35. Pan Jezus niesie Krzyż na Golgotę

„I dźwigając krzyż dla siebie, wyszedł na one miejsce,

które się nazywa Kalwaria” (J. 19, 17).

 

         W Jerozolimie miejscem na ukrzyżowanie skazanych był pagórek, znajdujący się na północ od miasta, zaraz za murami. Z powodu swego ukształtowania nazywał się on „Czaszką” (po łacinie — Calvaria, a po aramejsku Golgota). Miejsce to było bardzo dogodne, albowiem położone obok bramy miasta, kędy przechodziło wielu ludzi, wystawiało skazane go na widok publiczny. Obok znajdowały się grobowce, co zgadzało się z zasadą, że krzyżować należy w miejscu, gdzie grzebano umarłych. Od Golgoty do pretorium Piłata było na przełaj około kilometra drogi. Chociaż z racji świąt ulice były zatłoczone, Pana Jezusa umyślnie prowadzono nieco dłuższą i bardziej uczęszczaną drogą, by nadać wyrokowi większy rozgłos. Najbardziej zainteresowani w tym byli arcykapłani i członkowie Sanhedrynu, którzy nie chcieli stracić okazji, by wobec ludu jak najdłużej okazać się zwycięzcami, a jednocześnie wystawić skazanego na upokorzenie.

 

  1. Żołnierze uformowali pochód, aby udać się na miejsce wykonania wyroku. Na czele jechał rzymski setnik, następnie szedł Pan Jezus jako główny skazaniec a za Nim postępowało jeszcze dwóch pospolitych zbrodniarzy, którzy również mieli być ukrzyżowani. Skazańcy nieśli sami swoje krzyże (albo może tylko poprzeczne belki). Za nimi postępowali kaci i ich pomocnicy z narzędziami kar i napisami zbrodni na tablicach, a tuż za nimi tłumy ludu, wreszcie członkowie Sanhedrynu oraz Faryzeusze miejscowi i zamiejscowi. W pochodzie tym postępowała postać schylona, chwiejąca się, zaledwie dostrzegalna pod drzewem ciężkiego krzyża (ważącego o koło 40 funtów, który bardzo przygniatał osłabionego obfitym wylewem krwi skazańca. Jest to nasz Pan, upadający z wycieńczenia Zbawiciel.

         Podczas drogi skazańców biczowano. Pana Jezusa strasznie już przedtem ubiczowano, a teraz był on narażony na wszelkiego rodzaju szykany ze strony zaciekawionej gawiedzi i rozwścieczonego motłochu. Nie był już właściwie człowiekiem, ale tylko przedmiotem, wyjętym spod prawa, nędznym, zaledwie poruszającym się stworzeniem. Każdy mógł go lżyć, łajać, popychać i pastwić się, jak się komu podobało. Pan Jezus był bardzo wyczerpany zdarzeniami ostatniego dnia i nocy. Wszystkie członki były jedną raną; barki poszarpane, a znużenie z powodu upływu krwi, niewysłowione. Było to akurat w południe, kiedy słońce najbardziej praży, tak, że nawet zdrowi kryją się w cieniu swoich turbanów. A Pan Jezus z obnażoną głową zalewał się potem od gorąca i zmęczenia.

         Jest to pochód najnędzniejszego grzesznika. Jest On głównym winowajcą, potępiony od wszystkich i wszędzie jako fałszywy prorok i bluźnierca, jako podburzający lud przeciwko władzy. Niezliczone tłumy spoglądają nań wyczekująco, patrzą na niego z pogardą z bram i okien, z dachów i drzew. Spełniły się słowa Proroka: „Mówili przeciwko mnie, którzy siedzieli w bramie, i śpiewali przeciw mnie, którzy pili wino” (Ps. 68, 13). Kroczy tymi ulicami, którymi przechodził niegdyś poważany i szukany przez wszystkich. Droga była dosyć nierówna, toteż Zbawiciel często potykał się i upadał.

