8. Pochód do Ogrodu Oliwnego

(Nasze usposobienie w cierpieniu)

 

„I odmówiwszy hymn, wyszli na

Górę Oliwną” (Mt. 26, 30; Mrk 14, 26).

 

         Uczty kończono u Żydów zwykle śpiewem lub odmawianiem pewnych Psalmów. Na zakończenie uczty paschalnej przepisane było odmówienie lub odśpiewanie drugiej części Hallelu (Ps 113 – 117). Po odmówieniu tych modlitw Zbawiciel z Apostołami udał się za potok Cedron (był to jar oddzielający Jerozolimę od góry Oliwnej) do ogrodu zwanego Getsemani znajdującego się pod górą Oliwną. Droga do tego ogrodu prowadziła przez dzielnicę, w której znajdowała się sadzawka Siloe; z powodu święta Paschy była ona pusta, co odpowiadało nastrojowi wewnętrznemu idących. Pan Jezus był podczas tej drogi smutny i uczniowie również pogrążyli się w zamyśleniu. Zastanówmy się dlaczego Pan Jezus opuścił Wieczernik i nie chciał, aby go tam pojmano, oraz wczujmy się w nastrój duchowy Zbawiciela w czasie tej drogi.

 

  1. Pan Jezus pragnął iść na mękę zupełnie dobrowolnie, chciał usunąć najmniejszy cień zaskoczenia lub niespodziewanej napaści. Dlatego postępuje według z góry ustalonego planu i po uczcie paschalnej udaje się do ogrodu Getsemani na modlitwę, jak to zawsze zwykł czynić, a o czym Judasz również wiedział doskonałe: „Jezus z uczniami swoimi wyszedł za potok Cedron, gdzie był ogród, do którego wszedł sam i uczniowie jego. Ale i Judasz, który go wydał, znał to miejsce, bo Jezus schodził się tam często z uczniami swoimi” (Jan 18, 1 – 2).

         W Wieczerniku Pan Jezus był tylko gościem i nie chciał sprawić przykrości gospodarzowi oraz narażać go na szkody, które przy nagłym i zbrojnym napadzie byłyby nieuniknione. Kierował się tedy miłosierdziem względem właściciela tego domu oraz wdzięcznością dla dobroczyńcy za doznaną przysługę.

         Nadto ostatnie godziny jego wolności miały upłynąć spokojnie i majestatycznie po sprawowaniu Najświętszej Ofiary, kiedy pocieszał strapionych swych uczniów i udzielał im swego ostatniego zlecenia. Jeżeli Ostatnia Wieczerza była o zmroku, a więc około godziny szóstej —siódmej, udanie się do ogrodu Getsemani mogło nastąpić między ósmą a dziewiątą godziną wieczorem. Teraz dopiero, po spełnieniu wszystkiego co zamierzał, Pan Jezus opuszcza z uczniami Wieczernik, będący na szczycie góry Syonu, gdzie leżała wyższa część miasta Jerozolimy.

 

  1. Jaki był nastrój duchowy Zbawiciela w czasie tej drogi? Serce jego — niewątpliwie — było przepełnione wielką radością i wdzięcznością ku Bogu za tyle i tak wielkie tajemnice, które spełnił i które dla nas miały mieć tak wielkie i wspaniałe skutki. Wszak ustanowił niekrwawą i ustawiczną Ofiarę Nowego Zakonu, wypowiedział swój ostatni testament, a w modlitwie arcykapłańskiej — odmówionej publicznie — ujawnił swe miłosierdzie względem wszystkich swych przyszłych wyznawców, którzy odtąd będą świadomi jego ustawicznej opieki nad nimi i modlitwy, jaką zanosić będzie ich Odkupiciel za nich, przebywając ustawicznie w Przenajświętszym Sakramencie Ołtarza.

         Oprócz radości i wdzięczności, Serce Najświętsze Pana Jezusa w czasie tej ostatniej drogi było przepełnione również wielką żałością i niewymownym smutkiem. Męka bowiem zbliżała się coraz bardziej. Jeden z wybranych w tym samym czasie przygotowuje zbrojne roty, z którymi wkrótce ma przybyć, by swego Mistrza i dobroczyńcę pojmać. Pogrążone w ciemnościach miasto symbolizuje znajdującą się w wielkich ciemnościach duchowych ludzkość, za którą ma On teraz oddać życie — niestety — dla wielu bezskutecznie. Smutny Zbawiciel odbywał tę drogę mężnie i stanowczo, bez ociągania się, przybliżając się do przeznaczonego przez Ojca miejsca uwięzienia.

