowi pewną przykrość i trzeba przeciwstawiać jej nadzwyczaj błogie skutki tego sakramentu, aby pobudzić młodzież do częstej spowiedzi. Łaska sakramentalna pokuty działa stopniowo na duszę, lecząc jej rany zadane przez grzech pierworodny, usuwając pozostałości grzechowe, a tym samym wspiera człowieka w samowychowaniu jak żaden inny środek. Nadto trzeba zdobyć zaufanie młodzieży traktując ją zawsze serdecznie z ojcowskim uczuciem a zarazem z męską powagą. Za wszelką cenę trzeba wystrzegać się surowości w postępowaniu i przy każdej sposobności okazywać współczucie i wyrozumiałość.

Może nigdy w życiu człowiek nie potrzebuje tyle porady, ile w tym najniebezpieczniejszym okresie młodzieńczym w walce z namiętnościami, w wyborze powołania, do którego Bóg przeznacza. Otóż spowiednik ma być dla młodzieży doradcą, przyjacielem i kierownikiem, o ile pozyska zaufanie, które zdobywa się nie pompatyczną powagą ani despotyzmem, lecz miłością ojcowską, poświęceniem, samozaparciem się i ofiarnością, jaką młodzież zawsze potrafi należycie ocenić.

Troska o chorą młodzież, współczucie słowami, a tym bardziej czynne wsparcie również zjednywa młodzież i jest jednym z warunków zdobycia zaufania. Bardziej niebezpieczną jest choroba duszy niż ciała, albowiem leczenie duszy jest trudniejsze, wymaga dużego doświadczenia i wiedzy. Młodzież często przynosi do konfesjonału ciężkie choroby duchowe, rozmaite nałogi, których leczenie wymaga wielkiej cierpliwości i wyrozumiałości, a najbardziej dyskrecji. Najmniejsze pod tym względem uchybienie, które może niepostrzeżenie ujść u osób innych, pozostawi niezatartą plamę u spowiednika w oczach młodzieży. Nie mówię tu o złamaniu tajemnicy spowiedzi, co jest rzeczą absolutnie wykluczoną, ale o dyskrecji w codziennym obcowaniu.

Przytoczę tu zdanie O. Łęczyckiego T.J. († 1653) o spowiedniku nieodpowiednim dla młodzieży, z którego łatwo wywnioskować jakim on być powinien. Spowiednik nieodpowiedni nie stara się poznać głównej wady, traktuje wszystkich penitentów jednakowo, nie uwzględnia indywidualnych upadków przy zadawaniu pokuty, nie stara się wpierw wykorzenić wad charakteru zanim zaszczepia cnoty, nie jest wyrozumiały na mały postęp początkujących i od razu wymaga od nich za dużo, troszczy się o podrzędne cechy charakteru a lekceważy istotne, przyspiesza albo odkłada stosowanie środków wychowawczych, wątpi o możliwości poprawy i odbiera nadzieję penitentowi, jest pompatyczny i nadęty w stosunkach prywatnych i nie zapobiega występkom młodzieży.

Największą trudność ma młodzież w walce z budzącymi się namiętnościami i trzeba koniecznie pomóc w ich ujarzmieniu. Przede wszystkim należy wyzyskać dominującą namiętność, jaką może być pycha, zmysłowość, lenistwo, gniewliwość. Po jej odkryciu trzeba przekonać tego osobnika o konieczności jej ujarzmienia i poddaniu rozumowi i woli, a tę ostatnią — woli Bożej. Stosownie do zauważonych chorób duszy trzeba zastosować odpowiednie środki lecznicze. Tym, którzy są skłonni do przyjemności zmysłowych albo już im ulegają, trzeba zalecić odpowiednie umartwienie, umiłowanie ideału, by skierować energię do wyższych rzeczy. Gwałtownym — należy wskazać na przykład cichego Chrystusa i zalecić odpowiednie akty strzeliste. Leniwym — przepisać jakąś pracę i ustawiczny wysiłek woli. Najbardziej zaś spowiednik ma czuwać nad tym, by zachować młodzież od cielesnych upadków, które, gdy przejdą w nałóg, rujnują zdrowie fizyczne i moralne i uniemożliwiają wszelkie oddziaływanie wychowawcze.

Trzeba koniecznie pomóc młodzieży w wyznaniu wykroczeń przeciwko 6 przykazaniu. To wyznanie trudno przychodzi jednostkom o temperamencie cholerycznym i melancholijnym, gdyż one czekają przeważnie na odpowiednie pytania. Dlatego mając takich penitentów, szczególnie przy spowiedzi z dłuższego okresu, należy ich wprost pytać, stopniując pytania w razie potwierdzenia pierwszych. O ile penitent wyzna, że popełnił grzech po raz pierwszy, trzeba się nim poważnie i szczerze zająć, mówiąc o doniosłości chwili, że od tego, czy opanuje swój popęd zależy jego charakter, jego religijność i cała jego przyszłość. Tu słowa wychowawcy padają na bardzo podatny grunt. Jeżeliby zaś krótko załatwił penitenta, ten miałby wrażenie, że właściwie nic tak bardzo złego nie zaszło.

Najtrudniej jest spowiadać nałogowców, nie ze względu na brak u nich żalu, przeciwnie, oni żałują głęboko i gardzą sobą, a nieraz popadają w rozpacz. Surowość osiąga tu skutek przeciwny. Toteż do takich penitentów trzeba się odnieść ze współczuciem i wyrozumiałością, podnieść ich na duchu, wmówić im, że się poprawią, o ile zastosują odpowiednie środki przyrodzone i nadprzyrodzone, np. unikanie okazji, stały porządek pracy, abstynencję od trunków, sport, zabiegi hydropatyczne, modlitwę, szczególnie do Matki Boskiej i Najmiłosierniejszego Zbawiciela, częste przystępowanie do sakramentów św., akty strzeliste itp. U nałogowców trzeba koniecznie obudzić nadzieję zwycięstwa przez nienawiść występku, męstwo, umiarkowane umartwienie i spowiedź natychmiast po upadku, możliwie u tego samego spowiednika, który ma wiedzieć, jak dawno ten nałóg istnieje, jakie kompleksy ma penitent i jakie są okoliczności upadku.

Jeśli chodzi o pokutę i rady dawane młodzieży, to powinny one zmierzać do wykorzenienia złych przyzwyczajeń i nabycia dobrych, np. należyte odmawianie porannego i wieczornego pacierza, praktyka rachunku sumienia, słuchanie Mszy św., unikanie pokarmów poza ustalonymi godzinami, unikanie pewnych osób itp. Trzeba upominać, by młodzież wystrzegała się poufałości i zmysłowego spoglądania na płeć inną, dwuznacznych rozmów, nieprzyzwoitych widowisk, niestosownych książek, a zlecając jej czytanie książek kształcących rozum i formujących charakter.

Nie można pominąć ważności spowiedzi dla młodzieży w wyborze stanu i powołania. Powołanie jest to szczególne przeznaczenie do takiego lub innego stanu. Bóg daje każdemu odpowiednie powołanie oraz udziela odpowiednich łask wewnętrznych i pomocy zewnętrznych. Obowiązkiem młodzieży jest poznać swoje powołanie, a kierowników — pomóc w wyborze. Jednych Bóg powołuje nagle do takiego lub innego stanu (św. Paweł), a innych skłania powoli przez refleksje naturalne, a czasami przez natchnienia w czasie modlitwy. Natchnienie i refleksja są najlepszym wskaźnikiem, gdyż czasami samo natchnienie może być czystym złudzeniem.

Aby rozpoznać powołanie, trzeba dużo się modlić i pilnie badać pobudki, usuwając wszelkie względy ludzkie. Po rozpoznaniu powołania unikać jednak kategorycznych nakazów jak np. „koniecznie musisz iść do stanu duchownego”; wystarczy kierować penitentem stanowczo i energicznie, przezwyciężając napotkane trudności, pochodzące z miłości własnej, żywej imaginacji, leniwego i wahającego się umysłu, upadłej natury lub też pokusy szatańskiej. Trzeba wiedzieć, że do stanu duchowego potrzeba czystej intencji, odpowiedniego zdrowia, wystarczających zdolności oraz czystości obyczajów. Określił to św. Pius X. Dlatego wykluczeni muszą być skrupulaci, nieobyczajni i kierujący się doczesnymi pobudkami.

