14. Cierpienia w Ogrójcu

(Pocałunek Judasza)

 

„A Jezus rzekł cło niego: Przyjacielu,

po coś przyszedł?” (Mt. 26,50).

 

         Judasz po wyjściu z Wieczernika udał się do członków Sanhedrynu, którzy poczynili już przygotowania do pojmania Pana Jezusa: przygotowali służbę świątyni do wyprawy i uzyskali od prokuratora oddział zbrojnych żołnierzy rzymskich z setnikiem na czele, przedkładając mu, że chodzi o pojmanie burzyciela politycznego, który gotów jest ze swoimi zwolennikami wywołać zaburzenia w stolicy (Mrk. 14, 43; Łuk. 22, 52; Jan 18, 3). Do nich przyłączyli się niektórzy z kapłanów i przywódców świątyni oraz starsi z ludu. Przy ostatecznym omawianiu sprawy z wyższymi kapłanem Judasz ustalił specjalny znak, po którym miano poznać pana Jezusa: „Którego pocałuję, ten jest, chwytajcie go, a prowadźcie ostrożnie” (Mk. 14, 44). Ten tłum na czele z Judaszem, idącym prawdopodobnie z przodu, w pewnym oddaleniu, aby nie osądzono, że ma z nim coś wspólnego, skierował się ku Ogrójcowi. Zastanówmy się nad spotkaniem Pana Jezusa z Judaszem i następstwami tego spotkania.

 

  1. Pan Jezus, umocniony przez Anioła, po raz trzeci przychodzi do Apostołów i znajduje ich śpiących. Mówi do nich: „Śpijcie już i odpoczywajcie, oto nadeszła godzina i Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie pójdźmy, oto przybliżył się ten, który mię wyda” (Mt. 26, 45 – 46). Następnie po przyłączeniu się ośmiu Apostołów, którzy zostali przy bramie ogrodu, Zbawiciel wyszedł na spotkanie Judasza. Spotkał go prawdopodobnie naprzeciw drogi obok ogrodu, wiodącej do dzisiejszej tak zwanej groty krwawego potu.

         Jaki to wspaniały widok, gdy Pan Jezus idzie na spotkanie swych wrogów, zachowując niebiański spokój, pogodę ducha, majestatyczne męstwo i wolną wolę dobrowolnego oddania się na mękę. Na odwrót, z drugiej strony widzimy wielki pośpiech, niepewność, podniecenie i wzburzenie. Jest to doskonały obraz Kościoła, stojącego naprzeciw swych wrogów i prześladowców przez cały czas od początku swego istnienia. Tu również panuje cichość, spokój i całkowita pewność siebie, gdy z tamtej strony zieje nienawiść, gorączka i zamieszanie.

         Zachowanie się Judasza jest zagadkowe. Czyż mógł on nie wiedzieć, że jego zdrada jest dostatecznie znana Mistrzowi? Czyż przed paru zaledwie godzinami nie zapytał się Jezusa mówiącego o tym, że jeden z Apostołów go zdradzi: „Czy to ja jestem, Mistrzu?” i czyż nie słyszał na własne uszy współczujących słów z ust Jego: „Tyś powiedział?” (Mt. 26, 25). Dlaczego więc udaje jeszcze przyjaciela i wybiera pocałunek na znak, którym wskaże strażom swego Mistrza? Wszak mógł wprost zawołać: „Oto on, bierzcie go”. Mógłby to uczynić, gdyby odczuwał do Pana Jezusa nienawiść, jakiej chyba nie miał, a postanowił zdradzić prawdopodobnie tylko dla owych trzydziestu srebrników, jakie otrzymał od arcykapłanów i przełożonych świątyni. W duszy jego chyba jeszcze był ślad dawnego przywiązania do Pana Jezusa, które w tym momencie przytłumione zostało miłością złota. Ale już za kilka godzin ta miłość złota zniknie. Jednak przywiązanie do Mistrza nie będzie już dostatecznie silne i ufne, aby skłonić Judasza do szukania u niego przebaczenia.

Wszystko układało się według ustalonego planu. Judasz zbliża się do grupy Dwunastu, wpatruje się by rozpoznać w mroku Pana Jezusa. W pewnej odległości za Judaszem znajduje się przyprowadzona przez niego zbrojna straż. Po rozpoznaniu Mistrza zdrajca kładzie mu ręce na ramieniu, całuje w twarz i „rzecze: Bądź pozdrowiony, Mistrzu!” (Marek 14, 45).