         Po drodze rozmawia o przyszłej swej męce, o ucieczce uczniów, o tym, że wszyscy zgorszą się z niego. Dlatego przytacza proroctwo: „Mieczu, ocknij się na pasterza mego i na męża złączonego ze mną. Uderz pasterza, a rozproszą się owce, i obrócę rękę moją na malutkie” (Zach. 13, 7). Ostatnie słowa proroka „a obrócę rękę moją na malutkie” Zbawiciel wypowiada jaśniej: „Lecz gdy zmartwychwstanę, wyprzedzę was do Galilei” (Mrk 14, 28). Przeciwko zarzutowi ucieczki uczniowie protestują i jeszcze raz zapewniają, że go nigdy nie opuszczą (Mt 26, 35). Pan Jezus przyjmuje zapewnienie Apostołów j chociaż sam potrzebuje pociechy, pociesza ich, wskazując na przytoczone słowa Pisma Świętego i na obietnice, że zamiary Boże wobec nich nie zginą.

 

  1. Wreszcie zbliżyli się do ogrodu Getsemani, pełnego drzew oliwnych. Część tej posiadłości istnieje po dziś dzień, a ogrodzenie otacza osiem odwiecznych drzew oliwnych, według podania jeszcze z czasów Chrystusa. Biorąc jednak pod uwagę, że w czasie oblężenia Jerozolimy wszystkie drzewa w okolicy były zniszczone i żołnierze Tytusa jeździli po drzewo niezbędne dla konstrukcji wojskowych dalej niż 100 stadiów (18,5 km), trudno z tym podaniem się zgodzić. Można tylko przypuścić, że dzisiejsze drzewa wyrosły z dawnych ściętych pni, jak to zwykle bywa u drzew oliwnych. W tym cichym ogrodzie rosną jeszcze nieśmiertelniki czerwone (rozmaryny), zwane inaczej Krwią Zbawiciela. Do tego więc ogrodu wszedł Zbawiciel z uczniami, aby się pomodlić.

         W ogrodzie rajskim dokonał się upadek naszych prarodziców, a odkupienie rozpoczęło się w ogrodzie oliwnym. Wołanie Boga, rozlegające się niegdyś po raju: „Adamie, gdzie jesteś?” (Rozdz. 3, 10) dopiero teraz znajduje odpowiedź nowego Adama i zadośćuczynienie za grzech pierwszego w słowie: „Oto idę” (Ps. 39, 8). Z Góry Oliwnej Zbawiciel ma wstąpić do nieba i zająć tron swej chwały po prawicy Ojca Niebieskiego, by przy końcu świata zstąpić jako Sędzia na obok leżącą dolinę Jozafata i wydać wyrok ostateczny na wszystkich. Słuszną jest rzeczą, by u stóp tej góry i obok tej doliny rozpoczął swą mękę na modlitwie gorącej, która staje się bramą majestatyczną i przedsionkiem świętości jego cierpień. Chociaż ta modlitwa przyniesie mu niewypowiedzianą mękę i będzie ofiarą z wolności, jednak jej nie opuszcza i śmiało wstępuje w straszne koło swych boleści, kończące się haniebnie śmiercią.

 

* * *

 

         Nieraz smutek, pochodzący z oczekiwania nadchodzącego nieszczęścia, wysysa z nas siły żywotne i odbiera ochotę do życia. Nawet Eliasz, który miał moc ściągać ogień z nieba, musiał doświadczyć takiego stanu. Upadłszy pod krzakiem jałowca wołał: „Panie, lepiej mi skonać, niż żyć w takim bagnie!” Pan Jezus również musi walczyć z takim lękiem i odrazą. Jeżeli ja czasem odczuję wstręt i lęk na widok moralnego upadku dusz, zniewagi sakramentów lub urągania cnocie, będę się wtedy jednoczył z cierpiącym Jezusem i prosił o pociechę. Z tego zlania się uczuć obopólnych będę czerpał siłę do pokonania choćby największego smutku, zniechęcenia i odrazy.