Aby być dobrym kapłanem w świecie, trzeba już wcześniej prowadzić życie przykładne, dalekie od świeckich uciech i występków, od złych towarzystw i zgorszeń. Dlatego kandydatom do kapłaństwa należy polecać częste przystępowanie do sakramentów św. i unikanie niebezpiecznych okazji: Kościół wymaga od nich większej świętości, zdolności umysłowych, wiedzy, zdrowego rozsądku i czystości obyczajów.

Nie można tu pominąć jeszcze przygotowania młodzieży do stanu małżeńskiego, jak żąda tego Pius XI w encyklice „Casti connubii” z dnia 31. XII. 1930 roku. Rozróżnia on przygotowanie dalsze i bliższe. Przygotowanie dalsze ma polegać na wdrażaniu młodzieży do ofiarności i zaparcia się tak potrzebnego w życiu małżeńskim oraz na pouczeniu o głównych celach małżeństwa i dobrych zamiarach przy wstępowaniu do tego stanu. Przygotowanie zaś bliższe polega na starannym wyborze współmałżonka. Spowiednik tedy ma przestrzegać młodzież przed zbyt wczesnym małżeństwem i zaręczaniem się bez poważnych zamiarów; winien upominać, by pamiętała o wzniosłym celu małżeństwa, zawsze radziła się w tej sprawie rodziców lub opiekunów, często przystępowała do sakramentów św. i lekkomyślnie nie składała ślubów czystości, nawet prywatnie.

Co do organizacji i częstotliwości spowiedzi młodzieży trzeba zaznaczyć, że spowiedź zbiorowa ma te dodatnie strony, że tu działa psychologia tłumu, której ulegają jednostki. Dlatego przynajmniej cztery razy do roku (w Adwencie, W. Poście, na końcu i na początku roku szkolnego) zaleca się organizować spowiedź zbiorową. Nadto należy zachęcać młodzież do spowiedzi w uroczystości Matki Boskiej i inne święta. Św. Karol Boromeusz radzi, by dzieci do 12 roku życia spowiadały się co kwartał, a potem co miesiąc. Do spowiedzi młodzież można tylko zachęcać, ale nigdy nie zmuszać. Najlepiej, gdy inicjatywa spowiedzi pochodzi od samej młodzieży, na którą można wpływać przez jej przywódców.

Na zakończenie przytoczę słowa św. Alfonsa Liguori’ego: „Zbawienie lub potępienie ludzi zależy od dobrych lub złych spowiedników”. To zdanie trzeba zastosować przede wszystkim do spowiedników młodzieży, w rękach których znajduje się jej zbawienie, wyrobienie charakteru i wysokowartościowej osobowości.

 

*

*   *

Najmiłosierniejszy Zbawiciel oczekuje nas w sakramencie pokuty, by obmyć nasze dusze we własnej Krwi, by wzmocnić i pokrzepić w tej zbawiennej kąpieli oraz zabezpieczyć przeciw przyszłym napaściom zła i pokus. Wszystkie zasługi Męki Jezusa, cała nieskończona wartość Jego Krwi staje się przez spowiedź własnością naszej duszy. O tyle wyjdziemy z niej odnowieni i uświęceni, o ile przystąpimy do tego sakramentu skruszeni i upokorzeni. W Niedzielę Przewodnią czytamy ewangelię o ustanowieniu sakramentu Miłosierdzia Bożego. Okażmy w tym dniu Panu Jezusowi swoją wdzięczność przez uwielbienie Go w Miłosierdziu.

 

  1. Metody wychowania chrześcijańskiego

 

Wielorakość środków przyrodzonych i nadprzyrodzonych wychowania chrześcijańskiego wymaga odpowiedniego ich stosowania, aby się wzajemnie uzupełniały, zależnie od właściwości każdego człowieka. Nie u wszystkich bowiem w jednakowym stopniu objawia się bunt namiętności, powodujący rozdwojenie wewnętrzne, a wskutek tego nie wszystkim mogą być zalecane te same środki w jednakowej mierze. Nie można tedy wszystkich środków bezkrytycznie stosować, a należy się liczyć z indywidualnością poszczególnych ludzi.

Jedni otrzymują od początku nadzwyczajne łaski i dochodzą szybko do wielkiej doskonałości bez specjalnych wysiłków. Jest to rzadka droga dusz wybranych, których można podziwiać, wychwalając Miłosierdzie Boże, ale nie naśladować, jak np. św. Jan Chrzciciel, św. Stanisław Kostka, św. Teresa od Dzieciątka Jezus itp. Inni muszą przejść przez liczne próby, nie zawsze kończące się natychmiastowym zwycięstwem, muszą staczać zaciekłe walki z sobą, ćwiczyć się systematycznie w licznych aktach poszczególnych cnót, powoli wykorzeniać u siebie liczne chwasty, nieraz o bardzo głębokich korzeniach, napracować się, natrudzić, zdobywać się często na heroiczne wysiłki, by dojść do opanowania namiętności przy pomocy łaski Bożej. Na tej drodze trzeba dużo wysiłku i aktywności obok łaski wspomagającej, o którą mamy prosić. „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone” (Mt. 7, 7). A są i tacy, którzy po kilku aktach heroicznych, a czasami po jednym, otrzymują harmonię wewnętrzną i dochodzą do wysokiego stopnia doskonałości, jak np. św. Tomasz z Akwinu. Wszyscy jednak nie mogą opierać się na własnych siłach, lecz na pomocy tego, który uspokoił burzę na morzu i dźwignął z topieli tonącego Piotra. Otóż odpowiednie stosowanie środków wychowawczych i współpraca z łaską należy do metody wychowania chrześcijańskiego.

Metoda wychowania jest to stałe i planowe postępowanie, wynikające z jakiegoś myślowego założenia i zmierzające do wytkniętego celu. I w metodzie punktem wyjścia będzie pogląd na naturę ludzką i stosunek w niej duszy do ciała oraz woli do łaski Bożej. Dlatego w tej części musimy przypomnieć naukę chrześcijańską o stosunku duszy do ciała i woli do łaski, by poznać metody wychowania chrześcijańskiego.

 

  1. Dusza i ciało człowieka

 

W metodzie wychowania chrześcijańskiego może być mowa tylko o takich poglądach na świat, które uznają istnienie ducha. W innych systemach, na przykład w materializmie krańcowym i marksizmie nie można rozprawiać o wychowaniu chrześcijańskim. Wśród systemów uznających istnienie ducha rozróżniamy dwa zasadnicze poglądy na stosunek w człowieku duszy do ciała: idealizm i spirytualizm. Ponieważ te poglądy wpłynęły na rozwinięcie się mistyki i niezdrowego mistycyzmu, jaki jeszcze i obecnie pokutuje na Wschodzie, pożyteczną rzeczą będzie poświęcić w tym miejscu kilka uwag jednemu i drugiemu kierunkowi.

 

  1. a) Idealizm psychologiczny

 

System idealizmu psychologicznego jest bardzo zawiły, wielokształtny i zmieniający się prawie u każdego adepta, a zatem bardzo trudny do streszczenia. Wogóle u wszystkich idealistów istnieje pewne lekceważenie materii, pogarda dla ciała, które według nich łączy się w człowieku z duszą bardzo luźno i przeszkadza jej w doskonaleniu się. To połączenie, według nich, jest zupełnie przypadłościowe jak np. konia z jeźdźcem, przy tym konia niesfornego, od którego jeździec dużo cierpi. Wymienię tu najważniejszych idealistów.

Platon (427 – 347 przed Chr.), twórca idealizmu psychologicznego, określa duszę jako to, „co się porusza samo z siebie”, co samo dzielnie myśli. Istniała ona od wieków w świecie wieczystych idei, wszystko już widziała i nie ma rzeczy, której by nie poznała. Wskutek jakiegoś przewinienia, o którym jednak u Platona nic pewnego nie znajdujemy, dusza za karę została wtrącona do ciała, gdzie przebywa jak w więzieniu, „niby ślimak w skorupie”.

Oprócz duszy rozumnej i nieśmiertelnej mającej siedlisko w głowie, Platon uznaje w człowieku jeszcze drugą duszę materialną i zniszczalną, która obejmuje część popędliwą z siedliskiem w piersiach i gniewliwą z siedliskiem w brzuchu. Tylko dusza rozumna myśli i poznaje, a raczej przypomina to, co widziała w świecie idei, zadaniem jej jest panować nad ciałem i rządzić nim, jak jeździec koniem, który jest niesforny i nieposłuszny. Dusza szuka uwolnienia z ciała i pragnie z niego się wydostać jak z grobu, walczy z nim jak z nieprzyjacielem, póki się nie uwolni od niego przez śmierć. Kto kocha prawdę, ten przez całe życie pragnie śmierci i dokłada starań, by z każdym dniem odrywać się od ciała, które jest największą przeszkodą przy szukaniu prawdy. Stąd tylko wtedy sposobni jesteśmy do poznania prawdy, gdy jak najmniej mamy do czynienia z ciałem. Prawdziwą mądrość znajdziemy dopiero po śmierci.