 

  1. Jerozolimo miasto święte, kto przekracza twoje bramy?… Kogo żegnasz po raz ostatni? Toć to najlepszy twój Obywatel, Patriota, Pan i Władca. To jest Król twój, który płakał nad sobą, nad strasznym losem cię oczekującym. Ileż dobrodziejstw on ci wyświadczył! Ile nauk wypowiedział! Ile cudów uczynił dla niewdzięcznych synów grodu Dawida! Dziś jest zapoznany przez wszystkich i jako złoczyńca skazany na śmierć haniebną, na śmierć straszną, na śmierć krzyżową… Boże mocny, jaka zmiana! Gdzież są rzesze, co go wielbiły? Gdzież są uleczeni chorzy? Gdzie się znajdują nawróceni jego łaską? Gdzie są ci, co tak niedawno w triumfie wprowadzali go do miasta, co go królem swym mieć chcieli? Gdzież są najwierniejsi uczniowie?…

         Tak prędko się wszystko zmieniło! Nie widać tu z nich nikogo! Może i są tu niektórzy, lecz ze strachu nie przyznają się do Jezusa, a może już nawet mu nie współczują, a przynajmniej publicznie Go nie wielbią. Serca ich już się nie skłaniają do Niego. Oczy ich już go nie poznają. Usta już go nie błogosławią, lecz rzucają na niego przekleństwa. Zamiast triumfalnego „Hosanna!” słychać wściekłe okrzyki: „Na krzyż z nim! na śmierć!” Idą wszyscy z nim razem, jak i w ubiegłą niedzielę, ale teraz w innym nastroju i z innymi zamiarami. Idą teraz, by go stracić, wykreślić z liczby żyjących, by podeptać jak robaka, by wśród złoczyńców ukrzyżować. Co za boleść w duszy Zbawcy! Jakiż smutek go ogarnął! Jak ściska się jego Serce z powodu niewdzięczności ludzi i zmienności ich nastroju.

         Ten smutek i ta boleść wewnętrzna bardziej niż ciężar krzyża przygniata Pana Jezusa. Siły jego wyczerpuje do reszty. Przecież od Ostatniej Wieczerzy nie miał w ustach żadnego pokarmu ani napoju. Prawie całą noc musiał znosić szereg ciężkich prób moralnych i fizycznych, które niezwykle go wyczerpały: pożegnanie z Apostołami, pocenie się krwawym potem na modlitwie w Ogrójcu, drwiny w domu Annasza i srogi policzek sługi, poniżenie w domu Kajfasza i zaparcie się Piotra, następnie proces przed Piłatem, biczowanie, koronowanie cierniem — wszystko to pozbawiło sił Zbawiciela do najwyższego stopnia. Nic dziwnego więc, że pod ciężarem krzyża Pan Jezus chwiał się i potykał co krok i mógł w każdej chwili osunąć się na ziemię, by już z niej nigdy nie powstać. Mimo to resztkami sił idzie Zbawiciel naprzód. „O przedziwne zjawisko! woła św. Augustyn — Syn Boży obarcza się takim ciężarem! Pan świata dźwiga hańbiące drzewo — brzemię niewolników i zbrodniarzy!” Prowadzą go jak Kain Abla, aby go w polu zabić, — postępuje jak Izaak z drzewem na górę, na której ma być złożony w ofierze, — jak zwierzę ofiarne, które w święto pojednania było palone za miastem, a krew jego arcykapłani wnosili do świątyni.

 

* * *

 

         Z głębokim współczuciem pójdę za Jezusem! Zniosę cierpliwie tę przykrość, która mnie dziś spotka, jakże małą dla uczczenia Jego drogi na Golgotę. Wszak za mnie idzie na śmierć! Za moje grzechy cierpi! Jakże mogę być obojętny na to? Nie żądasz ode mnie, Panie, bym niósł z tobą Twój ciężki krzyż, lecz bym swoje małe krzyże codzienne cierpliwie znosił. Tymczasem dotąd tego nie czyniłem. Wstyd mi i żal tej małoduszności i niewdzięczności mojej. Postanawiam wszystko, co z miłosierdzia swego na mnie włożysz, z ufnością przyjąć i z miłością znosić.