37. Pan Jezus spotyka Matkę swoją

„Przypatrzcie się, czy jest boleść

jako boleść moja?” (Treny 1, 12).

 

         Pisarze duchowni zgodnie ze starodawnym podaniem, rzewnie opisują spotkanie Najświętszej Maryi z Panem Jezusem — jej Synem, wstępującym na górę Kalwarii. Święty Bonawentura podaje, że Maryja po otrzymaniu informacji o skazaniu jej Syna na śmierć, wybiegła na spotkanie pochodu skazańców i tu ujrzała rozdzierający jej serce pierwszy upadek Chrystusa pod krzyżem. Przypatrzmy się bliżej temu bolesnemu spotkaniu, zastanawiając się pokrótce nad tym, co wycierpiał Pan Jezus i co wycierpiała jego Bolesna Matka.

 

  1. Podźwignąwszy się z upadku, idzie Pan Jezus z krzyżem dalej; popychany przez siepaczy, postępuje resztkami sił ku miejscu ukrzyżowania. Nagle zabiega mu drogę jego najmilsza Matka. Jakie to było spotkanie! Zbawiciel widzi ją całą drżącą z bólu. Widzi w rysach jej świętego oblicza wyraz niewypowiedzianego smutku i głęboko dojmującej boleści. Boleść każdej matki odbija się żywym echem w sercu kochającego syna. A cóż dopiero mówić o boleści Pana Jezusa, gdy ujrzał swą Niepokalaną Matkę, pogrążoną w takim smutku z powodu jego cierpień. Żadne słowo nie potrafi tego wyrazić. Można tylko wyobrazić sobie tę boleść, o której mówi Prorok: „O wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę, obaczcie i przypatrzcie się, czy jest boleść jako boleść moja?” (Treny 1, 12).

         Boskie oczy Pana Jezusa sięgają dalej i głębiej poza to, co dostępne jest oczom ludzkim. Widzi on nie tylko oblicze i zewnętrzną postawę swej Matki, ale swoją wszechwiedzą przenika najgłębsze tajniki jej Niepokalanego Serca. I tam spostrzega źródło, z którego płynie gorzka jej boleść. Tym źródłem jest miłość nadprzyrodzona, jaką Maryja miłuje swego Syna, który jest Bogiem – Człowiekiem. Boskie Serce Pana Jezusa cieszy się miłością swej Matki, miłością tak czystą i tak wielką, jakiej nie zdołają dorównać nawet Serafini. Widzi, że Maryja mimo strasznego smutku nie poddaje się rozpaczy, lecz zgadza się z wolą Bożą i nie narzeka na swój smutny los, ale zawsze powtarza: „Oto ja służebnica Pana mojego, niechże mi się stanie według słowa twojego”. W ten sposób Matka Najświętsza pociesza Syna i pomaga mu w dźwiganiu krzyża. Pan Jezus boleje nad tym, że swoją męką sprawia cierpienie Matce, ale widzi w niej Współodkupicielkę naszą, która współcierpiąc z Synem przyczynia się do naszego zbawienia.

         Aby pojąć wielkość boleści, jaką Pan Jezus odczuł na widok swej Matki żałosnej, należałoby zmierzyć świętość jego i tę niewymowną miłość, jaką on kochał swą Matkę, oraz cierpienie, w jakim widział ją pogrążoną. Nie było i nie będzie nigdzie i nigdy takiego Serca litościwego i kochającego, jakim było Najświętsze Serce Pana Jezusa. Nie było również i nigdy nie będzie drugiego stworzenia, które by posiadało taką pełnię łaski i zasługiwało na taką miłość jak Najświętsza Maryja Panna. Ale nadto Maryja była nie tylko stworzeniem najbardziej przez Boga uposażonym i dlatego najgodniejszym miłości, lecz była także najświętsza, wyższą nad wszystkie matki, i najgodniejszą Matką Jezusa Chrystusa — Boga Człowieka. Jeżeli do tego dodamy jeszcze morze boleści, w jakiej była pogrążona Najświętsza Matka na widok cierpień Syna, będziemy mogli w przybliżeniu wyrobić sobie pojęcie o współczuciu Pana Jezusa względem jego Najmilszej Matki.