Plotyn (204 – 270 po Chr.) uważa duszę za pierwiastek boski, który połączył się z ciałem za karę wskutek odpadnięcia od Boga. To połączenie jest złem, od którego dusza winna się wyzwolić jeszcze w tym życiu, gardząc pożądliwościami ciała i zwyciężając je, a zwracając się do Boga, aby się z nim połączyć. Dusza jest niezależna od ciała, zarówno w swym bycie jak i w działaniu nawet zmysłowym, jest nie śmiertelna i swój powrót do Boga, czyli Prajedni dokona pod warunkiem, że Prajednia roznieci w duszy nadzwyczajne światło i otworzy oko dla wyższego oglądu. Skoro takie światło wzejdzie, dusza znajdzie się w uniesieniu, czyli ekstazie, która umożliwi oglądanie Prajedni i zjednoczenie z nią. Do tego człowiek winien się przysposobić przez oczyszczenie, surowe umartwienie i uciekanie od świata zmysłów oraz ćwiczenie się w cnotach i wyniszczenie cielesności z jej popędami i skłonnościami.

Pseudo – Dionizy Areopagita (V – VI w.) jest najpopularniejszym w średnich wiekach autorem mistycznym, który swoje głębokie skądinąd dzieła opiera na idealistycznych poglądach Platona i Plotyna. Wprawdzie zajmuje się on głównie nauką o Bogu, ale w niektórych dziełach (O hierarchii) porusza stosunek duszy do ciała, które według niego przeszkadza połączeniu się duszy z Bogiem. Duch ludzki ma się wznieść ponad wszystkie zmysłowe wrażenia i utonąć w Bogu, ale do tego trzeba się przygotować przez surowe umartwienie cielesne.

Z powyższego wypływa wniosek, że według idealizmu nie ma żadnego punktu stycznego między duszą i ciałem, że połączenie tych dwóch pierwiastków jest zupełnie przypadkowe i luźne, jest nawet czymś złym jako połączenie z nieprzyjacielem, który więzi ducha ciężkimi kajdanami. Taki stosunek duszy do ciała niweczy jedność organiczną człowieka, który już nie jest istotą złożoną z duszy i ciała, lecz duszą tylko posługującą się ciałem. Stąd stoicy pod wpływem Platona utrzymywali, że wszelkie namiętności mające siedlisko w ciele z natury swojej są złe i winne być zupełnie wykorzenione. Stąd gnostycy i manichejczycy wyniszczali swe ciało przez surowe umartwienie, zabraniali małżeństwa, spożywania potraw mięsnych i polecali unikać potomstwa. Stąd wypływa niezdrowy mistycyzm w różnych krajach na Wschodzie.

Idealizm psychologiczny miał swych zwolenników nawet i na Zachodzie. Między innymi był pod jego wpływem przez czas jakiś św. Augustyn (354 – 430) i trzymający się jego reguły Augustianie. Luter jako były zakonnik augustiański również hołdował idealizmowi psychologicznemu, pod którego wpływem uznał całą naturę ludzką za zepsutą w swojej istocie przez grzech pierworodny.

 

  1. b) Spirytualizm psychologiczny

 

System spirytualistyczny uznaje w człowieku dwie substancje — ciało i duszę, które się łączą z sobą istotnie i w swoim działaniu całkowicie wzajemnie od siebie zależą. Przy postrzeganiu ciało działa na duszę i przysyła jej swoje wrażenia, a w ruchach dusza działa na ciało, każąc mu wykonywać swe życzenia i wolę. Wymienię tu główniejszych spirytualistów.

Arystoteles (384 – 322 przed Chr.) wprawdzie nie jest jeszcze spirytualistą klasycznym, ale przygotowuje drogę do spirytualizmu. On pierwszy daje jasny i dokładny pogląd na duszę, a jego teoria o połączeniu duszy i ciała logicznie łączy się z jego nauką o pierwiastkach rzeczy — materii i formie. Dusza według niego jest formą substancjalną ciała, która wraz z ciałem, jako materią, tworzy jedną istotę człowieka. W człowieku jest tylko jedna dusza o trzech władzach, z których władza wegetatywna i zmysłowa co do istoty zależy od ciała, a władza umysłowa co do istoty od ciała nie zależy. Dusza rozumna przychodzi do ciała z zewnątrz i jako substancja niematerialna może istnieć po rozłączeniu się z ciałem.

Arystoteles tedy nie uważa ciała za coś złego, za wroga duszy, z którym trzeba ustawicznie walczyć, nie lekceważy go i nie każe nim pogardzać, lecz przeciwnie, z jego teorii wynika, że trzeba ciało rozwijać i troszczyć się o jego utrzymanie, jako o konieczny fundament dla działania duszy i konieczny warunek poznawania.

Św. Tomasz z Akwinu (1225 – 1274), najwybitniejszy przedstawiciel klasycznego spirytualizmu, rozwija naukę Arystotelesa, uzupełniając ją i zastosowując do zagadnień teologicznych. Według niego człowiek jest substancją zupełną, złożoną z duszy rozumnej jako formy substancjalnej i ciała — jako materii pierwszej. Całość tak złożona stanowi jedną istotę ludzką, albowiem tylko przez istotne zjednoczenie duszy z ciałem powstaje człowiek. A więc pełne bytowanie przysługuje nie samej tylko duszy, lecz całemu człowiekowi jako istocie złożonej z duszy i ciała. Dusza oddzielona od ciała jest wprawdzie substancją duchową i nieśmiertelną, ale nie może poznawać w ten sam sposób jak w ciele, gdzie w poznaniu z natury jest zależna od zmysłów. Dusza jest przyczyną zasadniczą i jedyną wszelkiej aktywności w człowieku, nawet co do ciała: daje bowiem materii to, że jest ciałem organicznym i to, że jest żywym ciałem, wreszcie sprawia że człowiek jest istotą rozumną.

Działalność życiowa nie pochodzi wprost od duszy, lecz od jej władz, które są jak gdyby narzędziem duszy i bezpośrednim podmiotem czynności życiowych; dusza zaś jest ich podmiotem podstawowym i pośrednim. Władze te różnią się rzeczowo od substancji duszy i dadzą się podzielić na pięć klas: wegetatywne, zmysłowe, umysłowe, władze woli pożądające i odpychające. Każda z tych klas obejmuje wiele władz podporządkowanych głównym, np. władza wegetatywna obejmuje władzę odżywczą i rozrodczą, zmysłowa obejmuje zmysły zewnętrzne i wewnętrzne itp. Jakkolwiek wszystkie czynności należy przypisywać osobie zupełnej (nie samej tylko duszy), to władze umysłu i woli mają swoją siedzibę wyłącznie w duszy, władze zaś wegetatywne i zmysłowe — w pewnych narządach ciała.

Ponieważ wszystkie władze mają jedno i to samo źródło, między nimi zachodzą pewne wzajemne oddziaływania, dlatego pod wpływem aktów duszy odmienia się ciało i na odwrót, odmiana ciała odbija się na duszy, gdy np. wola pragnie czegoś usilnie, budzi się odpowiednia namiętność w pożądaniu zmysłowym, a gwałtowne namiętności pożądania zmysłowego zaciemniają rozum i pociągają za sobą wolę. Większa lub mniejsza doskonałość narządów wpływa bezpośrednio na większą lub mniejszą sprawność władz i czynności wegetatywnych i zmysłowych, a pośrednio na władze i czynności umysłowe. Stąd szlachetność duszy zależy od dobrego, organicznego ustroju ciała, a bystrość umysłu i obrotność jego — od naturalnych zdolności i ćwiczenia się.