 

  1. Jak się zachowuje Zbawiciel wobec tego haniebnego czynu? Nie wzbrania się od pocałunku, ale go dopuszcza, przyjmuje i wzajemnie całuje, a oddając pocałunek, mówi z niepojętą łagodnością: „Przyjacielu, po coś przyszedł?”, a po pewnej chwili dodaje: „Judaszu, pocałunkiem zdradzasz Syna Człowieczego” (Mt. 26,50; Łuk. 22, 48). Zbawiciel powiedział te słowa do Judasza, aby mu okazać, że wie wszystko i aby go pobudzić do ufności i miłości. Jakież to wielkie miłosierdzie! Cóż to za przedziwne łaski! Największego wroga nazywać przyjacielem i okazywać mu gotowość przebaczenia i przyjęcie do łaski tego, który w tej chwili wydaje go na śmierć. Oto, dokąd prowadzi pragnienie zbawienia dusz i poświęcenie dla nich swego życia.

         Jak wielką bezczelność okazał Judasz, postępując tak z Mistrzem wobec Apostołów! Jak wielką ujawnił obłudę, nikczemność, niewdzięczność i nadużycie przyjaźni ucznia do zdrady! Gdyby to uczynił jawny wróg, nie byłoby w tym nic dziwnego, ale czyni to obdarzony powołaniem apostoł, powiernik tajemnic Bożych, który patrzał na tak liczne cuda Mistrza i w jego imieniu sam może cuda czynił. Po ludzku sądząc należałoby tego nikczemnika, jakim był Judasz, surowo zgromić, od siebie odepchnąć i zawołać: „Precz, zdrajco!”. Ale Najmiłosierniejszy Zbawiciel nie może się zdobyć na to, lecz łagodnie i z miłością nazywa go przyjacielem i darzy pocałunkiem, a gdy to wszystko nie zmiękczyło tego twardego serca, zamiast pomsty i kary, boleje nad jego ślepotą: „Wzruszył się w duchu” (J. 13, 21).

Żadne dotknięcie przez człowieka nie było dla Pana Jezusa tak upokarzające i bolesne, jak ten pocałunek ucznia. Lżej mu było znieść uderzenie w policzek u Annasza, ciosy żołnierzy przy biczowaniu i ukoronowaniu cierniem, uderzenia młota przy ukrzyżowaniu, niż ten zdradziecki pocałunek apostoła. Świat, patrząc na to, mógł z triumfem zawołać: „Patrzcie, jacy jego uczniowie!”. Nie mniej upokarzające i bolesne dla Pana Jezusa są grzechy sług ołtarza. Pewna świątobliwa dusza miała wizję biczowania Pana Jezusa. Dopóki biczowali go łotrzy, Pan Jezus milczał. Ale potem przystąpili wybrani jego słudzy — rzekomi przyjaciele i pod ich razami Zbawiciel nie mógł powstrzymać się, by nie wydać głębokiego jęku.

         „Przyjacielu, po coś przyszedł?” To pytanie skierowuje i dzisiaj Zbawiciel do każdego z nas: „Po co jesteś powołany z nicości do bytu? Po co przyjąłeś takie lub inne obowiązki?” Synowie tego świata taką dają odpowiedź: „Z niczegośmy się narodzili i potem będziemy, jakoby nas nie było, bo dymem jest dech w nozdrzach naszych, a mowa iskrą na poruszenie serca naszego. Gdy ona zgaśnie, popiołem będzie ciało nasze, a duch rozwieje się jak delikatne powietrze, i przeminie żywot nasz jako ślad obłoku, i rozejdzie się jako mgła, która rozpędzona jest od promieni słońca… Pójdźcież tedy, a używajmy dóbr niniejszych i zażywajmy rzeczy stworzonych, prędko jak w młodości” (Mądr. 2, 2 – 6).

 

* * *

 

         Ja inaczej odpowiem: „Twój jestem, Panie, i do Ciebie jedynie pragnę należeć. Twoja jest dusza moja, rozum mój, wola moja i tylko Ciebie mam poznawać i miłować, jako pierwszy początek mój i odpocznienie moje. Cześć Ci oddaję, Jezu, zhańbiony pocałunkiem Judasza! Wiem, które rany najbardziej bolą twe Serce. Pochodzą one od twych przyjaciół. Moja cnota niech będzie dowodem czci i pociechy dla Ciebie.”