 

  1. Przypatrzmy się teraz Matce Bolesnej. Już samo wspomnienie o cierpieniach dzieci napełnia serce matki niewymowną boleścią. A cóż dopiero, gdy matka widzi swe dziecko chore, bolejące, a tym bardziej konające. Wówczas boleść przechodzi wszelkie możliwości wysłowienia. Tu zaś nie chodzi o zwykłą Matkę, lecz o Matkę Boską, o Matkę Pana Jezusa, która miała najdelikatniejsze uczucia, najwrażliwsze serce. Toteż według objawienia św. Brygidy już w czasie zbliżającej się męki jej Syna, oczy Najświętszej Panny zalewały się łzami, a na wspomnienie o niej — ogarniał ją dreszcz śmiertelny. Jeśli tak przerażała ją sama myśl o męce Syna, cóż więc cierpieć musiała, gdy ujrzała swego Syna jedynego w takim poniżeniu i udręczeniu.

         Zaledwie już poznać można tę piękną niegdyś i pełną wdzięku postać najmilszego Syna: tak strasznie ją skaziły i oszpeciły plwociny, policzki i bicze bezbożnych oprawców. Całe ciało od stóp do głowy okryte jest ranami; na barkach poszarpanych ciąży krzyż; w głowę wpiła się korona cierniowa najeżona ostrymi kolcami, które nielitościwie kaleczą skronie; spod każdego kolca spływają strumienie krwi po świętym obliczu, zalewając oczy, które Zbawiciel musi przetrzeć, by spojrzeć na najświętszą swą Matkę. Na domiar boleści nielitościwa zgraja oprawców nie daje Matce przystępu do Syna, szorstko ją odpychając. Nie pozwala wziąć go w objęcia, by łzami swymi mogła obmyć straszne rany jego. „Widzieliśmy go, a nie było na co spojrzeć, i pożądaliśmy go wzgardzonego i najpodlejszego z mężów, męża boleści” (Iz. 53, 2 – 3).

         Któż mógłby zgłębić boleść Matki Najświętszej na straszny widok cierpiącego Zbawiciela i sam z boleści nie umrzeć! Boleść jej przechodziła wszelką możliwość nie tylko wysłowienia, ale nawet wyobrażenia. „Wielkie jest jako morze skruszenie twoje” mówi o niej Prorok, a Maryja nie zniosłaby sama takiego morza boleści, gdyby Bóg miłosierny nie umocnił jej szczególniejszą pomocą swej łaski. Jak nie można wzrokiem objąć całego obszaru morza, stojąc na jego brzegu, tak nie sposób jest zrozumieć i odczuć głębokości i natężenia cierpień Niepokalanej Dziewicy, gdy ujrzała pochyloną i zniekształconą postać Pana Jezusa, niosącego ciężki krzyż na Golgotę. Jak na piasku skrzydło jaskółki nawet przy lekkim muśnięciu pozostawia dokładne odbicie, tak w Niepokalanym Sercu Maryi odbiły się wszystkie rany i boleści najukochańszego jej Syna pozostawiając głęboki ślad każdego uderzenia bicza, każdego westchnienia jego.

Maryja najlepiej ze wszystkich ludzi rozumiała znaczenie i doniosłość cierpień Pana Jezusa. Jej jasny i niepokalany umysł dokładnie rozeznawał wszystkie szczegóły i okoliczno nadające każdej z tych boleści szczególną ostrość i gorzkość. Widziała nienawiść, miotającą się w duszy bezbożnych katów, a widok tej powszechnej nienawiści i pogardy dla jej Serca, płonącego miłością, sprawiał Matce Boskiej boleść, której nikt nie zdoła opisać.

 

* * *

 

         Matko Najświętsza, Matko Dziewico, niech żałość Twej duszy i mnie się udzieli! Kocham cię, Matko Boleściwa, która idziesz tą drogą, jaką kroczył Syn Twój najmilszy, — drogą hańby i poniżenia, drogą wzgardy i przekleństwa, wyryj mnie na swym Niepokalanym Sercu i, jako Matka Miłosierdzia, wyjednaj mi łaskę, bym idąc za Jezusem i Tobą nie załamał się na tej ciernistej drodze kalwaryjskiej, jaką i mnie miłosierdzie Boże wyznaczyło.