Dusza rozumna nie jest przekazywana przez rodziców ani rodzona przy poczęciu, lecz jest powołana do bytu przez akt twórczy Boga. Bóg jest celem ostatecznym duszy; jej życie ziemskie to czas próby, próby jej wolnej woli, to zarazem przygotowanie do życie wiecznego, przygotowanie do prawdziwego szczęścia, które ma polegać na oglądaniu Boga. Ponieważ naturze duszy odpowiada złączenie z ciałem, przeto i doskonałość ostateczna, a zarazem i szczęście nastąpi dopiero po zmartwychwstaniu ciała. Do tego zaś czasu dusze sprawiedliwych po śmierci oglądają Boga za pomocą osobnego światła (lumen gloriae) udzielonego im przez Stwórcę.

Z powyższego wynika, że spirytualizm nie uważa ciała za przeciwnika duszy, lecz za naturalny współczynnik, z którym dusza winna być w harmonii i zgodzie. Wprawdzie jako współczynnik niższego rodzaju ciało winno ulegać duszy, jednak to uleganie nie polega na wyniszczeniu, a tym mniej na unicestwieniu, jak chcą idealiści, lecz na powściąganiu niesfornych pożądliwości cielesnych, które powstają wbrew rozumowi i woli. Dlatego św. Tomasz nigdzie nie mówi o u martwieniu zmysłów w ścisłym tego słowa znaczeniu, a natomiast poświęca dużo miejsca cnocie wstrzemięźliwości.

Wstrzemięźliwość w znaczeniu najogólniejszym jest miarą rozumu do wykonania wszystkich czynności ludzkich i jest warunkiem każdej cnoty. W znaczeniu ściślejszym jest miarą rozumu używania dóbr ciała, zależnie od potrzeb i celu całej osoby, np. skromność. Wstrzemięźliwość w znaczeniu szczegółowym jest cnotą główną, normującą przede wszystkim pożądliwości zmysłów dotyku i smaku oraz inne mające z tymi zmysłami jakiś związek; są to pożądliwości najtrudniejsze do uporządkowania i opanowania odnośnie zachowania życia jednostki (pokarmy i napoje) i gatunku (pożądliwość seksualna). Przy zaspakajaniu tych pożądliwości zwykle występuje przyjemność, która nie powinna być celem, a tylko środkiem do celu. Zwierzęta w tej materii kierują się instynktem, a człowiek jako istota rozumna sam poznaje i wybiera środki prowadzące do celu. Przyjemności naturalne nie mogą być u człowieka celem życia, a tylko środkiem i dlatego muszą być mierzone rozumem i kierowane wolą oraz tym wyższym władzom podporządkowane.

 

*

*   *

Doniosłość wstrzemięźliwości leży w tym, że pomaga nam powrócić wstecz po drodze, jaką przeszli prarodzice w następstwie swego grzechu. Albowiem z doskonałej harmonii między duchem a materią popadli w głęboki rozdźwięk, a my mamy przez wstrzemięźliwość znowu wrócić do harmonii utraconej. Dlatego Leon XIII w encyklice „Aeterni Patris” (1879 r.) zalecając odnowienie filozofii w duchu św. Tomasza, tym samym oddaje pierwszeństwo spirytualizmowi przed idealizmem, stosownie do słów św. Pawła: „Kto sieje w duchu, z ducha też żąć będzie żywot wieczny” (Gal. 6, 8).

 

  1. Wola i łaska

 

Łaska Boża, jak widzieliśmy, nie niszczy władz naturalnych, a tylko je udoskonala, przenikając nadprzyrodzonymi sprawnościami. Ponieważ te sprawności, czyli cnoty mają dokonywać czynów przekraczających przyrodzoną zdolność władz, przeto nie mogą być nabyte, lecz są bezpośrednio wlane do duszy przez Boga. Jedne z cnót wlanych mają za przedmiot wyłącznie Boga — wiara, nadzieja i miłość — i dlatego nazywają się teologicznymi. Inne znowu porządkują obyczaje ludzkie: są to cnoty moralne. Oprócz cnót nadprzyrodzonych chrześcijanin pod wpływem łaski otrzymuje jeszcze dary Ducha św., owoce Ducha św. i błogosławieństwa (por. t. III niniejszej pracy), przez które Bóg zachowuje całkowitą swobodę działania w duszy. To swobodne działanie Boga w duszy nie krępuje jej wolnej woli, która nadal zachowuje swobodę wyboru we współdziałaniu z łaską. Jest to bardzo delikatna, prawie niedostrzegalna linia graniczna, której zatarcie dotkliwie odbija się w podstawach chrześcijaństwa. Poprzez wszystkie czasy występowały błędne pod tym względem nauki, które szczególnie rozwinęły się w w. XVI i XVII.

 

  1. a) Teorie błędne o stosunku woli do łaski

 

Z teorii błędnych pod tym względem jedne przeceniają wolę ludzką, a inne znowu jej nie doceniają; jedne twierdzą, że wola wszystko może w dziedzinie moralnej, inne znowu na odwrót utrzymują, że wola ludzka bez łaski nic dobrego nie może uczynić.

Pelagiusz w V stuleciu utrzymywał, że człowiek sam w sobie posiada dostateczną siłę, by dosięgnąć najwyższych szczytów doskonałości i szczęścia, a zdolność ta według niego nie została naruszona nawet po grzechu pierworodnym. Zatem zbędne jest Odkupienie i siła płynąca z łaski, a wystarczy tylko odstraszający przykład pierwszych rodziców, aby uzasadnić widoczne w świecie moralnym rany i spustoszenia oraz świetlany przykład nowego Adama, Jezusa Chrystusa, aby doprowadzić ludzi bez wewnętrznej pomocy łaski do doskonałej świętości. Nie ma zatem żadnej potrzeby, aby Chrystus dźwigał świat z grzechów, by wskrzeszał umarłych i odradzał dla życia nadprzyrodzonego, które można w sobie rozbudzić o własnych siłach.

Semipelagianie również przeceniali wolę ludzką nauczając, że człowiek jest zdolny bez uprzedniej łaski Bożej jedynie przy pomocy sił przyrodzonych dojść do początku wiary, zrobić krok do swego usprawiedliwienia oraz że po osiągniętym usprawiedliwieniu nie po trzeba żadnej szczególnej łaski, by wytrwać w dobrym aż do końca. Głównym przedstawicielem semipelagianizmu był Jan Kasjan, mnich w Egipcie, który skądinąd w ascetycznej teologii uchodzi za wielką powagę. Podobnie optymistycznie na wolę ludzką zapatrują się naturaliści i współcześni teozofowie, odrzucający wogóle nadprzyrodzoność i potrzebę łaski do usprawiedliwienia i szczęśliwości wiecznej.

Inni, przeciwnie, nie doceniają znaczenia woli w wychowaniu i samowychowaniu, dostrzegając w naturze ludzkiej tylko ciemne i ponure strony i uważając świat za potworny płód jakiejś złej istoty. Zło w ich pojęciu nie jest tylko brakiem dobra, jego zaprzeczeniem i pustką, ale jest samo w sobie zgubną rzeczywistością przeciwstawioną rzeczywistości dobrej. Zawsze znajdowali się ludzie, szczególnie na Wschodzie, przypisujący władzę złemu, a tajemnica grzechu pierworodnego zdawała się potwierdzać tę wiarę. Według tej nauki natura ludzka bez szczególniejszej łaski i pomocy Bożej sama w sobie jest zła i przewrotna, a wola nie jest zdolna do wykonania żadnego dobrego czynu.

Upośledzenie woli ludzkiej wyraża się w walkach ścierających się prądów na soborach: Efeskim (431), Chalcedońskim (451), Konstantynopolskim II (553), Konstantynopolskim III (680) i Nicejskim II (787). Monofizyci i monoteleci, rozpowszechnieni głównie na Wschodzie, zdradzają tendencję do upodrzędnienia ludzkiej natury w Chrystusie w stosunku do boskiej, a wypływająca stąd iluzoryczność człowieczeństwa Boga – Człowieka musiała harmonizować z charakterem zaświatowym uczucia religijnego na Wschodzie.

Niedocenianie siły woli ujawniło się również w tak zwanej reformacji religijnej w XVI w. Według Lutra wola człowieka została zepsuta tak dalece przez grzech pierworodny, że obecnie bez łaski nic dobrego uczynić nie może. Szczególnie Kalwin głosił fatalistyczną naukę o przeznaczeniu pewnych ludzi na wieczne potępienie, odmawiając ich woli możności wykonywania jakichkolwiek uczynków dobrych.

 

  1. b) Katolicka nauka o stosunku woli do łaski

 

Katolicka nauka staje w obronie wolnej woli i nie potępia wszystkiego, co naturalne, nie nazywa każdego działania ludzkiego grzechem, a przeciwnie utrzymuje, że człowiek bez łaski poświęcającej, a nawet bez wiary prawdziwej może wykonać niektóre uczynki moralnie dobre; owszem nieraz faktycznie je wykonuje własnymi siłami, bez żadnej łaski uczynkowej. Ale zarazem uznaje, że siły wolnej woli człowieka są niedostateczne do wykonania wszystkich przykazań Bożych bez pomocy łaski, którą Bóg daje wszystkim ludziom, chociaż nie w jednakowej mierze.

Ze względu na skutek dzieli się łaskę na dostateczną i skuteczną. Łaska dostateczna, jest to aktualna pomoc Boża, dająca pełne siły do wykonywania nadprzyrodzonego uczynku, pomoc, która się jednak nie łączy z uczynkiem. Łaska zaś skuteczna zawsze i nieomylnie łączy się ze skutkiem; daje ona nie tylko siły do aktu nadprzyrodzonego, ale nadto zawsze i niechybnie ten akt sprowadza. Mimo to wolna wola ludzka zawsze może z tą łaską współpracować, albo też się jej oprzeć. Mamy na to liczne dowody w Piśmie Świętym.

Oto na pytanie pewnego młodzieńca, co czynić, aby osiągnąć żywot wieczny, Zbawiciel odpowiedział: „Jeśli chcesz wnijść do żywota, zachowuj przykazania” (Mt. 19, 17). Biorąc to zdanie wprost musimy je tak zrozumieć, że Bóg ze swej strony wszystko uczynił, co potrzebne było do zachowania przykazań, bo mówi: „Jeśli chcesz”. Stąd wynika, że łaska Boża nie usuwa wolności człowieka. Gdzie indziej powiedziano to jeszcze wyraźniej: „O Jeruzalem, które zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy są do ciebie posłani. Ilekroć chciałem zgromadzić synów twoich, jako kokosz zgromadza pisklęta swe pod skrzydła, a nie chciałoś” (Mt. 23, 37). Jeżeli zastanowimy się nad tymi słowami: „ilekroć chciałem… a nie chciałoś”, przekonamy się, że Bóg dawał Jerozolimie wszystko, co potrzebne było do jej nawrócenia, ale wola jej mieszkańców sprzeciwiła się temu. U św. Pawła znajdujemy jeszcze wyraźniejsze wyrażenia: „Napominamy was, abyście nadaremno łaski Bożej nie otrzymywali” (II Kor. 6, 1). Sens tych słów jest taki, że można przyjąć łaskę na próżno, że łaska może pozostać w nas daremną, jeżeli z nią współdziałać nie będziemy, inaczej bowiem Apostoł nie upominałby nas do korzystania z niej. Gdy znowu pisze do Tymoteusza: „Napominam ciebie, abyś ożywił na nowo łaskę Bożą, udzieloną ci przez włożenie rąk moich” (1, 6), Apostoł przypuszcza, że jest w nim jakaś łaska, która nie wywiera całej skuteczności. Są jeszcze liczne teksty, które dowodzą, że w możności człowieka jest pójść za łaską Bożą lub ją odrzucić.

Wśród teologów katolickich można rozróżnić dwa główne systemy, godzące w skuteczność łaski z wolną wolą: jeden wyprowadza skuteczność łaski z jej natury (z wewnątrz), a drugi z przyczyny poza łaską zostającej (z zewnątrz). O tych systemach mówiliśmy obszerniej w tomie trzecim niniejszej pracy (por. t. III str. 49), a tu wystarczy zaznaczyć, że uprzednio działa łaska bez zgody woli, pobudzając ją do czynu, następnie zaś działa razem — nie kolejno — wola i łaska, po części wola i po części łaska, a więc niepodzielnie sprawują czyn: cała wola i cała łaska. Działalność wspólną woli i łaski spowodowała wprawdzie łaska, lecz wykonanie działalności zależy od zgody woli. W taki sposób staje się rzeczą zrozumiałą, jak Bóg przez wewnętrzne poruszenie swej łaski pobudza nas do czynów, zasługujących na nagrodę i przez wzgląd na nie udziela swym ukochanym sługom szczytnych darów, przez które wyraża w nich swój obraz i podobieństwo.

Nauka o współpracy woli z łaską jest konsekwentnym wynikiem spirytualizmu. Skoro bowiem połączenie duszy z ciałem jest istotne i one w działaniu swoim od siebie wzajemnie zależą, skoro skuteczność łaski zależy od zgody woli, wola nie może pogardzać współpracą władz niższych w dążeniu do doskonałości, lecz wspólnie z nimi ma współdziałać czynnie z łaską, która inaczej nie spowodowałaby nadprzyrodzonego aktu.

 

*

*   *

Świadomość naszej słabości nie powinna nas zniechęcać, albo wiem Bóg zawsze udziela nam tej miary łaski, jaka jest nam potrzebna. Gdy burza szaleje, myślimy o ostrości walki, a jednak łaska nas wspomaga, chociaż zostaje w ukryciu. Cierpienia mogą dojść do szczytu, ale łaska nas nigdy nie opuszcza: Bóg jest wierny swym obietnicom.

 

  1. Sposoby współpracy z łaską

 

Życie chrześcijańskie składa się z szeregu aktów wewnętrznych, którym towarzyszą czyny i odpowiednia postawa zewnętrzna.

Wszystkie te oddzielne akty, jak myśli, uczucia, postanowienia itp. zwykle grupują się w pewną całość i stanowią różne ćwiczenia, jak modlitwa słowna, rozmyślanie, rachunek sumienia, kontemplacja itp. Te akty, oddzielne albo zgrupowane, mogą odbywać się w nas dwoma odmiennymi sposobami: albo bez żadnego z góry określonego porządku, zależnie od warunków, w jakich się znajdujemy, albo też według ustalonego planu i programu. W tym drugim wypadku plan ćwiczeń może być wynikiem doświadczenia lub rozumowania. W taki sposób powstają odruchowe i rozumowe metody, z których jedne Kościół oficjalnie zatwierdza i poleca, inne potępia, a jeszcze inne toleruje.

 

  1. a) Metody zatwierdzone oficjalnie przez Kościół

 

Kościół zatwierdził przepisy, normujące ćwiczenia pobożności w seminariach duchownych i zakonach. Przepisy obecne były początkowo metodą prywatną i dopiero z czasem Kościół zatwierdził je i nakazał własną powagą. Objawia się tu chęć Kościoła przyjścia z pomocą duszom, dążącym do wyższej doskonałości w życiu wspólnym oraz szczególniejsza troska o wychowanie kapłanów. Sobór Trydencki nakazując zakładanie seminariów duchownych, wspomina ogólnie o ćwiczeniach duchowych alumnów, pozostawiając biskupom szczegółowe uformowanie tych ćwiczeń według swego uznania. Dlatego w praktyce nie było w seminariach rozmaitych krajów jednolitości pod tym względem. Dopiero Kodeks Prawa Kanonicznego unormował te ćwiczenia w seminariach i zakonach.

Liturgię jako zorganizowany przez Kościół kult publiczny zaliczyć można również do metod oficjalnych wychowania chrześcijańskiego. Liturgię stanowią: rok kościelny, Msza św., sakramenta św., sakramentalia i inne akty czci publicznej, przepisane przez Kościół. Przepisy te wraz z odpowiednimi modlitwami znajdują się w księgach liturgicznych, jak: mszał, brewiarz, rytuał, pontyfikał, kancjonał oraz Statuty Synodów Diecezjalnych jak i również w Uchwałach Soborów Powszechnych. Nadto poszczególne Kongregacje Watykańskie (Kongregacja Wiary, Kongregacja Obrzędów i inne), raz po raz wydają komentarze do poszczególnych przepisów, a od czasu do czasu zarządzenia w formie dekretów, jak np. ostatnio Dekret św. Kongregacji Obrzędów z dnia 30 listopada 1955 roku o Odnowieniu Porządku Nabożeństw Wielkiego Tygodnia.

Każdy wierny chrześcijanin winien bardzo szanować przepisy liturgii i uważać ją za jedną z najważniejszych metod wychowania chrześcijańskiego, coraz lepiej ją poznawać, zgłębiać coraz dokładniej i coraz wierniej stosować się do jej zaleceń. Szczególnie należy cenić Mszę św., która ma stanowić punkt kulminacyjny wszystkich obowiązków wiernych chrześcijan, a przede wszystkim kapłanów.

 

  1. b) Metody potępione przez Kościół

 

Zwolennicy tych metod nie potrafili zachować złotego środka w teorii i praktyce o ustosunkowaniu się woli do łaski: jedni żądali nadzwyczajnego wysiłku woli przy współdziałaniu z łaską, inni znowu zupełnie nie doceniali wysiłku woli przy współdziałaniu z łaską, ani naturalnych środków wychowania chrześcijańskiego… Takimi potępionymi teoriami są np. metody stosowane przez kwietystów i jansenistów.

Kwietyści uczyli, że wyższa doskonałość polega na zupełnej bierności duszy w stosunku do łaski, to jest w takim stanie duszy, w którym ona tak dalece zdaje się na Boga, że nie ma w niej pragnienia własnej szczęśliwości, pożądania cnoty i wogóle żadnego własnego działania i usiłowania. Środkiem ku temu nie jest modlitwa ustna i rozmyślanie, lecz tylko sama kontemplacja, czyli wewnętrzne skupienie we własnej nicości, albo innymi słowami — dążenie do stłumienia wszelkiego działania osobistego jako sprzecznego z działaniem Boga. W takim stanie dusza staje się obojętna na kary i nagrody doczesne i wieczne, używa stałego spokoju wewnętrznego i nie potrzebuje ani sakramentów ani dobrych uczynków. Nie mogąc już więcej grzeszyć zachowuje się ona biernie względem pokus i nie odrzuca ich pozytywnie ani też nie zwraca uwagi na to, czy postępuje źle czy dobrze.

Powyższą naukę głosił Michał Molinos († 1696), który nie poprzestawał na teoretycznych zasadach, lecz tworzył mistyczno – pietystyczne kółka. Członkowie tych kółek poczytywali wszystkie formy i urządzenia kościelne za rzecz bezcelową i usiłowali je zastąpić mistycznym spirytualizmem. Kierunek ten opanował mnóstwo klasztorów żeńskich we Włoszech, aż wreszcie Innocenty XI w r. 1687 potępił 68 zdań wyjętych z pism Molnosa (Denzinger, 1221 – 1288).

Nieco później kwietyzm odżył w odmiennej formie u Fenelona, który w obronie pani de la Mothe Guyon przeciw Bossuetowi dowodził możliwości bezinteresownego miłowania Pana Boga dla Niego samego bez względu na kary i nagrody i żądał, by dusza z tych pobudek była gotowa nawet na potępienie, gdyby ją Bóg do tego przeznaczył. Innocenty XII potępił 22 twierdzenia Fenelona w r. 1699.

Janseniści nauczali, iż niepodobna oprzeć się wewnętrznej łasce i trzeba jej biernie ulegać. Obok tego żądali od swych adeptów powrotu do starożytnej karności pokutnej. Tu wpadli oni w drugą ostateczność, wymagając doskonałej skruchy do ważności sakramentu pokuty, jak również, gdy chodziło o godne przystąpienie do Sakramentu Ołtarza, wyzbycia się wszelkich nieporządnych skłonności i zdobycia całkowitej doskonałości. Polecali oni też nadzwyczaj surowe środki ascetyczne, przez które mrozili życie duchowe i odstręczali wiernych od korzystania ze środków łaski.

Tę teorię głosił Korneliusz Jansen († 1638) profesor lowański a następnie biskup Ypern. Napisał on dzieło „Augustinus”, w którym błędnie przedstawia system teologiczny św. Augustyna o upadłym stanie człowieka i skuteczności łaski Bożej wyprowadzając fałszywe wnioski. Błędy zawarte w tym dziele potępił Innocenty X, dnia 31. V. 1653 roku. Naukę Jansena po jego śmierci rozwijał i uzasadniał między innymi Quesnel, którego dzieła potępił Klemens XI, w 1713 r.

 

  1. c) Metody prywatne

 

Obok metod oficjalnych są i metody prywatne, z których niektóre Kościół zaaprobował, a inne tylko toleruję. Odgrywają one w wychowaniu chrześcijańskim bardzo wielką rolę, dlatego były stosowane w każdym wieku, praktykowane przez Świętych, z których wielu nosi tytuł doktorów Kościoła. Z metod prywatnych powstały metody oficjalne. Kościół zachęca do posługiwania się tymi metodami zarówno osoby żyjące w świecie, jak i w klasztorach, gdzie najszczegółowszy regulamin oficjalny nie wypełni całego czasu. Metody prywatne w wychowaniu chrześcijańskim uzupełniają metody oficjalne, a czasami nawet je całkowicie zastępują, szczególnie u ludzi świeckich.

Metody prywatne są bardzo urozmaicone ze względu na rozmaitość charakterów ludzkich i różnorodność warunków i okoliczności, w których się wierni obracają. Odznaczają się one wielką giętkością i dają się łatwo dostosować do indywidualnych potrzeb duszy. Łaska bowiem w rozmaitych warunkach nie jednakowo przystosowuje się do woli, a stąd i wola może rozmaicie współdziałać z łaską. Metody prywatne mają zastosowanie szczególnie na początku życia duchowego, a u osób oddających się życiu czynnemu i apostolskiemu bywają praktykowane prawie zawsze. Metoda wprawdzie nie jest nieodzownie potrzebna w życiu chrześcijańskim i nie brakuje przykładów dusz, którymi Bóg sam kierował bez pomocy kierownika i jakiejkolwiek teorii wychowania. Mimo wielkiej swojej różnorodności metody prywatne dadzą się sprowadzić do dwóch kategorii: czynnej i biernej.

Czynne metody prywatne — uwzględniają działanie woli i łaski, ale wola w tym wypadku idzie bardziej za pobudkami rozumu oświeconego wiarą. Na zewnątrz bardziej uwydatnia się działanie osobiste człowieka, działanie zaś i wpływ łaski pozostają więcej ukryte. Jednak to nie jest działanie czysto przyrodzone, lecz nadprzyrodzone, gdyż odbywa się pod wpływem łaski, chociaż łaski ukrytej. Młodzieniec na przykład, słuchający kazania o piękności i wielkości życia kapłańskiego, czuje pociąg ku niemu, ale jednocześnie jest pełen obawy, czy Bóg mógłby go powołać do tak wzniosłego życia. Wobec tego długo zastanawia się nad sobą, radzi się swego kierownika i wreszcie po długich wahaniach decyduje się wstąpić do seminarium duchownego. Decyzja młodzieńca nastąpiła pod wpływem łaski ukrytej, ale na zewnątrz bardziej uwydatnia się w jego postępowaniu zależność od przyrodzonego światła rozumu, bo długo się zastanawiał i radził innych.

Kwietyści nie uznawali ukrytego działania łaski utrzymując, że koniecznym warunkiem wierności łasce jest działanie pod wpływem wyraźnie odczuwanego wewnętrznego poruszenia łaski. Błąd ten — jak widzieliśmy — został potępiony przez Kościół, a jeden z artykułów z Issy zredagowany w związku z tym przez biskupów francuskich zabronił „oczekiwać w urządzeniu życia zarówno pod względem doczesnym jak i wiecznym, aby go Bóg skierował do każdej czynności za pomocą głosu i szczególniejszego natchnienia”.

Bierne metody prywatne również uwzględniają działanie woli i łaski, ale tu wola kieruje się w działaniu bardziej intuicją, niż rozumem; idzie ona za łaską bez większego zastanowienia się i nie tyle opiera się na przesłankach rozumowych, ile na wewnętrznym poruszeniu, które odczuwa się jako Boskie. Jeżeli w wyżej przytoczonym przykładzie młodzieniec poznaje, że w stanie duchowym będzie życie najpiękniejsze i natychmiast postanawia oddać się służbie Bożej w powołaniu kapłańskim, to poddaje się biernie działaniu łaski, która spowodowała skutek widoczny i kategoryczny. Wprawdzie i w tym wypadku jest działanie woli, która mogłaby się sprzeciwić łasce, jednak się nie sprzeciwiła a poddała się jej bardziej biernie. Tu działanie i wpływ łaski są więcej widoczne i poznawalne zewnętrznie. Metody bierne różnią się od kwietyzmu tym, że nie wykluczają działania ukrytego łaski przy bardziej aktywnym wystąpieniu woli, że nie pozwalają swym adeptom oczekiwać na natchnienie szczególne, by się mu dopiero podporządkować jako wyraźnie odczuwanej i poznanej woli Bożej, lecz żądają tylko bardziej biernej współpracy, ale zawsze współpracy z pewnym osobistym wysiłkiem woli.

Zwolennicy metod czynnych w wychowaniu chrześcijańskim bardziej cenią środki przyrodzone, podczas gdy adepci metod biernych nie zaniedbując przyrodzonych, posługują się więcej nadprzyrodzonymi środkami, dającymi i pomnażającymi łaskę. Co się tyczy środków wyjednywujących łaskę, jakimi są rozmaite rodzaje modlitwy, to zwolennicy metod biernych zalecają prędzej przejść do modlitwy uczuć i kontemplacji, według zaś metod czynnych trzeba czas dłuższy ćwiczyć się w metodycznym rozmyślaniu. Inaczej mówiąc metody bierne bardziej skłaniają się ku mistyce, a czynne ku ascetyce, rozumianej jako przysposobienie do mistyki.

Od mistyki trzeba odróżnić mistycyzm, kierunek w życiu duchowym nieuznający zupełnie pracy czynnej ze strony człowieka, a polecający bierne poddawanie się działaniu z góry. Zwolennikami tego kierunku byli między innymi hesychaści na górze Athos, dominikanin Eckart z Hocheim, częściowo uczniowie jego Tauler i Suzo, a szczególnie Jakub Boehme († 1626). W czasach ostatnich mistycyzmowi hołdował częściowo Wincenty Lutosławski, a obecnie kierunek ten ma dużo zwolenników na Wschodzie, szczególnie w Indiach. Filozofia indyjska jest na wskroś przesiąknięta mistycyzmem, który miał wpływy i na myśl europejską np. u Schelinga, Schopenhauera i innych.

 

*

*   *

Wychowanie chrześcijańskie według każdej metody ma zmierzać do połączenia duszy z Bogiem. Wielu pragnie osiągnąć ten cel, ale gdy Bóg zaczyna podnosić ich przez cierpienia, które są niezbędne, nie chcą ich przyjmować, cofają się, schodzą z wąskiej drogi wyrzeczenia się, a szukają szerokich gościńców własnych pociech. Oto powód dlaczego nie osiągają zjednoczenia z Bogiem. Najmiłosierniejszy Odkupiciel wie, czego najwięcej dusza potrzebuje. Zaufajmy mu, a nie doznamy zawodu: „Na świecie doznacie ucisku, ale ufajcie, jam zwyciężył świat” (J. 16, 33).

 

 

POSŁOWIE

 

Zestawiając naukę chrześcijańską o celu, podmiocie i przedmiocie wychowania i samowychowania ze środkami i metodami stwierdzamy, że jest ona wybitnie humanistyczna i wobec współczesnych nieskrystalizowanych kierunków pedagogicznych, zasługuje na szczególniejszą uwagę w wychowaniu ogólnym, a przede wszystkim w wychowaniu chrześcijańskim.

 

  1. a) Pojęcie humanizmu chrześcijańskiego

 

Humanizm chrześcijański nie zaniedbując żadnej z objawionych prawd wiary i obyczajów bardziej uwydatnia te, które są pocieszające i pobudzające do rozwoju życia nadprzyrodzonego, bardziej ludzkie i zgodne z dobrocią i miłosierdziem Boga. Taki humanizm nie uważa człowieka za chybione dzieło rąk Bożych, lecz zapatruje się na niego z umiarkowanym optymizmem i nie potępia naturalnych skłonności, ale tylko pragnie je zharmonizować i uszlachetnić. Nawet widząc wielką nędzę natury ludzkiej po grzechu pierworodnym, usiłuje ją podnieść i uduchowić na wzór natury ludzkiej Boga – Człowieka. Człowiek jest przybranym dzieckiem Bożym, któremu Najmiłosierniejszy Zbawiciel wysłużył obfite łaski, wymierzone hojnie nie tylko wybranym jednostkom, ale wszystkim, którzy tylko ich zapragną i zechcą z nimi współpracować.

Wychodząc z założenia, że natura ludzka nie jest zła w swojej istocie, ale w obecnym stanie, po grzechu pierworodnym, nie jest idealna wobec braku harmonii między władzami duchowymi i cielesnymi, humanizm chrześcijański każe zapatrywać się na osobę wychowanka z umiarkowanym optymizmem i traktować każdego indywidualnie, uwzględniając jego zalety i wady oraz naturalne skłonności.

W zagadnieniu wychowawcy humanizm chrześcijański przyznaje prawo naturalne do wychowania przede wszystkim rodzinie, a następnie Kościołowi i państwu, ale każdej z tych trzech społeczności przysługuje z innego tytułu: rodzinie z tytułu rodzenia naturalnego, Kościołowi z tytułu rodzenia nadnaturalnego i państwu z tytułu popierania ogólnego dobra doczesnego. Kościół i państwo jako społeczności doskonałe uzupełniają niedoskonałą społeczność rodzinną. Ponieważ te społeczności nie mogą same prowadzić sprawy wychowania w całej rozciągłości, wyręczają się zwykle wychowawcami w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jak wielkie mają oni znaczenie w wychowaniu chrześcijańskim, wynika ze słów Piusa XI we wspomnianej encyklice: „Zbawienne wyniki wychowania zależą nie tyle od dobrych ustaw, ile od dobrych sił wychowawczych. A dobrym wychowawcą jest ten, kto zdobył gruntowne przygotowanie zawodowe, doskonale opanował przedmiot i posiada potrzebne kwalifikacje umysłowe i moralne. Dobry wychowawca pała czystą miłością ku powierzonej sobie młodzieży, której to miłości Bóg jest źródłem. Dobry wychowawca miłuje dzieci tak, jak Jezus Chrystus i Kościół; wszak młodzież, to ich dzieci najdroższe, i właśnie dlatego leży mu na sercu prawdziwe dobro rodzin i Ojczyzny”.

W wychowaniu chrześcijańskim wychowanek ma współpracować z wychowawcą i ćwiczyć się w energii czynnej, w panowaniu nad sobą, w stawianiu oporu szkodliwym podnietom i pod kierunkiem wychowawcy dążyć sam do wewnętrznego zharmonizowania i wyrobienia pełnowartościowej osobowości. W miarę rozwoju, wychowanek staje się coraz bardziej samodzielny, a wychowanie powoli przekształca się w samowychowanie. Ze względu na różnicę zarówno pod względem skłonności jak i sposobu myślenia chłopców i dziewcząt, zwłaszcza w tak ważnym okresie rozwoju, od którego zależą niemal całkowicie przyszłe losy życia ludzkiego, koedukacja jest bardzo niewskazana; gdzie zaś konieczność do tego zmusza, trzeba wielkiej ostrożności ze strony młodzieży jak i szczególniejszej czujności ze strony wychowawców.

Odpowiednio do ostatecznego celu, jakim jest Bóg i bliższego celu, jakim jest harmonia wewnętrzna, wychowanie chrześcijańskie posługuje się środkami nadprzyrodzonymi i przyrodzonymi. Jakkolwiek środki przyrodzone są konieczne, to jednak ze względu na cel nadprzyrodzony nie są dostateczne i współmierne; występuje przeto konieczność stosowania środków nadprzyrodzonych, z których jedne pośrednio wyjednywują nam łaskę, a inne sprowadzają ją bezpośrednio. Te ostatnie mają wielkie znaczenie nie tylko dla wieczności, ale i w życiu doczesnym, mianowicie w formacji wewnętrznej i wykształceniu pełnowartościowej osobowości. Wielką rolę odgrywa również środowisko, o którym powiedział Pius XI: „Wychowanie będzie tym skuteczniejsze i trwalsze, im lepszym przykładem przyświeca otoczenie, a przede wszystkim rodzice i domownicy”.

Najbardziej humanistyczne w metodach jest wychowanie chrześcijańskie, gdyż poleca wydobywać z natury ludzkiej wszystko to, co w niej jest najbardziej pozytywne, najbardziej ludzkie i pobudzające do rozwoju osobowości, by przy pomocy łaski Bożej odnowić w wychowankach obraz i podobieństwo Boga. Zarówno w metodach czynnych jaki i biernych widzimy podkreślenie optymizmu umiarkowanego, stworzenie atmosfery radości, od której zależy rozwój fizyczny i psychiczny wychowanków. Ta radość jest wynikiem rodzinnej atmosfery i pewnego rodzaju psychozy międzyosobowej, słowem — wytworem psychiki danego środowiska.

 

  1. b) Chrześcijańskie wychowanie humanistyczne a Najmiłosierniejszy Zbawiciel

 

W chrześcijańskim wychowaniu humanistycznym Najmiłosierniejszy Zbawiciel jest centrum, wokół którego wszystko się obraca, jak to On sam o sobie powiedział: „Jam jest Alfa i Omega, początek i koniec” wszystkiego (Obj. 1, 8). Jest bowiem Bogiem jednej natury z Ojcem i Duchem Św.: „W nim wszystkie rzeczy zostały stworzone na niebie i na ziemi, widzialne i niewidzialne czy to trony, czy państwa, księstwa, czy władze” (Kol. 1, 16). „On jest głową wszystkich księstw i zwierzchności” (Kol. 2, 10). „Z Niego, przez Niego i w Nim jest wszystko: jemu cześć i chwała na wieki” (Rz. 11, 36).

Przede wszystkim Chrystus jest głównym celem dalszym wychowania chrześcijańskiego. Jest on bowiem celem życia każdego człowieka; tylko przez niego możemy połączyć się z Ojcem i siebie uszczęśliwić: „Nikt nie przychodzi do Ojca, jeno przeze mnie” (J. 14, 6), albowiem „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J. 10, 30). Każdą modlitwę Kościół zanosi do Boga Ojca przez Syna w Duchu Św. Przeto i chwałę Bożą, która jest głównym celem dalszym wychowania chrześcijańskiego (por. wyżej, s. 101) osiąga się przez Najmiłosierniejszego Zbawiciela.

Jest On również celem bliższym tego wychowania, albowiem przedstawia w swojej Osobie najdoskonalszy wzór harmonii wewnętrznej. On jako prawdziwy człowiek posiadał również namiętności, ale zawsze były one posłuszne rozumowi i woli, poddającej się ustawicznie woli Ojca: „Nie szukam woli swojej, ale woli tego, który mię posłał” (J. 5, 30). „Bo zstąpiłem z nieba, nie żebym czynił wolę moją, ale wolę tego, który mię posłał” (J. 6, 38). On, jako najbardziej pełno wartościowa Osobowość, jest celem, do którego dążyli Święci i mają dążyć wszyscy chrześcijanie.

Najmiłosierniejszy Zbawiciel jest wzorem dla wszystkich wychowawców w ich stosunku do wychowanków, oddziaływując na nich od wewnątrz w radości, sprawiedliwości, cierpliwości, a przede wszystkim w miłości. Będąc właściwym wychowawcą wszystkich ludzi, przekazuje on prawo do wychowania rodzicom, Kościołowi i państwu, jak i delegowanym przez te instytucje wychowawcom we właściwym tego słowa znaczeniu. On traktuje Apostołów indywidualnie, toleruje miłosiernie Judasza, on pragnie, by wychowanie przekształcało się w samowychowanie.

Jest również wzorem dla wychowanków, ucząc ich w Nazarecie własnym przykładem posłuszeństwa, pracowitości i pilności oraz polecając otaczać dziatki szczególniejszą opieką: „Ktobykolwiek jedno z tych dziatek przyjął w imię moje, mnie przyjmuje” (Mk 9, 36). Owszem, pragnie On przebywać w ich towarzystwie: „Dopuśćcie dziatkom przyjść do mnie, a nie wzbraniajcie im: takich jest bowiem Królestwo Boże… ktokolwiek nie przyjmie Królestwa Bożego jako dziecię, nie wejdzie do niego” (Łk. 18, 16 i 17). Zarówno wychowawcom jak i wychowankom poleca jednoczyć się z sobą: „Trwajcie we mnie, a ja w was. Jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, jeśli nie tkwi w winnym krzewie, tak i wy, jeśli we mnie pozostawać nie będziecie. Jam winnym krzewem, a wy latoroślami” (J. 15, 4 – 5). Jako latorośle tworzą jedno z pniem, z którego wyrastają, i ciągną te same soki, jak członki ludzkiego ciała tworzą jedno tylko ciało i żyją jednym życiem, tak wcieleni w Chrystusa wychowawcy i wychowankowie tworzą z nim jedno ciało i żyją jego życiem.

Spośród nadprzyrodzonych środków wychowania chrześcijańskiego na szczególniejszą uwagę zasługuje spowiedź i Komunia św. Tu Najmiłosierniejszy Zbawiciel staje się sam najskuteczniejszym środkiem wychowawczym: „Jam jest chleb żywota, kto przychodzi do mnie, nie będzie łaknął, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie… A ten jest chleb, który z nieba zstępuje, aby każdy, który go spożywać będzie, nie umarł. Jam jest chleb żywy, który z nieba zstąpił; jeśliby kto pożywał tego chleba, żyć będzie na wieki, a chlebem, który ja mu dam, jest ciało moje za życie świata” (J. 6, 35, 50 – 52). Co zapowiedział Zbawiciel, to potem urzeczywistnił i dziś urzeczywistnia w sakramencie Ołtarza, z którego „wychodzi moc i uzdrawia wszystkich” (Łk. 6, 19).

Gdzie można znaleźć doskonalszą metodę wychowania, jak nie w szkole Najmiłosierniejszego Zbawiciela, który przez trzy lata wychowywał Apostołów i uczniów swoich, a w ich osobach wychowywał wszystkich późniejszych swoich wyznawców? Stawia im najwznioślejszy cel doskonałości: „Bądźcie wy tedy doskonali, jako i Ojciec wasz niebieski doskonały jest” (Mt. 5, 48). Ustawicznie pomaga łaską swoją, by ten cel urzeczywistniać zarówno w metodach czynnych z Martą jak i biernych z Marią. On dopuszcza dusze wybrane do poufnego obcowania z sobą i otwiera im niebo, powierzając „tajemnicze słowa, których człowiekowi mówić się nie godzi” (II Kor. 12, 4). On wychowywał i wychowuje w Kościele świętych, męczenników i wyznawców, panny i wdowy, zlewając coraz obficiej swe łaski, dary i błogosławieństwa.

 

*

*   *

„Będziecie czerpać wodę z radością ze zdrojów odkupienia” (Iz. 12, 3), przepowiadał Prorok; a dziś już czerpiemy tę wodę i krew, wyciekającą z przeszytego włócznią boku Zbawiciela na krzyżu: woda obmywa duszę naszą z grzechów w sakramentach chrztu i pokuty, a Krew zasila ją w Sakramencie Ołtarza i innych sakramentach żywych, które, jak widzieliśmy, w wychowaniu chrześcijańskim odgrywają taką wielką rolę. Apostoł opisując to zdarzenie: „A jeden z żołnierzy włócznią otworzył bok jego, a natychmiast wypłynęła krew i woda” (J. 19, 34), podkreśla jego szczególniejsze znaczenie, gdy dodaje „A ten, który widział, dał świadectwo i prawdziwe jest świadectwo jego. I wie on, że prawdę mówi, abyście i wy wierzyli” (J. 19, 35). Jak miłosierdzie wypływa z miłości, tak z Serca Jezusowego (symbol miłości) wypłynęły woda i Krew, które są symbolem miłosierdzia Bożego. Te prawdy przypomina nam liturgia Niedzieli Przewodniej. We Mszy tej niedzieli czytamy lekcję z I Listu św. Jana: „Jezus Chrystus, który przeszedł przez wodę i krew, nie w wodzie tylko, ale w wodzie i we krwi. A Duch wydaje świadectwo na ziemi: duch, woda i krew, a Trójca ta jednym jest” (I J. 5, 6 – 8). Podobnie w Ewangelii tego dnia czytamy o ustanowieniu sakramentu pokuty: „Jezus tchnął na nich (Apostołów) i rzekł im: Weźmijcie Ducha Świętego, którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J. 19, 22 i 23). Te prawdy poglądowo są przedstawione na obrazie Najmiłosierniejszego Zbawiciela w czasie jego ukazania się Apostołom w dniu Zmartwychwstania.

Reasumując wszystko możemy stwierdzić, że zarówno Uroczystość Najmiłosierniejszego Zbawiciela w Niedzielę Przewodnią jak i obraz pod tym wezwaniem mają przeolbrzymie znaczenie pod względem wychowawczym, albowiem przypominają wychowawcom i wychowankom główny cel dalszy i bliższy wychowania chrześcijańskiego oraz środki tego wychowania, stosowane według metody biernej lub czynnej. Wreszcie podają odpowiedni akt strzelisty, wyjaśniający w paru słowach współdziałanie natury i woli z łaską: „Jezu, ufam Tobie!”